Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Makabryczne piękno powojennej Warszawy

Przemek Dziubłowski 03-04-2008, ostatnia aktualizacja 07-04-2008 20:59

Z Krystyną Uniechowską-Dembińską rozmawia Przemek Dziubłowski. W książce „Złota 9. Kino Palladium” w niezwykły sposób odtworzyła topografię stolicy, atmosferę strachu z początku lat 50. Krystyna Uniechowska-Dembińska przywołuje stołeczne obrazy z tamtego okresu i przekonuje, że PKiN nie powinien być tak wyeksponowany.

Jakie jest pani pierwsze wspomnienie ze Złotej?

Krystyna Uniechowska-Dembińska: Wybuch Powstania Warszawskiego. Wtedy z ojcem (znanym grafikiem Antonim Uniechowskim – przyp. red.) mieszkaliśmy na Krakowskim Przedmieściu. Nasz dom był zagrożony, z praskiej strony nieraz uderzały już pociski. Ojciec spodziewał się oblężenia Warszawy. Dlatego niemal w godzinę wybuchu powstania uciekliśmy na Złotą do Palladium. Tam spędziłam kilka tygodni w palarni, gdzie skryli się też wszyscy lokatorzy.

Ile osób tam mieszkało?

Tego się nie doliczę. Były tam dwie piwnice: jedną zajęli lokatorzy, drugą – w której były wielkie składy Bayera – zawłaszczyli sobie ludzie, którzy nie zdążyli wrócić już do swoich domów. Wszyscy mieli zaufanie do tego budynku – zbudowany tuż przed wojną, solidny żelbeton.

Wróciła pani na Złotą po kilku latach…

Po powstaniu wylądowaliśmy w Krakowie. Mój ojciec zaczął pracować w „Przekroju”, ale mieliśmy jedynie sublokatorski pokój. Było nieznośnie. Chciałam się stamtąd jak najszybciej wyrwać. Po pięciu latach wróciłam do Warszawy.

Do miasta, za którym pani bardzo tęskniła...

Wiedziałam z kronik filmowych i relacji ludzi, że Warszawa jest potwornie zgruzowana, ale jednocześnie w jakiś sposób powraca do życia. To było coś optymistycznego, a ja byłam w wieku, w którym potrzebowałam tego optymizmu. Poza tym Kraków dla warszawiaków nie był najsympatyczniejszym miejscem. Byliśmy tam bezdomni, nie było rodziny i przyjaciół. Ja robiłam właśnie maturę i miałam koleżanki ze szkoły, ale całe społeczeństwo krakowskie było szalenie zamknięte. Delikatnie mówiąc, krakowianie nie byli zachwyceni najazdem ludzi bez grosza ze wszystkim stron Polski. Z radością wracałam do Warszawy.

Pani książka „Złota 9”, w której relacjonuje pani kilka miesięcy z 1950 roku, pokazuje, jak społeczeństwo zaczyna się bać, jak ludzie stają się wobec siebie coraz bardziej podejrzliwi? Pani też się bała?

W pierwszych czterech latach po wojnie ludzie mieli jeszcze jakąś nadzieję, natomiast w 1949 roku zaczęła się kompletna stalinizacja, najgorszy okres. Ja właśnie wtedy wróciłam na Złotą. Każdy bał się każdego. Wszystko było zagrożeniem. Kroki na schodach. Znało się na pamięć, o której sąsiedzi wracali i jaki dźwięk temu towarzyszył. Każdy nieznany wyzwalał strach.

A jeszcze kiedy zdarza się coś niesamowitego, coś , co burzy resztki spokoju – jak historia, którą opisuję...

Historia nieprawdopodobna, ale jej nie zdradzimy. Porozmawiajmy więc o tle, w jakim się ona rozgrywa: jeden lokal zajmuje wielu lokatorów, nie jest łatwo...

Mieszkań było o wiele za mało. Każdy pokój był na wagę złota i stąd dochodziło do ostrych konfliktów. Całe rodziny z rodzicami i dziećmi gnieździły się w jednym ciasnym pokoju, mieszkali ze sobą ludzie, którzy się tak „zniecierpieli”, że awantury wybuchały o wszystko.

