Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Niedocenieni bohaterowie

31-07-2008, ostatnia aktualizacja 07-08-2008 21:07

Nawet męstwo warszawiaków ma swoje granice. Pod koniec Powstania Warszawskiego cywile czasem powstańców przeklinali. Z Pawłem Wieczorkiewiczem rozmawiają Piotr Szymaniak i Maciej Miłosz.

źródło: Życie Warszawy

Spójrzmy na Powstanie Warszawskie z perspektywy cywilów. Jest koniec lipca. Radziecka ofensywa jest już blisko. Czy wie to tylko dowództwo Armii Krajowej, czy mieszkańcy Warszawy również?

Paweł Wieczorkiewicz: To było widać i słychać. Zbliżanie się frontu dostrzegał każdy cywil. Przez miasto przejeżdżają rozbite niemieckie jednostki, tabory z rannymi, wszystkie jednostki przemieszane. Zresztą przy dobrej pogodzie huk dział słychać z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Poza tym prawie wszyscy mieszkańcy stolicy słuchali Radia Londyn. Tam informacje podawane były na bieżąco. Ostatecznej ucieczki Niemców spodziewano się z dnia na dzień.

Czyli warszawiacy wręcz rwali się do walki.

Jasne. Choć trzeba pamiętać, że wtedy stolica była przystanią dla bardzo wielu osób, które uciekały przed frontem. Termin „warszawiacy“ jest więc umowny. Dla tych ludzi była to jakaś możliwość odpłacenia Niemcom za pięć lat poniewierki. Powiedzmy sobie jedną rzecz: okupacja w Warszawie wyglądała zupełnie inaczej niż np. w Krakowie czy Poznaniu. W Krakowie rzeczą normalną było, że ktoś w kawiarni siedział z niemieckim oficerem. W stolicy coś takiego było nie do pomyślenia. Terror był widoczny i odczuwalny na każdym kroku. To Warszawa była centrum walki zbrojnej Polaków.

Początek sierpnia. Pierwsze godziny powstania. Euforia na ulicach?

Tak, polskie sztandary, polskie opaski – to była nieprzytomna radość.

A co się dzieje po kilku dniach, kiedy padają Wola i Ochota?

Tam jest przede wszystkim przerażenie, strach i w dużej mierze śmierć. Pierwsze dni powstania to przecież niesamowite bestialstwo ze strony Niemców. Rozstrzeliwano wszystkich, jak popadło.

Czy powstańcy w innych dzielnicach wiedzieli co tam się dzieje?

Nie do końca. Było wiadomo, że Niemcy zajmują poszczególne dzielnice (do pewnego momentu w Warszawie działały nawet telefony), ale nie było do końca jasne, w jaki sposób to się odbywa. To, że lada moment do miasta wkroczą Sowieci, było na tym etapie walk odczuciem powszechnym. Zarówno wśród cywilów, jak i dowództwa AK (co zresztą fatalnie o nich świadczy). Wszyscy zakładali, że trzeba będzie wytrwać dwa, trzy, może pięć dni. Powstanie od początku było klęską militarną. Nie zdołano zdobyć większości zakładanych celów. Po kilku dniach skończył się okres ofensywy i zaczęła się twarda, niezwykle kosztowna akcja defensywna.

Jak zachowywali się wtedy cywile?

Powoli nastroje się pogarszały. Ludność była poddawana ciągłym bombardowaniom.

We wrześniu, kiedy już główną walczącą enklawą było Śródmieście z kawałkiem Powiśla, nastroje gwałtownie się popsuły. Duże znaczenie miała propaganda Londynu, ale jej forma była fatalna. Nadawano nieustannie chorał „Z dymem pożaru“, a przecież jak mówił wiersz Jasińskiego, „nie chcemy od was audycji, (...) chcemy amunicji“. To w coraz większym stopniu irytowało. Warszawiacy wyraźniej widzieli, że zostali wezwani do beznadziejnej walki i zostali w niej sami. Opuszczeni także przez sojuszników. Mieli też żal, że zostali przez dowództwo AK wystawieni do walki bez przygotowania. Takie nastroje panowały zarówno wśród ludności cywilnej, jak i szeregowych żołnierzy.

Dzisiaj ta teza jest raczej mało popularna.

Istotnie. Jednak w rozmowach z ostatnimi żyjącymi kombatantami oraz po uważnej lekturze relacji powstańców widać wyraźnie, że wśród bardzo wielu opuszczających miasto drugiego października 1944 r. panowała atmosfera rozliczeniowa: „Bora“ Komorowskiego, Pełczyńskiego wysyłano na szubienicę. Przypuszczam, że gdyby tym kapitulującym, bohaterskim żołnierzom ukazało się dowództwo powstania, to doszłoby do jakiś dantejskich scen, wieszania jak w 1831 r.

Od którego momentu powstanie przestaje się cieszyć powszechnym poparciem warszawiaków?

Taki nastrój pojawił się mniej więcej w połowie września. Wtedy już było wiadomo, że żadne obietnice nie zostaną spełnione. Pozostały tylko beznadziejna walka i głód. Każde pójście po wodę, po chleb to było narażanie się na kulę albo odłamek, na śmierć...

