Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Lubię czasem dostać w papę

Marcin Cholewiński 29-01-2009, ostatnia aktualizacja 07-02-2009 09:09

Popularny aktor opowiada o treningach bokserskich, kolekcjonowaniu butów i tatuaży, pobycie w klasztorze, oraz nowym wyzwaniu, jakim będzie zdobycie niebezpiecznego szczytu w Himalajach.

Tomasz Karolak występuje w wielu serialach i filmach. Teraz będzie można go zobaczyć w „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny“. Jak widać – aktor, który trenuje w Akademii Sztuk Walki przy ul. Kinowej, prowadzonej przez Sebastiana Skrzecza, ma do siebie sporo dystansu
autor: Michał Wielgus
źródło: Życie Warszawy
Tomasz Karolak występuje w wielu serialach i filmach. Teraz będzie można go zobaczyć w „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny“. Jak widać – aktor, który trenuje w Akademii Sztuk Walki przy ul. Kinowej, prowadzonej przez Sebastiana Skrzecza, ma do siebie sporo dystansu

Skąd wzięło się zamiłowanie do boksu?

Kiedy byłem jeszcze w ogólniaku (to był 1987 rok), przyszedł do mnie wysłannik późniejszego mistrza świata w kick-boxingu, Marka Piotrowskiego, którego darzę zresztą ogromnym szacunkiem. Dla mnie ten człowiek był guru. Niesamowity fighter. Wtedy zacząłem właśnie trenować w jego szkółce karate i trwało to przez trzy lata. Miałem mnóstwo urazów, ale Marek na tyle ciekawie prowadził zajęcia, że nie zniechęcałem się. Nigdy o tym nie mówiłem, ale właśnie tam nauczyłem się tzw. korelacji ruchowej, która potem bardzo przydała mi się w szkole teatralnej. W trakcie tych zajęć okazało się, że każdy kto kiedykolwiek coś trenował, potem dobrze radził sobie w tańcu, szermierce lub jeździe konnej. To wszystko szło ze sobą w parze.

Później Marek zdobył tytuł mistrza Europy i wyjechał za ocean, aby tam robić karierę. Sekcję prowadzili potem jego uczniowie, ale brakowało już tej charyzmy. To się złożyło w czasie z początkiem moich studiów na Uniwersytecie Warszawskim na kierunku resocjalizacji i przez jakiś czas w ogóle nie miałem kontaktu ze sportem. Wszystko odnowiło się, kiedy byłem już w szkole teatralnej w Krakowie i poznałem trenera boksu z Wisły Kraków. Między zajęciami w szkole zacząłem z nim trenować w jakimś garażu.

Natomiast z poważnym boksem zetknąłem się już na hali warszawskiej Gwardii, gdzie zajęcia prowadzili Paweł i Sebastian Skrzeczowie. W międzyczasie uczęszczałem także do szkoły mistrzostwa sportowego, gdzie uprawiałem różne dyscypliny. W skoku wzwyż zdobyłem nawet mistrzostwo makroregionu. Na studiach natomiast, kiedy ważyłem już trochę więcej, startowałem w trójboju siłowym. W tym czasie grałem także w barwach Warszawianki w piłkę ręczną. Jednak dopiero na Gwardii, te wszystkie dyscypliny „zostały zebrane do kupy”.

Coś z tego przydało się kiedyś na planie filmowym?

W jednej ze scen filmu „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, w metrze napada na mnie i mojego kolegę dwóch skinów. No i jak to się mówi „jest szybka piłka”. Gdyby nie fakt, że trenuję na codzień boks, to nie wiedziałbym o co chodzi. A tak pomagałem nawet ustawić operatorowi kamerę, żeby cała akcja była dobrze widoczna. Poza tym znam aktorów, którzy świetnie wyglądają, a problemem jest dla nich przebiegnięcie 100 metrów. Oczywiście potrzebujemy różnych aktorów: grubych, chudych itp. Ale przecież nie zaszkodzi, jeśli każdy z nich będzie miał minimalną sprawność fizyczną. A ja oprócz boksu, chodzę również na zajęcia, gdzie trenuję rozciąganie z kobietami.

W szkole teatralnej poznałem natomiast trenera teakwondo Marka Lecha, który szkolił aktorów w sztukach walki, m.in. do „Janosika”. Zaprzyjaźniłem się z nim i to on wzbudził we mnie entuzjazm do uprawiania sportu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że najwięcej aktorstwa nauczyły mnie w szkole aktorskiej zajęcia „nieaktorskie”. To wyrabiało siłę woli i pracy nad sobą. Np. po dwóch latach regularnych treningów potrafiłem zrobić salto w tył.