Ale w obliczu pojawiającego się zagrożenia kłótnie cichną tak, jak cichnie warszawska ulica: znikają sprzedawcy sznurowadeł, grajkowie i żebracy...

Pytanie: co się stało z żebrakami? Nagle zostali wywiezieni? Nie wolno było żebrać, nie wolno było pokazać, że jest wielu ludzi w bardzo trudnej sytuacji – wszyscy udawali, że jest wspaniale. Superfałsz.

Ale były też tańce do późnych godzin w hotelu Polonia?

Tak, chodziłam tam z chłopakiem, który przyjeżdżał wtedy do mnie z Łodzi, raz na tydzień czy dwa. Każda knajpa była przetkana ludźmi z UB. Na początku nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale po pewnym czasie widziało się szpicli, którzy obserwują, notują. Bywało, że ludzie znikali bez wieści.

Na Złotej azylem dla pani był taras. Dlaczego?

To było okno na świat. Wszędzie było tak ciasno, zwłaszcza w pokoiku zastawionym pryczą i parawanem, za którym mieszkała ciotka mająca początki gruźlicy. Taras zdawał się nieograniczoną przestrzenią. Przedwojenna Warszawa to były budynki nie wyższe niż sześć pięter. Z perspektywy piątego piętra ten widok Warszawy był, w jakiś makabryczny sposób, piękny.

W tych gruzach oblanych słońcem wschodu czy zachodu, przyprószonych śniegiem było coś bardzo malarskiego. Wiedziałam, że więcej czegoś takiego nie zobaczę.

Co pani widziała, stojąc na tym tarasie i patrząc w lewo, czyli w kierunku obecnego placu Defilad?

Gruzowisko pełne wypalonych ścian, nieraz sięgających trzeciego piętra. Widać było ściany pokoi, ten pomalowany na różowo, tamten na zielono... Wisiały kuchenki i piece. To było gdzieś tam fantastyczne. Jeśli ktoś lubił stronę wizualną naszego świata, to było dla niego piękne. Oczywiście jednocześnie straszne. Świadomość, że zostało zniszczone wielkie miasto, że pod zwaliskami wciąż są tysiące ciał, przerażała. W gruzowiskach grasowały stada szczurów i zdziczałych kotów. Na wysokości pierwszego piętra były wydeptane ścieżki, ludzie chodzili skrótami, bo przecież poza Marszałkowską i Al. Jerozolimskimi nie istniała komunikacja.

Co widziała pani z tarasu na wprost, czyli tam, gdzie dziś jest budynek po kinie Relax?

Tam nie było tak źle. Pierwsze dwie, trzy kamienice od strony Marszałkowskiej były całkowicie zniszczone i wypalone. Ale trzecia w dużej części ocalała, dalej gruzy i tuż przy Zgody bar mleczny. Właśnie tam, okolice Brackiej i Zgody, były mniej zniszczone, choć kamienice podziobały pociski.

Szybko pani przywykła do tego krajobrazu?

Zdolność przystosowania natury ludzkiej jest ogromna. My żeśmy się szybko przyzwyczaili. Były i różne koncepcje, co z tym gruzem zrobić. Ojciec przyjaźnił się z architektem, który proponował, by nie wywozić gruzów, ale wpisać je w miejską architekturę. Ulice miały iść tunelami, a budynki – powstać na gruzach. Wtedy było dużo szaleńczych pomysłów.

Takich jak przeniesienie stolicy do Łodzi...

Wtedy podnieśliśmy krzyk. Do Łodzi? – nigdy. Damy radę odbudować Warszawę. I daliśmy.

Codziennie zza wycieraczki samochodu wyjmuję ogłoszenia agencji towarzyskich. Prostytutek nie brakowało i przed 58 laty. Pani przyjaźniła się z jedną z takich dziewczyn.