W czasie ostatnich dni Powstania ludność miała coraz bardziej dość. Zgasły nadzieje na sukces, narastał strach o to, co przyniesie najbliższy dzień.

Upadające morale cywilów było widoczne w meldunkach i rozmowach wewnętrznych. Dowództwo AK brało to pod uwagę w czasie rozmów o kapitulacji. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, prawie doszło do rewolty ludności cywilnej. Nastroje były bardzo złe.

Dziś o tym trudno usłyszeć.

Cały temat buntowania się ludności cywilnej jest tematem tabu w dziennikach powstańców. Rzadko się go spotyka, trzeba dobrze wypytać ludzi. Moja matka, która nie miała jeszcze dyplomu lekarskiego, w czasie powstania operowała któregoś razu kilkanaście godzin. Ciągle dowożono nowych rannych. Chorych przy życiu utrzymywały tylko znalezione po Niemcach zdobyczne puszki sardynek i koniak. Ale potem się kończyły sardynki, kończył się koniak. Zostawała coraz bardziej brudna i cuchnąca woda i resztki pseudochleba pieczonego z otrębów. No i głód.

Ale AK-owcy wciąż walczyli, nie poddawali się.

Doceniając bohaterstwo powstańców, trzeba nawet w większym stopniu uwzględnić męstwo ludności cywilnej, która mimo woli została rzucona na plac boju. Przypuszczam, że gdyby była taka alternatywa, większość cywilów opuściłaby Warszawę przed rozpoczęciem walk. Mimo wszystko poparcie dla powstania było przez kilka tygodni olbrzymie. Dopiero potem zrodziła się niechęć, ale jak już mówiłem, głównie do dowódców powstania.

Czy mieszkańcy okazywali tę niechęć także zwykłym żołnierzom?

Oczywiście. To normalna ludzka reakcja: to wy jesteście winni, wy strzelacie mi nad głową, to wy zapędzacie nas do piwnicy, rujnujecie mi mieszkanie, bo urządzacie w nim stanowisko ogniowe itd. Ci nieszczęśni chłopcy i dziewczęta znosili pewne odium.

Z drugiej strony między powstańcami a ludnością cywilną dochodziło do scysji w kwestiach dystrybucji żywności. Jest taka znakomita scena w „Kolumbach“ Bratnego. Historia psa Bączka, ulubieńca starszej pani, która gości jakiś plutonik powstańczy. Potem ten pies staje się potrawą na ich stole. Zdarzały się także przypadki wymuszeń ze strony żołnierzy.

To chyba jednak nie działo się zbyt często.

To prawda. Jednak pod płaszczykiem prowadzenia walki czasem organizowano też bandy. Istnieje ciemna strona powstania, o której nie mówimy. W środku miasta nie zawsze była idylla. Ale trzeba podkreślić, że generalnie zachowaniu żołnierzy i żołnierek nie można niczego zarzucić. To były pojedyncze incydenty, których nie należy uogólniać.

Pan mówił, że incydenty były tematem tabu.

Sprawa jest prosta. To, o czym rozmawiamy, jest z punktu widzenia heroicznego powstania niewygodne. Wiadomo, że w PRL-u ocena zrywu była wysoce negatywna, z racji tego, że był on antysowiecki w swoim politycznym duchu. Dlatego wtedy nie wypadało o tym mówić, to dawało propagandzie komunistycznej argumenty.

Z tą wiedzą, którą dziś mamy, czy pokusiłby się pan o wyznaczenie najlepszego momentu na zakończenie walk?

Mamy przykład Pragi, gdzie ppłk Antoni Żurowski „Andrzej” po trzech dniach bezowocnych walk pozwolił swoim żołnierzom rozejść się do domów. I skończyło się w gruncie rzeczy na niczym. Niemcy nie mieli siły, ochoty ani potrzeby, żeby na szerszą skalę pacyfikować. Po powrocie Mikołajczyka z Moskwy, a najpóźniej w połowie sierpnia trzeba było myśleć o szybkiej kapitulacji. Przedłużanie powstania to było przedłużanie agonii.

Teraz odbudowujemy nasz mit – Muzeum Powstania Warszawskiego cieszy się olbrzymią popularnością. Czy obok heroizacji nie warto także poznać naszych nieco gorszych stron?

Muzeum Powstania Warszawskiego świetnie pokazuje codzienność powstańczą, np. problemy z zaopatrzeniem. Może należałoby tam bardziej pokreślić martyrologię ludności cywilnej. Jeśli mówimy o powstaniu, to powinniśmy najpierw mówić o cywilach, dopiero potem o żołnierzach. Bo tej ludności było jednak o wiele więcej niż powstańców, których było kilkanaście tysięcy. Warszawiacy zostali postawieni w sytuacji przymusowej. To trochę tak, jakby w czasie stanu wojennego przy okazji manifestacji przypadkowi przechodnie byli brani za demonstrantów i pałowani. W czasie powstania tych świadomych uczestników z bronią w ręku było zaledwie kilka procent. Ludność cywilna zasługuje na największy szacunek.

Życie Warszawy