Zresztą ostatnio na planie filmu „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, pracuję z Krzysztofem Globiszem i powiedział mi dokładnie to samo. Czyli, że najwięcej wyniósł z zajęć z Markiem Lechem.

Trenuje Pan codziennie?

W miarę możliwości spotykam się z kolegami i trenuję, ponieważ jak tego nie robię, „to ciało swędzi”. Pod tym względem jestem dosyć konserwatywny, bo wyznaję zasadę „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. Dlatego w wieku 38 lat cały czas jestem w cyklu treningowym. Jeśli jednak praca zawodowa nie pozwala mi na treningi, to po dwóch tygodniach po prostu źle się czuję. Dostaję gorączki itp. Organizm jest już przyzwyczajony do regularnego wysiłku.

Teraz zajęcia z Panem prowadzi wicemistrz olimpijski z Moskwy Paweł Skrzecz.

Zgadza się. Częściej jednak boksuję pod okiem jego syna Sebastiana Skrzecza, który prowadzi w Warszawie Akademię Sztuk Walki. Cieszę się, że powstał taki klub, ponieważ przebywając za granicą, chodziłem do podobnych miejsc i widziałem w jakich warunkach ludzie trenują. Nie chodzi o starą, śmierdzącą halę Gwardii Warszawa, która ma fantastyczny klimat. Po prostu fajnie jest, jeśli można gdzieś potrenować, a potem się zrelaksować. Właśnie w akademii Sebastiana jest taka możliwość.

Ubolewam jednak, że w naszym kraju tak mało ludzi uprawia sport. Zauważyłem, że w innych krajach każdy nastolatek uprawia jakąś dyscyplinę. Ostatnio np. zacząłem grać w golfa i zaczęło mi to nieźle wychodzić. Byłem jednak ogromnie zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że ten sport uprawia około 4 mln ludzi i nie jest to żadna burżuazja.

Co daje Panu boks?

Kiedy oglądam walki w towarzystwie kobiet, pytają mnie, co widzę w tej bijatyce. Tymczasem okazuje się, że są to bardzo precyzyjne schematy taktyczne, które trzeba mozolnie wypracować. Jeśli zawodnik potrafi jeszcze „żonglować” tymi schematami, to jesteśmy świadkami wspaniałego widowiska.

Ja w ten sposób wyładowuję negatywną energię. Zaprzestałem teraz sparingów, ponieważ nie mogę być poobijany. Boks jednak daje mi duże odprężenie. Poza tym mam pewne poczucie bezpieczeństwa. To dziwne, bo przecież zdaję sobie sprawę, że bandyta na ulicy może mieć pistolet. Chodzi jednak o taką wewnętrzną wiarę w swoje umiejętności. Dwa lata temu miałem nieprzyjemną sytuację w jednym lokalu. Zaatakowało mnie dwóch typków, tylko dlatego, że jestem znaną twarzą z telewizji. Fakt, że byłem wtedy w cyklu treningowym, pozwolił mi się obronić. Nie była to wielka awantura, tylko bach, bach i koniec. Wtedy zrozumiałem, że te treningi bardzo dobrze działają również na psychikę. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że mogę przyłożyć i nie robię tego ot tak, na pstryknięcie palca. Mam świadomość, że mogę zrobić komuś krzywdę.

Na pewno jednak zdarzyło się, że sport przeszkodził w pracy zawodowej.

No jak mnie kiedyś znokautował jeden z zawodników Gwardii Warszawa podczas sparingu, to zobaczyłem gwiazdy i nie byłem w stanie podnieść ręki. Dostałem centralnie w nos i siniaki zeszły mi pod oczy. Kiedy poszedłem tak na plan, była spora awantura i straszono mnie karami. Uratowały mnie panie makijażystki. Byłem jednak szczęśliwy, że doświadczyłem czegoś takiego, bo daje to dużą pokorę. Jak dostanę w „papę”, mam potem większą motywację do treningów.

Rodzice byli oficerami wojska. Wychowany był Pan w żelaznej dyscyplinie?

Coś w tym jest, bo np. mój ojciec lubił mi wyznaczać plan dnia. Codziennie musiałem poświecić kilka godzin dla domu. Kiedy teraz opowiadam o tym synom moich przyjaciół, którzy mają po 17 lat, to im się to w głowie nie mieści. Jednak nie buntowałem się przeciwko takiej dyscyplinie. Przychodziłem ze szkoły i do moich obowiązków należało wysprzątanie całego mieszkania i obranie ziemniaków na obiad. Na szczęście nie dla całej kompanii, której ojciec był dowódcą. Mama potem oglądała te ziemniaki i mówiła, że kiepsko obrałem bo są „oka”.

