Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Dla mnie rodzina jest najważniejsza, zawsze na pierwszym miejscu

Agata Sabała 01-04-2009, ostatnia aktualizacja 02-04-2009 07:58

Z Andrzejem Ofmańskim, ojcem zamienionych 25 lat temu bliźniaczek, rozmawia Agata Sabała.

autor: Gardziński Robert
źródło: Fotorzepa

Pamięta pan, kiedy dowiedział się, że będzie miał bliźniaki?

Remontowaliśmy właśnie błyskawicznie mieszkanie, żeby zdążyć przed porodem. Żona wróciła z USG i śmiejąc się powiedziała, że będą dwie córki. Murarze, którzy byli w domu zaczęli się też śmiać i pytali czy z kuchni robimy następny pokój. I tak właśnie zrobiliśmy. Ucieszyłem się, w mojej rodzinie pradziadek był bliźniakiem.

Córki po urodzeniu chorowały. Kiedy miały dwa tygodnie, trafiły do szpitala na Niekłańską. Tam Edyta została zamieniona z Niną, córką państwa Wierzbickich. Jak wyglądał wtedy oddział, na którym leczono dzieci?

Leżało tam 80 dzieci, a zajmowały się nimi dwie pielęgniarki. Było ich tyle, że leżały po dwoje, troje w poprzek w łóżeczkach. Kiedy brakowało miejsca, dzieci kładziono w koszach na podłodze, w szufladach.Policzyliśmy, że samo mycie dzieci musiało zajmować siedem godzin dziennie. A gdzie karmienie, leki, przewijanie. Przecież to chore dzieci, ciągle płaczą. Raz na tydzień można było je zobaczyć, jak pielęgniarka podniosła z łóżeczka i pokazała przez szybę. A najlepiej, żeby w ogóle nie przychodzić, bo rodzice tylko przeszkadzają. Takie były przepisy, nie mam o to pretensji. Ale cała organizacja szpitala, jak się okazuje, była fatalna.

Mówi się, że dziewczynki miały na rękach opaski z nazwiskiem, które zdejmowano do kąpieli. I podobno wtedy doszło do zamiany. Pamiętam, kiedy odbierałem jedną z dziewczynek ze szpitala. Żadnej opaski na ręku nie widziałem. Miały takie przy urodzeniu. Wiem, bo te opaski są w domu w albumie. Mam taki charakter, że chowam takie rzeczy na pamiątkę. Zawsze uważałem, że chwile dzieciństwa trzeba łapać, bo tak szybko mija. I gdyby miały opaski ze szpitala z Niekłańskiej, na pewno trafiłyby one do albumu.

W sądzie zarzucano pana żonie, że nie poznała dzieci. Czy to rzeczywiście możliwe?

Żona zachorowała na depresję, bo część ludzi zarzucała jej, że nie rozpoznała własnych dzieci. Jak miała je poznać? Najpierw tydzień leżały w inkubatorze, tydzień mieliśmy je w domu. Potem miesiąc w szpitalu, gdzie można je było zobaczyć przez szybę. A dzieci w tym wieku ciągle się zmieniają. W czasie odwodnienia noworodki zmieniają się tak, że wszystkie są do siebie podobne: zmieniają się rysy, wystają kości policzkowe.

Zeznała tak lekarka, którą przesłuchiwano w naszej sprawie. Kiedy już wyzdrowiały i żona poszła do przychodni, to lekarka jej powiedziała: ma pani bliźniaki dwujajowe. Cieszyliśmy się, że przynajmniej nie będą takie same. Dalej się toczyło. Córki się chowały. Wszystko było w porządku.

Sądzi Pan, że w tym czasie w szpitalach mogło dojść do innych zamian dzieci?

Myślę, że tak. Tu wyszło na jaw dlatego, że to były bliźniaki i spotkały się na mieście. Mogło tak być w szpitalu, że kobieta dostała inne dziecko.

Jestem pewien, że były takie zamiany w szpitalach w tamtym czasie. Ale na miejscu rodziców, którzy mają jakieś wątpliwości, nie sprawdzałbym tego. Ludzie pytają mnie czy to dobrze, że cała sprawa wyszła na jaw. Odpowiadam zawsze, że skoro to prawda, to dobrze, bo zawsze jestem za poznaniem prawdy, jaka by nie była. Rodzicom, którzy mają choćby cień obaw, powiedziałbym, że nie warto dochodzić. Lepiej zapomnieć, bo gdy okaże się, że dziecko zostało zamienione, będzie to rodzinna tragedia i nie da się już o tym nigdy zapomnieć.

