r e k l a m a

Marzy mi się zburzenie Pałacu Kultury

Maciej Miłosz,Wojciech Lada 20-03-2008, ostatnia aktualizacja 28-03-2008 08:26

Olgierd Budrewicz – varsawianista, dziennikarz, pisarz, podróżnik (był w ponad 100 krajach). Do tego niepoprawny wielbiciel Żoliborza. Nam opowiada o tym, czego nie lubi w Warszawie i dlaczego nigdy się stąd nie wyprowadzi.

autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Panie Olgierdzie, zburzyć Pałac Kultury czy nie?

Zburzenie tego dziwactwa to moje marzenie. Piękne marzenie. Ale nierealne – ta szansa na razie minęła.

W latach 60. wypowiadał się pan o nim dość entuzjastycznie. „Pałac dali nam sąsiedzi, a rzecz nie jest dla stolicy bez znaczenia. W tym jednym domu pomieszczono więcej instytucji i placówek kulturalnych, niż ich jest w dwóch lub trzech sporych miastach. 3 teatry, sala na 2880 miejsc, sala koncertowa, audytorium naukowe, sala wykładowa uniwersytetu powszechnego, 3 sale kinowe, 14 audytoriów po 114 miejsc, sala sportowa, basen z trybunami na 500 miejsc, muzeum techniki – uff! – w sumie 3288 rozmaitego rodzaju pomieszczeń... Podczas gdy z wieży Eiffla wyskoczyło 300 zdesperowanych, ze szczytu Pałacu targnęły się na życie tylko trzy osoby”. To fragment pańskiego Bedekera.

Panowie wyrwali to z kontekstu. Całość była ironiczna. Nigdy nie broniłem Pałacu...

... I zburzyłby pan go z przyjemnością? Bo jest symbolem dominacji ZSRR? W tym kontekście powinno zburzyć się też Cytadelę...

Ja też bardzo bym chciał zburzyć Cytadelę – nawet niedawno gdzieś o tym pisałem. Ona szpeci najpiękniejsze miejsce Żoliborza, skarpę nadwiślańską, pomijając już, że ciągnie się pod nią cały system tuneli, co osłabia skarpę i straszy mieszkańców.

Symbole są symbolami tylko wtedy, gdy ktoś je rozumie. Nie ma pan wrażenia, że młodsze pokolenia odczytują je dziś zupełnie inaczej? Są raczej symbolami Warszawy niż czegokolwiek innego...

Nie mam wątpliwości. Ale to nie zmienia faktu, że bardzo bym chciał, żeby Pałacu nie było. Może dlatego, że to tylko kopia kopii – najpierw było Empire State Building w Nowym Jorku, potem jego kopie w Moskwie, a na końcu my dostaliśmy taki... prezent. A może dlatego, że pamiętam projekty zbudowania w tym miejscu osiedla, ale Bierut uparł się na postawienie symbolu... Tak czy inaczej, dzisiaj nic już chyba nie da się z tym zrobić.

A może by go tak uczłowieczyć, jakoś oswoić? Są ciekawe projekty – jak choćby ten Mariusza Adamiaka, który zaproponował, by zrobić z niego rzeczywiście Pałac Kultury i wypełnić jego wnętrze wyłącznie kulturalnymi instytucjami i obiektami. Co pan na to?

Pomysł jest dobry, z tym że nie będzie zmiany dominanty. Ona i tak pozostanie.

Na Pałacu Warszawa się nie kończy. Proszę powiedzieć, gdzie Olgierd Budrewicz chodzi ze znajomymi na piwo?

...

No to może na herbatę? Na kawę? Na koniak?

Nie lubię koniaku. Pewne inne rzeczy owszem... także z alkoholi. Czasami wpadam do Czytelnika, ale nie na picie, bo tam się nie upija, tylko na dobrą zupę. Moją bardzo zaprzyjaźnioną firmą jest Blikle. To są cztery pokolenia, z którymi moja rodzina jest dosyć blisko. No więc my tam czasami chodzimy, bo tam jest dobre whisky... o i już się sypnąłem. W sumie teraz wszędzie jest dobra whisky, ale ja lubię na tej kanapie w pierwszej sali usiąść i wypić małą szklaneczkę. Oczywiście mówimy o tym Bliklem na Nowym Świecie. W tym drugim, na placu Wilsona, rzadko bywam. Mam bliżej, ale tam jest zupełnie inna karta. Prawdziwa karta Bliklego jest tylko na Nowym Świecie. Z nowszych lokali kilka razy byłem w barze irlandzkim na Miodowej, ale to też można policzyć na palcach jednej ręki.