Coś jednak pozostało mi z tego wychowania, ponieważ teraz lubię mieć porządek wokół siebie. Nie mówię oczywiście o mojej głowie, w której jest kompletny bałagan. W miejscu gdzie mieszkam, zawsze jest nieład tylko do pewnego momentu. Potem większość rzeczy wyrzucam i musi być wzorowy porządek. To właśnie wyniosłem z domu.

Czy właśnie z tej dyscypliny życiowej wzięło się zamiłowanie do sportu?

Przeciwnie. Kiedy widziałem tych wszystkich oficerów z dużymi brzuchami, to zastanawiałem się czy też będę miał taki „bęben”. Jestem przecież masywnym gościem i mam takie tendencje. Od pewnego momentu walczę z tym moim brzuchem i sport skutecznie mi w tym pomaga.

Jednak do szkoły teatralnej nie trafił Pan przez sport, ale miłość.

To prawda. W szkole średniej zakochałem się w dziewczynie, która kompletnie mną gardziła, ponieważ zajmowałem się tylko sportem. Ona natomiast trzymała z towarzystwem, które uczęszczało do kółka teatralnego: poezja śpiewana i podobne klimaty. Generalnie miałem ich za kompletnych „cieniasów”. Wpadła mi w oko na jednym z rajdów harcerskich (bo harcerzem byłem bardzo długo). Kiedy z niego wróciłem, poszedłem za nią i wszedłem na te zajęcia z kółka teatralnego. Kompletny przypadek. Pani powiedziała: - No to Tomek nam teraz pomoże i niech wejdzie na scenę. Jak już wszedłem na to scenę to tam zostałem i działałem w amatorskim kółku teatralnym przez pięć lat. Poznałem tam m.in. Michała Żebrowskiego i Agnieszkę Dygant. Zaczynaliśmy od zupełnej amatorki. Nagle jednak zaczęło działać to na moją ambicję i np. chciałem wygrać konkurs recytatorski. Wtedy wiedziałem, że mam już jakieś szanse na zdanie egzaminów do szkoły teatralnej.

Czyli sportową rywalizację przekładał Pan również na inne dziedziny swojego życia?

W pewnym sensie tak. Jednak teraz mam taki okres w życiu, że gram sporo pierwszoplanowych ról. Wcześniej byłem przecież drugoplanowym aktorem. Sport nauczył mnie, że najmocniej bije się z drugiej linii – w siatkówce, czy w boksie. Idąc tym sportowym tokiem myślenia wiedziałem, że w pewnym momencie trzeba będzie uderzyć z tej drugiej linii. I tak się stało, ponieważ dostałem swoją szansę. Przecież nie wszystko jest kwestią ciężkiej pracy, ale trzeba mieć też trochę szczęścia.

A jak do tych zajęć ma się Pańskie marzenie o byciu muzykiem rockowym?

Jestem najlepszym przykładem, że marzenia się spełniają. Grając rolę muzyka rockowego, nagle nagrałem swoją płytę. Generalnie nie słucham takiej muzyki, jaka jest na tej płycie. Słucham o wiele mocniejszej! Np. kawałka z mojej płyty pt. „Zabiorę cię”, nie mogę w ogóle słuchać, bo to jest straszny banał. Rozumiem natomiast, że ludziom może się to podobać. Wszystko przez serial „39 i pół”. Żeby lepiej przygotować się do tej roli zacząłem śpiewać i szkolić się w grze na gitarze. Zagrałem dwa koncerty i sprawiło mi to ogromną frajdę. Nie chcę jednak „przeginać”, ponieważ bardziej czuję się aktorem niż muzykiem. W roli muzyka jestem już spełniony.

Jakie jest więc kolejne marzenie?

Wejść na ośmiotysięcznik, czego będę próbował dokonać w czerwcu. Moim celem będzie Nanga Parbat w Himalajach (8 125 m n.p.m., leży w Pakistanie). W poprzednim roku byłem już w Himalajach, w bazie pod K2. Atakowałem przełęcz na wysokości 6 900 metrów i było naprawdę groźnie. Kiedy byłem „przyklejony” do ściany, lina asekuracyjna przymarzła do lodu. Doświadczony alpinista poradziłby sobie, ale ja musiałem się wycofać. Naprawdę bałem się o swoje życie. Połknąłem jednak bakcyla wysokogórskiego wspinania.

To dosyć niebezpieczne hobby.