Swoją biologiczną córkę, Edytę, zobaczył Pan ponownie, kiedy miała 17 lat. Pamięta Pan pierwsze spotkanie?

Oczywiście, że pamiętam. Na początku nie chciałem wierzyć, kiedy Kasia powiedziała, że ma sobowtóra. Kazałem jej nie pleść głupot. Mało to sobowtórów jest. Ale siostra, zamieniona w szpitalu? Powiedziałem: koniec, nie rozmawiam o tym, nie denerwuj mnie i matki. Potem zobaczyłem Edytę, jej ruchy, mowę, takie same jak Kasi. One nie są identyczne. Edyta jest bardziej podobna do żony, Kasia do mnie. Ale nie miałem już żadnych wątpliwości. Kiedy Edyta przyszła do nas pierwszy raz, widziałem, że ma problem, bo nie wie, jak się do nas zwracać. Mamo, tato? Przecież ma już rodziców. Wtedy zaproponowałem, żeby mówiła nam po imieniu i to przełamało lody.

Jak rodzi się miłość do dziecka, które poznaje się jako prawie dorosłą osobę?

Nie potrafię tego wyjawić, sam się nad tym zastanawiałem. Ale to przyszło tak od razu. Nie wiem: geny, może psychika.

Co jest źródłem prawdziwego podobieństwa: geny czy wychowanie?

Na przykładzie moich córek widzę, że geny. Bliźnięta nie są do siebie podobne tylko zewnętrznie. Kasia i Edyta są bliźniaczkami jednojajowymi. Obie odziedziczyły po mnie zdolności plastyczne. Edyta nie mieszkała z nami, nie mogłem wpływać na jej rozwój. W pokoju wisi obraz namalowany przez nią, a nikt jej tego nie uczył, od urodzenia lubiła i umiała rysować. Kasia skończyła architekturę krajobrazu. Nauka przychodziła im bez żadnych problemów. Kiedy wyprawialiśmy ich 18. urodziny, żona zastanawiała się, co ugotować. Przeglądała książkę kucharską, kiedy weszła Edyta i mówi: upiecz schab ze śliwkami, bardzo lubię. Kiedy już wróciła do domu, wróciła Kasia i mówi do żony: mamo, upiecz schab ze śliwkami, bo mam ochotę. Mają podobne charaktery. Są niezależne. Nina, pomimo, że wychowywała się razem z Kasią, jest inna. Zawsze była taką przylepą, moją ukochaną córeczką. Pomagała mi, uczyła się spokojnie w swoim pokoju. Miała zdolności matematyczne, lubiła przedmioty ścisłe. Jest taka cichutka i spokojna jak żona. Wszystko bardzo przeżywa, ale nikomu złego słowa nie powie.

Jak państwo zareagowali, kiedy dowiedzieli się o zamianie?

To była wielka tragedia dla wszystkich. Żona płakała całymi nocami,zachorowała na depresję. Słyszałem, jak Nina płakała w swoim pokoju.Dowiedziałem się od siostry żony, że poszła do niej i zapytała: - Ciociu, co teraz ze mną będzie? To były 17-latki. Raptem świat im się zawalił pod nogami. Słyszałem opinie lekarzy, że przecież nic się nie stało. Skoro nic się nie stało, to zróbmy komunę, wspólne żony i będziemy mieli wspólne dzieci. Inni mówią nam: są tacy, którzy adoptowali dzieci i dla nich jest to obojętne. Ale oni o tym wiedzą, zrobili to świadomie. Ja sam pochodzę z rozbitego małżeństwa i ojca spotkałem dopiero po 30 latach. Sam poszedłem go odszukać, bo byłem ciekaw jak on żyje. Rok potem zmarł. Ale go odszukałem i rozmawiałem z nim.

Edyta nie chce teraz się z Państwem kontaktować, nie rozmawia nawet z rodzicami, z którymi mieszka. Jak wyglądały wasze kontakty wcześniej?

Zorganizowaliśmy razem 18. urodziny dziewczynek. Edyta jeździła z nami na narty zimą. Uczyłem ją biegać na nartach pod Warszawą. Uczyłem ją żeglować. Kasia i Nina już nie chciały ze mną wyjeżdżać, już to wszystko znały. Edyta uczyła się wszystkiego, co wcześniej robiłem z córkami. Nawet żona jeździła z nami na żagle, chociaż boi się wody i nie umie pływać.

Żeby tylko być z Edytą. Na początku było to w miarę normalnie. Zaczęło się psuć, kiedy Edyta wyjechała na studia magisterskie do Poznania. Myślę, że już wtedy chciała uciec. Później był tylko jeden taki dzień, który spędziliśmy naprawdę razem. Po rozprawie w sierpniu Edyta się otworzyła.