Chyba nawet niejedną. Centrum było miejscem, gdzie dziewczyny mogły liczyć na klientów. Było tu dużo kierowców, powstawały knajpy, a one organizowały sobie „hotele”, miejsca przyjęć gdzieś przy zwalonych w gruzach schodach, na kawałku dywanu, za kotarą z koca. Stąd nazywano je „gruzinkami”. Dziwne, bo to zjawisko nie było tolerowane przez władze, a jednocześnie się rozwijało. Przypuszczam, że „gruzinki” dzieliły się pieniędzmi z milicją. To były młode dziewczyny, które albo przyjeżdżały ze Wschodu, albo powracały z obozów pracy z Niemiec. Powracały donikąd, bez rodziny, bez pieniędzy, bez niczego. Co miały robić?

Wspomina pani także o żebraczce mieszkającej w gruzowisku...

Żebractwo było zabronione. Ja poznałam jedną, można powiedzieć, zawodową żebraczkę mieszkającą w gruzowisku. Pamiętam, jak mówiła mi, dlaczego się tu zatrzymała. Że „szła, szła, szła, aż zobaczyła tak pięknie zniszczone miasto, że już miała gdzie zostać”. Nietuzinkowe zdarzenie miało też miejsce wcześniej w Krakowie. Otóż, ojciec przez pewien czas zmuszony był mieszkać w przytułku. Pod sukiennicami zaczepiła go żebraczka, która pomieszkiwała w tym samym miejscu. Szybko zaczął tłumaczyć, że on nie ma pieniędzy, ale okazało się, że ona miała i pieniądze, i problem z nimi. Ojciec wzbudził jej zaufanie i dała mu złotą dwudziestodolarówkę, by ją sprzedał.

A później, w geście dziękczynnym, dostał taką samą dwudziestodolarówkę. Ojciec nie chciał przyjąć, ale przekonywała: „niech pan weźmie, ja mam tego tyle...” Jak się później wygadała, wyprowadzana przez Niemców z Warszawy zboczyła w gruzy i znalazła rulon złota. Nosiła go na sobie, ale umierała z głodu, bo bała się komukolwiek o tym powiedzieć. Potem zniknęła.

Poszukiwaczy skarbów chyba nie brakowało na gruzowiskach?

Z kilofami, obtłukiwali ściany, po nocy stukali i szukali. Ludzie w czasie wojny zamurowywali kosztowności. Nikt nie myślał, że wszystko się zwali, każdy wierzył, że wróci do swojego domu. A niemieckie rewizje budziły obawy przed utratą dorobku życia. Zresztą szukano wszystkiego; nie tylko złota, ale i choćby garnków.

Lubiła pani spacery. Czy spacerowała pani wówczas nocą po Warszawie?

Nie, atmosfera strachu, psychozy, fakt, że wszystko tonęło w ciemnościach, nie pozwalały na to. Zresztą krążyły plotki o wampirach, a zwłaszcza jednym napadającym kobiety, który później okazał się więziennym strażnikiem. Poza tym jakby czuło się w powietrzu duchy tysięcy wymordowanych, unoszące się ponad wypalonymi zwaliskami. Po zmroku nie było przyjemnie.

Kamienicę na Złotej nazwała pani Pancernikiem – zupełnie ominęła ją wojna?

To był cud. Były ślady po kulach i była zniszczona winda, ale poza tym budynek stał niewzruszony. To był architektoniczny nowoczesny rodzynek w przedwojennej, w zasadzie XIX-wiecznej, Warszawie. Podobnie było z domami na Wiejskiej i Frascatti, które ocalały.

Nie wspomina pani o kinie Palladium?

Być może wówczas kino remontowano, nie pamiętam. Potem tak, to było jedno z ważniejszych kin w stolicy.

Ironicznie pisze pani o kandydacie na męża – mężczyźnie o nieznośnym charakterze, który studiował wtedy w łódzkiej filmówce, a gdy panią odwiedzał – nieraz skacowany – podejrzewał o niebywałe zdrady. Był to pani późniejszy mąż Jan Łomnicki...

Tak, przez trzy lata był moim mężem...

Wyreżyserował „Dom” według scenariusza Jerzego Janickiego. Akcja serialu dzieje się właśnie na Złotej. Czy miała pani na to wpływ?