Podobało się panu w Irishu?

Ja dość dobrze znam Irlandię i Irlandczyków. W dobrych piwiarniach jest dziesięć albo więcej rodzajów piwa do wyboru. Bardzo lubię ciemne, mocne. Ale to już chyba nie jest temat dla mnie.

„Warszawa jest miastem trudnym, ani najpiękniejszym na świecie, ani najłatwiejszym do życia. Jej siła tkwi w witalności mieszkańców”...

Tak myślę.

Pan to pisał kilkadziesiąt lat temu. Czy dziś – kiedy ponad połowa mieszkańców to ludzie przyjezdni i „warszawskość” jest pojęciem dość niejasnym – jest to, pana zdaniem, wciąż aktualne?

Myślę, że to się rzeczywiście trochę stępiło, ale z drugiej strony mam wrażenie, że ludzie się powoli warsawianizują. Dawniej był z tym większy problem – pamiętam czasy, w których ludzie ze wsi, osiedlający się w nowych blokowiskach, trzymali w wannach świnie. Dziś nie ma już takiego dystansu i nowi mieszkańcy szybko wtapiają się w tłum typowych warszawiaków.

Ale czy ten tłum tworzy zwartą społeczność? Pan miał okazję oglądać na własne oczy niesamowitą konsolidację społeczeństwa po wojnie przy odbudowie Warszawy. Czy dzisiaj coś takiego byłoby możliwe?

Chyba tylko wtedy, gdyby wydarzyło się coś tak strasznego, jak wojna i powstanie. Ale nikomu tego nie życzę – to były lata na granicy piekła.

Kim więc jest dzisiaj warszawiak?

Myślę, że tak do miliona mieszkańców słowo to oznaczało jeszcze coś wyjątkowego. Dzisiaj znaczy to tyle, co osoba mieszkająca w Warszawie.

Z czego to wynika? Tylko z liczby mieszkańców?

Nie tylko. Dużym problemem jest brak wyraźnego centrum. Moim zdaniem, w Warszawie w ogóle nie ma czegoś takiego. Są szlaki, które udają, że je zastępują – przede wszystkim szlak Nowego Świata. Gdyby nie było Traktu Królewskiego, to chyba w ogóle nie warto byłoby odbudowywać Warszawy. Z tym że to nawet nie jest subcentrum. To tylko ścieżka, którą dodatkowo teraz na wiele miesięcy zamknięto.

W czasach mojej młodości Nowy Świat był jak Pola Elizejskie Warszawy. I nawet nie chodzi o to, że domy były kiedyś piękniejsze. Tu byli ludzie, był ruch. Teraz też jest ruch, ale tylko samochodowy, więc tak jakby go nie było. To jest koszmar. Pamiętam te czasy, kiedy Marszałkowska to była ulica. Po tym, jak ją rozszerzyli, zupełnie straciła charakter. Przyjemnie jest pospacerować tam, gdzie wciąż jest węższa. Czyli tam, gdzie Bierut powiedział, że musi być węższa, bo trzeba jakoś przykryć kościół Zbawiciela. Wieczorem stolica jest martwa. Ludzie trochę na siłę idą na Stare Miasto, ale tam też jest smutek.

Warszawa się rozrasta – może zamiast jednego centrum powstaną centra lokalne: Żoliborza, Woli, Białołęki...

Takie centra już istnieją, tyle że są niszczone. Doskonałym przykładem jest plac Wilsona. To było miejsce, w którym działy się różne rzeczy, była dobra księgarnia. Teraz księgarni nie ma, za to jest sześć banków... Ja kocham Żoliborz. Jestem bardziej obywatelem Żoliborza niż Polski, ale w tej sytuacji to ja przepraszam, przeprowadzam się do Wołomina.

Objechał pan praktycznie cały świat. Które z odwiedzonych przez pana miast jest najbliższe Warszawie? Gdzie czuł się pan jak w domu?

To trudne pytanie.

Może kubańska Havana?

W Havanie byłem w początkach pana Castro. Ale nie...

Zniszczenia, które widziałem w niektórych miastach, zniszczenia totalne, np. po bombie atomowej w Hiroszimie czy Nagasaki. Wtedy miałem uczucie, że jest tu coś z Warszawy. Kiedyś w Ameryce Południowej trafiłem do miasta Huascaran tuż po trzęsieniu ziemi. Wtedy myślałem – Boże, toż to zniszczona Marszałkowska. Są w Rosji ulice, które trochę mi przypominają Warszawę. Kiedyś liczyłem na podobny klimat w Izraelu, ale Tel Aviv został „najechany” przez Żydów rosyjskich i to natychmiast zmieniło charakter tego miasta.