Zaczęła z nami rozmawiać. Jeździliśmy po kawiarniach. Pojechaliśmy do Yacht Clubu. Siedzieliśmy tam do trzeciej w nocy. Żona już usypiała na tylnym siedzeniu samochodu, ale chciała być jak najdłużej z córką. Była szczęśliwa. Ale to był jeden dzień. Potem odcięła się od wszystkich. Podejrzewam, że po prostu nie radzi sobie z sytuacją. Chciałbym jej pomóc, ale jest dorosła, nie będzie mnie słuchać.

Czy jest coś, o czym chciałby Pan porozmawiać z Edyta, a do tej pory się Panu nie udało?

Pewnie jest wiele takich rzeczy. Straciliśmy tyle lat. Nie poznała jeszcze całej mojej rodziny. Chciałbym, żeby jeszcze ze mną pożeglowała, żeby spędzała z nami jak najwięcej czasu. Dla mnie rodzina jest najważniejsza, zawsze na pierwszym miejscu.

Jutro poznamy wyrok w państwa sprawie, która toczy się od siedmiu lat. Jakiego orzeczenia sądu się pan spodziewa?

Cały czas mam nadzieje, że żyjemy w państwie prawa. Wierzę, że prawda i sprawiedliwość zwyciężą.

Co państwo zrobią, jeśli wyrok okaże się niekorzystny?

Będziemy składać apelację. Jeśli będzie trzeba, odwołamy się do Strasburga. Wyrządzono nam krzywdę i należy się zadośćuczynienie. Wyrok niczego nie zmieni, ale przynajmniej zamknie sprawę.

Bardzo dużo nam się zarzuca: że chcemy wyciągnąć kasę, że żądamy zbyt wiele lub zbyt mało. Ale jaka suma jest odpowiednia za stracone 18 lat życia?

Stwierdziliśmy, że najlepszym wyjściem dla córek jest założenie własnej rodziny, pójście w świat. Dlatego wystąpiliśmy o tyle, żeby mogły sobie za to kupić kawalerki. Przez lata procesu ceny wzrosły, teraz jest to kwota 300 tys. zł. Ja nie potrzebuję pieniędzy. Nie jestem człowiekiem, który goni za nimi po to, żeby sobie kupić nowe meble, kafelki. Dla mnie to są rzeczy bezwartościowe. Wolę zobaczyć coś w życiu, bo mam tylko jedno życie. Swoją część dam córkom, żeby się mogły urządzić. A kiedy to wszystko się skończy, chcę zabrać żonę na wakacje, bo to jest jedyna szansa, żeby pomóc jej zapomnieć, oderwać się od tego.

Czy ma Pan dziś do kogoś żal?

Na początku była wściekłość. Długo zastanawialiśmy się czy wystąpić do sądu. Niektórzy zarzucają, że powinniśmy pozwać lekarza czy pielęgniarkę, którzy to zrobili. Ale mnie nie interesuje, kto przełożył dzieci, zamienił opaski. Nie wiem tego i po tylu latach już się nie dowiem. Żartuję, że mógł to zrobić hydraulik, który przyszedł naprawiać rury i po pijanemu sobie zamieniał dzieci. Według mnie odpowiedzialność ponosi szpital, bo był tam kompletny bałagan, brak organizacji. Mam żal, bo nikt nam nie pomógł, nie chciał iść z nami na ugodę. Nie zaproponowano nam żadnej pomocy psychologicznej, której moja żona i córka bardzo potrzebują. Nie ma żadnej instytucji, która pomagałaby w takich przypadkach.

Dwie rodziny, których dzieci zamieniono w szpitalu 25 lat temu domagają się łącznie ponad 2 mln zł odszkodowania. Dramat bliźniaczek zaczął się miesiąc po urodzeniu, w styczniu 1984 roku. Trafiły do szpitala na Niekłańskiej z zapaleniem płuc, podobnie jak trzecia dziewczynka – Nina. Przy wypisie ze szpitala matka bliźniaczek, Elżbieta Ofmańska odebrała z niego swoją córkę Katarzynę i dziecko Haliny Wierzbickiej – Ninę. Druga z bliźniaczek, Edyta, trafiła do rodziny Wierzbickich. Dziewczyny i ich rodziny dowiedziały się o zamianie, kiedy miały 17 lat. Biologiczne siostry często były mylone przez znajomych. Jedna z ich koleżanek doprowadziła do spotkania.

Dodaj swoją opinię

Życie Warszawy