Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Przy niej bledną Kraków czy Londyn!

Dominika Węcławek 02-10-2008, ostatnia aktualizacja 06-10-2008 12:27

Tak o Warszawie mówi Adam Sajnuk – aktor, scenarzysta, reżyser, a przede wszystkim wielki miłośnik stolicy. Nas zdecydował się oprowadzić po miejscach magicznych i tajemniczych. Z Adamem Sajnukiem spaceruje Dominika Węcławek.

Adam Sajnuk nawet na nasz spacer przyjechał na rowerze. Choć narzeka na niedobór ścieżek, nie wyobraża sobie przesiadki do auta
autor: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa
Adam Sajnuk nawet na nasz spacer przyjechał na rowerze. Choć narzeka na niedobór ścieżek, nie wyobraża sobie przesiadki do auta

Mój rozmówca sam przyznaje, że należy do wąskiego grona lokalnych patriotów. Wrósł w stolicę i z każdym kolejnym działaniem podsyca swą miłość do niej.

Najlepiej na rowerze

– Właśnie rozpoczynam roczny kurs na przewodnika PTTK po Warszawie – przyznaje Sajnuk. A robi to nie po to, by zarabiać na życie, oprowadzając turystów, bo na co dzień związany jest z teatrem, ale po to, by spojrzeć na stolicę inaczej.

Jak sam dodaje, Warszawę sam najchętniej zwiedza na rowerze, bo to gwarantuje najlepsze wrażenia.

– Jeżdżę bocznymi uliczkami, docieram tam, gdzie nie wjedzie żaden samochód – opowiada. Ma w stolicy swoje ulubione trasy. Jedna z nich wiedzie przez Powiśle. Od ukochanych Łazienek, które – jak przyznaje reżyser – najlepiej odwiedzać o świcie, gdy wypuszczane są sarny i można się wygodnie wyciągnąć na trawiastym zboczu pod Belwederem. Przez okolice otoczonego aurą tajemnicy klasztoru Karmelitanek, które oprócz warzywnego ogródka na swoim zamkniętym terenie mają uprawy zboża, hodowlę kur, a nawet... krowę. Na koniec zaś Adam Sajnuk dociera na Mariensztat.

Liczą się wspomnienia

– Miejsca lubię i cenię wtedy, kiedy mi się z czymś kojarzą, a ta okolica przywołuje miłe wspomnienia – mówi. Tu właśnie Sajnuk trafił zaraz po wyjściu ze Szpitala Praskiego, w którym przykuty był do łóżka przez cztery tygodnie.

Kiedy więc przysiadł na Rynku Mariensztackim, to – jak wspomina – przesiedział tu bite cztery godziny, wygrzewając się w promieniach słońca. Ten mały brukowany placyk był również świadkiem kabaretowego debiutu artysty.

Także po praskiej stronie są miejsca dla Adama ważne i pełne magicznej atmosfery. Właśnie tu razem ze stowarzyszeniem Stop-Klatka przygotowuje happeningi. – Nie zgadzam się z teorią, że klimat praski umarł. Oczywiście dla mnie jest absurdem budowanie zamykanych osiedli akurat tu, trudno przecież być prażaninem z enklawy – ocenia mój rozmówca. Nie wierzy też, by takie lokale jak Koneser, Fabryka Trzciny czy zagłębie klubowe przy ul. 11 Listopada odmieniły życie rodowitych prażan.

Większość z nich to jednak nie menele, a ludzie żyjący skromnie czy nawet biednie. Sam scenarzysta wielokrotnie był świadkiem scen, w których dzieci z dwóch praskich światów oglądały się wzajemnie przez kraty osiedlowego ogrodzenia. Adam Sajnuk zalicza się do szczęśliwych osób, którym udało się zżyć z sąsiadami, kiedy na dwa lata zamieszkał w okolicach placu Hallera.

– Trudno się było nie zintegrować. Po pół roku pani w sklepie dodawała mi do zakupów gadżety w stylu otwieracza, a z każdym sąsiadem znałem się osobiście – wspomina.

Mity i rzeczywistość

Dziś wrócił w rodzinne strony – na starą Wolę. Stąd ma blisko do Muzeum Powstania Warszawskiego, które odwiedza regularnie.

– Lubię oczywiście „serce”, czyli obelisk, do którego można przyłożyć ucho, by wsłuchać się w odgłosy powstania. Olbrzymie, przytłaczające wrażenie robi także sala „niemiecka”, w której słychać marszowy rytm oficerek – opowiada. Mimo całej sympatii dla muzeum sceptycznie podchodzi do aury „wielkiej przygody”, jaką dla młodych zwiedzających może wydawać się ten okupiony krwią wielu ludzi zryw niepodległościowy.

Dlatego też poleca wszystkim odwiedziny na wojskowych Powązkach.

– Lubię pójść na grób Gałczyńskiego czy Janickiego. Ciekawym wrażeniem jest też porównanie setek skromnych, często anonimowych grobów powstańczych, na których dziś ustawiane są skromne kwiatki czy znicze, z zapomnianymi dziś monumentalnymi grobowcami komunistycznych oficjeli.

Święty spokój

Wojskowe Powązki to miejsce magiczne także z innego powodu.

– Przyjemnie jest przejść się wśród tych starych drzew. Tu dociera mniej ludzi – stwierdza mój rozmówca.

Spokój i kameralna atmosfera to także atuty, jakie ma dla niego cała Warszawa.

– Nie lubię miast, w których wszystko stłoczone jest w jednym miejscu. Tak jest choćby w Krakowie czy Wilnie. Tam o każdej porze jest zawsze pełno ludzi. W Warszawie w dzień powszedni o godzinie 13, czy nocą po godzinie 23, jest pusto, a to dla mnie wielka zaleta – mówi.

Sajnuk bowiem w swoim mieście woli pozostać anonimowy i lubi odpoczywać od tłumu. Nad przypadkowe spotkania ze znajomymi na ulicy przedkłada samotny spacer czy nocną przejażdżkę na rowerze przez otuloną ciepłym światłem lamp Starówkę.

Życie Warszawy