Ma pan dość katastroficzne skojarzenia... No, ale teraz to się zmieni. Dworce mają być odremontowane, będzie most Północny, powstanie druga linia metra...

Ale panowie jakieś bajeczki opowiadają w tej chwili.

Mówimy o planach przygotowań do Euro 2012....

Jestem sceptyczny. Obawiam się czy zdążymy. Chociaż z drugiej strony jesteśmy takim dziwnym narodem – jak jest bardzo mało czasu, to potrafimy dokonywać cudów. Np. postawić barykadę w ciągu jednej nocy. Pamiętam pierwszą barykadę na Żoliborzu – zbudowaliśmy ją w pierwszej powstańczej nocy. Cuda najwyraźniej się zdarzają. Ale w te autostrady to ja bardzo nie wierzę, chociaż uważam Euro 2012 za ważne wydarzenie – obiekty, które być może powstaną, mają szansę stać się jądrem postępu w naszym kraju.

A co, pana zdaniem, w Warszawie może być atrakcyjne dla cudzoziemców?

Jeżeli w tym mieście jest coś wyjątkowego, to człowiek. Mieszkaniec Warszawy zawsze jest pod wysokim napięciem.

Załóżmy taki scenariusz. Przyjeżdża do nas jakiś dajmy na to Anglik i ma tu jeden wieczór. Gdzie by go pan zabrał?

No jak to gdzie? Do domu.

Ale to nie blondynka o kuszących kształtach! To rudy Anglik z wielkim brzuchem.

Jestem spokojny, że u mnie w domu każdy się będzie dobrze czuł. Po pierwsze pokażę mu to, co wisi u mnie na ścianach. Każda rzecz, którą tam powiesiłem, ma swoją historię. Np. niesamowite maski zrobione z lawy.

Przyprowadza pan Anglika do domu w Warszawie i pokazuje mu maski z Papui Nowej Gwinei?

Dlaczego nie? Przy okazji opowiem mu, jak Anglicy gospodarzyli w Warszawie.

Zasłynął pan jako bystry obserwator i ironiczny komentator warszawskich osobliwości. Czy ciągle chodzi pan po Warszawie z notatnikiem? Którędy prowadzą dziś pana ścieżki?

Chodzę, ale mniej. Dziś jest więcej normalności w tym mieście. Kiedyś można było spotkać pana Gracjana Lepianko na Krakowskim Przedmieściu i opowiedzieć o nim historię. Dziś coś przybladło, w nasze życie wkradła się wielkomiejska proza.

To dobrze czy źle?

No dobrze... nie, nie, w sumie źle. Uciekają kolory, nie ma kolorów, nie ma ciekawych zakamarków. Teraz wyszła książka „The Hidden America”. Autorzy piszą we wstępie, że mają dość drapaczy chmur, że szukają nieznanych – przynajmniej powszechnie – zaułków. Czegoś nieprzewidywalnego i bardzo zaskakującego. Tego właśnie brakuje w dzisiejszej Warszawie. Myślałem, że takim miejscem będzie Stare Miasto, ale się rozczarowałem. I to nie tylko dlatego, że jest atrapą...

To czego panu najbardziej brakuje z przedwojennej Warszawy?

Teraz, poza Czytelnikiem i kilkoma innymi miejscami, czuję się obcy. Kiedyś wszędzie trafiałem na znane mi towarzystwo – wiedziałem, gdzie je znaleźć. Warszawa miała dla mnie pewne punkty orientacyjne. To, że nie ma ich teraz, to akurat niekoniecznie wina Warszawy– po prostu ja jestem już stary i nie wszystko zauważam. Zbyt chętnie krytykuję.

Porównując pańskie teksty sprzed kilku dekad i te publikowane dzisiaj, można odnieść wrażenie, że trochę pan tej Warszawy nie lubi...

Kocham to miasto bezwarunkowo. Za jego otwartość, za jego dynamizm. Nie ze względu na architekturę, ale tak jak już wspominałem, ze względu na ludzi. Przez długi czas mieszkałem w Krakowie, studiowałem tam, mam tam wielu przyjaciół, ale żyć bym tam nie umiał. Idę Plantami, jest cudownie, ale cały czas myślę, że chętniej bym się przeszedł po Nowym Świecie. A przecież Kraków to Florencja Europy Wschodniej.

Mógłby się pan wyprowadzić z Warszawy?

Ja się tu urodziłem i tu umrę.

Życie Warszawy