Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Paweł Kulinicz: Głupio byłoby się poddać i zawieść tych, którzy pomogli

Maciej Miłosz 24-11-2008, ostatnia aktualizacja 24-11-2008 20:06

Do kliniki w Chinach wybieram się w drugiej połowie lutego. Chciałem jechać w styczniu, ale wtedy Chińczycy świętują swój Nowy Rok i nie było możliwości przeprowadzenia operacji - mówi alpinista Paweł Kulinicz, który walczy z ataksją móżdżkowo-rdzeniową, powodującą m.in. zanik mięśni.

Paweł Kulinicz
źródło: archiwum prywatne
Paweł Kulinicz

Na konto w fundacji Anny Dymnej wpłynęło już ponad 50 tys. zł na operację, która może uratować panu życie. Kiedy zabieg?

Paweł Kulinicz: Do kliniki w Chinach wybieram się w drugiej połowie lutego. Chciałem jechać w styczniu, ale wtedy Chińczycy świętują swój Nowy Rok i nie było możliwości przeprowadzenia operacji.

W kilka miesięcy udało się uzbierać potężną kwotę. Nie jest pan zaskoczony rozmachem, jakiego nabrała akcja?

Zupełnie nie spodziewałem się takiego zrywu. Codziennie dostaję wiadomości od osób, które organizują koncerty czy kwesty, żeby mi pomóc. Dzięki tym ludziom bez żadnych leków wyszedłem z głębokiej depresji. Ja naprawdę byłem na krawędzi. Teraz głupio byłoby się poddać. Nie mogę zawieść osób, które mi pomogły.

Jakie są szanse, że po zabiegu wróci pan do zdrowia?

Bardzo duże. Wskaźnik wyleczeń to 86 proc. Na pewno mi się uda!

Jak długo będzie trwała rehabilitacja?

To zależy od tego, jak intensywnie będę mógł ćwiczyć. W czerwcu koledzy, z którymi jeździłem na wyprawy, organizują wejście na najwyższą górę Ameryki Północnej – Mount McKinley na Alasce. Powiedzieli, że niezależnie od tego, jak się będę czuł, muszę z nimi jechać. Najwyżej nie wejdę na sam szczyt.

Życie Warszawy