Odcinek 6.: Trzeba wiedzieć jak
Tybetańczycy modlą się do Buddy, ale codzienne życie zawdzięczają leniwemu, kudłatemu jakowi. Przekonałam się o tym pewnej diabelsko zimnej nocy pod Mount Everestem. Gdyby nie wełniana czapa, kożuch, herbata z tłuszczem i skwierczące w palenisku odchody jaka, skończyłabym marnie.
Buddyjskie prawidła reinkarnacji sugerują, że przyjście na świat jako zwierzę to dla człowieka kara za złe uczynki. Tybetańczycy powinni być wdzięczni tym grzesznikom, którzy wcielili się w jaki. Im więcej tych zwierząt, tym trudne warunki w Himalajach mniej dają sie im we znaki.
Jak święty
Ciemne tybetańskie świątynie pełne są wizerunków bogów, bogiń, buddów, dalajlamów i oświeconych uczniów. Dusznej atmosferze nadmiaru sprzyjają kolorowe tkaniny oraz ciężki, przenikliwy zapach, wydobywający się ze świeczników. W złotych czarach powoli płoną knoty zatopione w tłuszczu jaka. Wierni przynoszą go w termosach, reklamówkach, plastikowych butelkach i kanistrach. Płynny tłuszcz z jaka to najważniejsza ofiara składana przez wiernych w świątyniach rozsianych po Tybecie. Dzięki niej oblicza buddów nigdy nie toną w ciemnościach.
Tybet przemierzam busem, mknącym Droga Przyjaźni, łączącą Lhasę z Katmandu. Podczas pięciodniowej wyprawy kierowca zatrzymuje się kilkanaście razy w przeróżnych punktach kontroli. Na jednym z nich chiński policjant – widząc polski paszport – drapie się po głowie i szuka pomocy u współpracowników. Jak tu odnotować fakt przepuszczenia obcokrajowców, gdy nie ma się pojęcia, z jakiego są kraju? Wspólnymi siłami całego punktu kontrolnego udaje się ustalić, że istnieje taki kraj jak Polska. Wstrzymując oddech na zawieszonych nad przepaściami krętych fragmentach, docieram do miejscowości Sakya. Tu znajduje się tradycyjny tybetański klasztor. Świadczy o tym fakt, że niektóre komnaty wystrojem nawiązują do szamańskich tradycji bon, które były obecne na wyżynie, zanim dotarł tu buddyzm. Pośród martwych zwierząt wiszących pod sufitami, próbuję odnaleźć jaka. Na próżno. Widać nawet pradawni tybetańscy szamani wiedzieli, że jak to nie byle zwierz.
Jak jadalny
Im większe wysokości osiąga nasz bus, tym rzadziej widzę owce, krowy czy świnie. Niezmienny, wtopiony w górski krajobraz jest tylko postawny rogacz, wyskubujący z wysuszonej ziemi ledwie widoczne fragmenty zieleni. Na wysokości powyżej 4 tys. metrów świat się zmienia. Nawet biała kawa zaczyna smakować inaczej, bo oto w kubku pojawia się tłusta zawiesina jaczego mleka. Z niego robi się w Tybecie jogurty, sery i masła. Tłuszcz ma specyficzny ostry smak i zapach. Sery nie przypominają naszych oscypków, a w porannej herbacie więcej jest masła z jaka, niż zielonych liści. Obiadowe menu mijanych restauracji proponuje podróżnym pełen zestaw jaków, w tym yak-burgera i yak-pizze. Ciężkie życie w Tybecie mają ci, którym ciemne mięso kudłacza nie przypadnie do gustu. Tymczasem jak naprawdę może zbrzydnąć, gdy na ulicach dyndają wielkie płaty jego mięsa, które popołudniu wypełniają smrodem kupieckie uliczki. Światełkiem w tunelu staje się wówczas bliskość nepalskiej granicy. Im bliżej Katmandu, tym częściej w menu pojawia sie masala i warzywa curry.
Jak grzewczy
W bazie pod Mount Everestem, na wysokości 5200 m, moja znajomość z tybetańskim jakiem osiąga ostatni stopień zażyłości. Przyszło nam bowiem dzielić ubikację pod chmurką. Gdy wyszłam za potrzebą, był tylko on, ja i piękna, gwiaździsta noc. W bazie pod Czomolungmą nie ma sanitariatów. Światła jest tyle, ile zdołają wyprodukować baterie słoneczne. Około dziewiątej gaśnie obóz, a mróz zagania wszystkich do namiotów. Dzwoniąc zębami zastanawiam się, w jaki sposób przetrwam lodowatą noc. Wypijam kubek herbaty z masłem, na głowę wkładam czapkę z wełny jaka - robi się cieplej, ale nie na tyle, żeby zasnąć. Sytuacja poprawia się, gdy gospodyni naszego podszytego wiatrem namiotu każe wszystkim wskoczyć do łóżek i rozdaje kołdry. Mnie przypada kożuch z jaka - przyjmuję go ze skrywanym obrzydzeniem, które za chwilę zmienia się we wdzięczność. Jest mi naprawdę ciepło, a gorąco robi się wtedy, gdy do paleniska pośrodku namiotu gospodyni wrzuca garść odchodów jaka. Ciepło i zapach utrzymują się aż do momentu, gdy zza Mount Everestu wyglądają pierwsze promienie słońca. Odchody jaków często ogrzewają tybetańskie domy, w okolicy których o drewno równie ciężko, jak o elektryczność. Brązowe placki tygodniami suszą się na murach odgradzających poszczególne domostwa.
Himalajski odpowiednik naszego żubra jest dla Tybetańczyków pożywieniem, sakralną ofiarą, zwierzęciem pracującym w polu, źródłem dochodów i dających ciepło odchodów. Jeśli dodam, że z kości jaka robi się figurki, to okaże się, że w Himalajach nic się nie marnuje. Żeby tu życ i nie stracić tybetańskiej pogody ducha, naprawdę trzeba wiedzieć jak.



DRUKUJ
WYŚLIJ
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