Wszystko zależy od zdrowego rozsądku. Jeżeli nie ulega się tzw. chorobie zdobycia szczytu, to wszystko będzie w porządku. Kiedy stałem pod ośmiotysięcznikiem, to była magiczna chwila. Od razu chciałem wchodzić na to K2. Jakbym jednak wszedł, to nie byłoby 11 ofiar tylko 12 (1 sierpnia zeszłego roku zginęło tam 11 alpinistów).

To hobby wiąże się z niebywałym wysiłkiem fizycznym. Kiedy byłem pod K2, nie byłem dostatecznie przygotowany. Dlatego już zacząłem trenować przed czerwcową wyprawą. Przecież będziemy dziennie pokonywać 35 km pod górę, w 55 stopniowym upale. Żadna siłownia na to nie pomaga.

Podobno potrzebuje Pan również wyciszenia w klasztorze. Jak to się ma do Pańskiego trybu życia?

W tym życiowym pędzie przychodzi okres, że np. zapominam o umówionym spotkaniu. To jest znak, że już tego „nie ogarniam”. Jeśli nie utrzymuję mojego planu dnia w ryzach, to trzeba znaleźć czas na odpoczynek umysłu. Jeżdżę wtedy do klasztoru w Tyńcu. Niestety teraz się już trochę skomercjalizował. Jednak taka wspólnota klasztorna daje inną energię życia. Tam nagle wszystko się zwalnia. Przez pierwsze dwa dni jest natomiast totalny mętlik w głowie. Tam się dopiero czuje w jakim hałasie przebywa się na co dzień, bo w klasztorze nie ma żadnych dźwięków.

Czy tak popularny teraz aktor znajduje czas na takie wyciszenie?

To nie o to chodzi, czy jestem rozrywany. Pracuję teraz na planie „39 i pół”. W ciągu roku robię dwa filmy fabularne. Dlatego skupiam się na jednej, góra dwóch rzeczach. Problem w tym, że są one codziennie. System pracy jest 12-sto godzinny. To bardzo wyczerpujące, bo nawet jak się czeka na wejście na plan 2-3 godzinny, to i tak jest to męczące. Cały czas trzeba być przygotowanym.

Jednak sposobem na stres jest podobno także kolekcjonowanie tatuaży i butów. Czy to prawda, że po każdej roli przybywa na Pańskim ciele nowa ozdoba?

Wychowany byłem na książkach o Indianach i to rozbudzało moją wyobraźnię. Wcześnie zacząłem też słuchać muzyki heavy metalowej. Tatuaże wzięły się jednak z mojej pasji do historii. Podróżuję po świecie pod kątem sprawdzania pewnych informacji historycznych. I właśnie tatuaże bardzo zainteresowały mnie w tym kontekście. Podoba mi się to i rzeczywiście, po każdym ważnym wydarzeniu w moim życiu, ozdabiam ciało nowym „rysunkiem”. Ale nie po każdej roli. Moja mama jest temu bardzo przeciwna. Myślę jednak, że kiedy będę miał 65 lat, to będę aktorem wytatuowanym od góry do dołu.

Odnośnie butów, to z każdego wyjazdu, przywożę nową parę. Nawet jak jadę do Złotoryi, to wracam z nowymi butami. Nie wiem dlaczego. Gdyby Pan był w moim mieszkaniu, które ma 27 m kw. (bo dopiero niedawno było mnie stać na kupienie na kredyt mieszkania dla siebie), to połowa pokoju zawalona jest książkami, po środku stoi łóżko, a na drugiej połowie stoją pudełka z butami. Mam 78 par butów! Oczywiście w większości z nich nie chodzę i część oddaję bratu. Mój ostatni zakup, to buty z Pakistanu z zawijanymi czubami. Od początku wiedziałem, że ich nie założę bo będzie „obciach”. Musiałem jednak je kupić. Zrzucam to na karb komuny, bo wtedy na „adidasy” trzeba było wydać całą pensję rodziców.

No ale mam jeszcze trzecią pasję. Jestem właścicielem siedmiu samochodów. Jeżdżę po garażach, które wynajmuję i wszystkie odpalam przynajmniej raz w tygodniu. Jeśli kupię samochód, to nie mam sumienia go sprzedawać. Chyba, że oddaję go w zaufane ręce.

Z drugiej strony to nie wiadomo jak dalej będzie z pracą, ponieważ w zawodzie aktora różnie bywa. Teraz jest dobrze, ale może być tak, że będę zmuszony sprzedać moje auta.

W Akademii Sztuk Walki w Warszawie (ul. Kinowa) rozmawiał Marcin Cholewiński

Życie Warszawy