Kiedy powstawał „Dom”, już nie byliśmy razem. Myślę, że on, odwiedzając mnie na Złotej, wpadł na pomysł, by osadzić tam akcję serialu. To był świetny film, zwłaszcza pierwsze odcinki, które pokazywały powojenne powroty. Bardzo lubiłam je oglądać.

A lubi pani oglądać dzisiejszą Warszawę? Co pani się podoba, a co panią irytuje w stolicy?

Mnie się dzisiejsza Warszawa bardzo podoba. A irytuje mnie to, co irytuje wszystkich – chaotyczna zabudowa. Te piękne budynki wyrastają ni stąd, ni zowąd. Centrum nie jest w ogóle zaprojektowane. Wszystko wydaje się tu być przypadkowe – ot, jest wolny plac, to zaraz coś wybudujemy. A obok stoi jakaś rudera.

Dwa tygodnie temu na naszych łamach podróżnik i varsavianista Olgierd Budrewicz postulował, by zburzyć Pałac Kultury. Co pani na to?

Jestem przeciw. To jest przecież pomnik pewnego okresu. Kiedy dziś patrzymy np. na kościół św. Anny, wiemy, że jest to budynek barokowy. Za 100 lat czy za 200 Pałac Kultury będzie świadectwem stylu socrealizmu. I niewiele będzie takich przykładów, bo jeszcze zaledwie MDM na pl. Konstytucji. Nie burzyłabym Pałacu, ale szybko zagospodarowałabym przestrzeń wokół. Nie ma powodu, by był tak wyeksponowany.

Dobrze czuje się pani w mieście wieżowców?

Mieszkam na Starym Mieście, które jest w zasadzie takim małym miasteczkiem przeżywającym oblężenie turystów w lecie, czasami zbyt hałaśliwych. A te szklane wysokie wieżowce bardzo mi się podobają. Wjeżdżać szklaną windą na 20. piętro i widzieć panoramę Warszawy to coś wspaniałego. Albo kiedy jedzie się wieczorem taksówką i migają te tysiące światełek. O ile pracują jeszcze biura...

Jak odnajduje pani Warszawę na tle innych europejskich stolic. Czego jej brakuje?

Tanich, bezpretensjonalnych knajpek. Takich jak paryskie bistra, gdzie atmosfera jest niezobowiązująca, gdzie można wziąć tylko małą sałatę i nikt nie patrzy wilkiem, że ktoś zamówił tak niewiele i śmiał zająć stolik. U nas jak jest restauracja, to musi być z zadęciem. Nie ma gdzie przycupnąć na co dzień na chwilkę.

A komunikacja?

Jedna linia metra to trochę za mało. Nie wyobrażam sobie, co się stanie, gdy zaczną remontować wylotową trasę przy czterech piących. Miasto stanie w korkach. Zresztą już teraz jest problem z jazdą autem, ale warszawiacy kochają swoje samochody. Przynajmniej w centrum sprawa powinna wyglądać inaczej – dobra komunikacja, ograniczony ruch. Jeszcze poczekamy na takie zmiany.

ZAKOCHANA W STOLICY

Krystyna Uniechowska-Dembińska urodziła się w Warszawie, tu skończyła Akademię Nauk Politycznych i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną. Przez lata pracowała w Studium Opracowań Filmowych jako tłumacz i dialogista, opracowywała dubbingi dla telewizji i kina. Napisała dwie książki o ojcu, znanym ilustratorze i grafiku („Antoni Uniechowski o sobie i innych” oraz „Antoni Uniechowski, czyli magiczne widzenie świata”). Wraz z Franciszkiem Starowieyskim wydała „Opowieść o końcu świata”. Jej kolejne książki to „Tajemnice mafii antykwarskiej” i „Apokryf Wenecki” o włoskiej rodzinie matki. Po „Złotej 9”, przygotowuje kolejną porcję fabularyzowanych wspomnień – „Był pałac” – tym razem z pierwszych lat wojny spędzonych w dworku na Kielecczyźnie.

Życie Warszawy