r e k l a m a

Z maczetą na Rotundę

Adam Robiński,Natalia Bet 03-04-2009, ostatnia aktualizacja 22-05-2009 13:21

- Pokaże wam takie miejsca, które dla przeciętnego warszawiaka nic nie znaczą. Ja dostrzegam ich inne oblicze – mówi Krzysiek „Semp” Bielecki, pionier gier miejskich w Warszawie. A my nie spodziewamy się, że chwilę później będziemy wąchać chodnik przed uniwersytecką biblioteką i czołgać się tunelami w praskich podwórkach. Z "Sempem" spacerują Natalia Bet i Adam Robiński.

autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa
autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa
autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa

Przeczytaj także: "Semp" wraca do gry, czyli wszystko o najnowszej grze miejskiej

„Semp” nie chce opowiadać o Żoliborzu, gdzie się wychował i dorastał, czy o Tarchominie, gdzie mieszka. Dla niego stolica to ogromna plansza. To tu pięć lat temu pierwszy raz pokazał, czym są gry miejskie i z czasem zaraził warszawiaków tą nietypową formą spędzania czasu. Potem usunął się w cień, przekazując – jak sam mówi – stworzone przez siebie narzędzie innym. Dziś, po długiej przerwie, wraca do interesu. O swoim najnowszym projekcie obiecuje opowiedzieć jednak dopiero pod koniec naszej wycieczki.

Spotykamy się przy Rotundzie. - Jej okolica, miejsce niedoceniane przez większość warszawiaków, działa na mnie inspirująco, bo panuje tu największy gwar i chaos – tłumaczy „Semp”, na co dzień student psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. – Lubię wytrącać ludzi z rutyny, w którą tu popadają. Właśnie dlatego osadziłem tu większość swoich projektów.

Bo wyobraźmy sobie grupę ludzi goniącą ul. Marszałkowską chłopaka ubranego w dziwny biały kombinezon, który dodatkowo trzyma w ręce czerwoną kopertę. Nie da się ich nie zauważyć. Każdy musi zareagować. - Tak się to wszystko zaczęło - wspomina Krzysiek. - Nie jestem ślepo zakochany w tej okolicy, ale w panującym tu miszmaszu odnajduję wenę do działania.

Szybszy od metra

Przenosimy się do metra Centrum. Po zmroku na południowym odcinku podziemnej kolejki toczyła się akcja jednej z ciekawszych gier. Zadania dla graczy były porozsiewane po okolicach kolejnych stacji metra. Efekt był zaskakujący nie tylko dla pasażerów, ale też dla obsługi. - Cały pociąg był pusty i tylko w pierwszym i części drugiego wagonu tłoczyli się ludzie, którzy po przejechaniu jednej stacji szybko wybiegali w kierunku bramek wyjściowych. Po kilku minutach wracali pod ziemię. Pod koniec gry zaskoczone służby metra otworzyły nam bramki na wszystkich stacjach - opowiada Krzysiek. - A jeden z graczy był na tyle sprytny, że chcąc zaoszczędzić na czasie postanowił pościgać się z metrem. Nie czekał na pociąg, tylko przebiegł między stacjami. I był szybszy!

Wysiadamy przy Świętokrzyskiej. - W pobliżu Sezamu zrobiłem happening pt. "Nigdy nie wiesz, co się stanie" - opowiada Bielecki. - Kazałem ludziom rozpoznać wśród przechodniów podstawionych przeze mnie aktorów. Tym ostatnim dałem rekwizyty: pistolet na wodę, odblaskową kamizelkę, maczetę. Ktoś z nich palił na odwrót papierosa.

Wnioski były zaskakujące. - Okazało się, że Warszawa jest na tyle pełna dziwactw, że często uczestnicy nie byli w stanie odróżnić, kto jest podstawiony, a kto nie – konkluduje Krzysiek.

Chodnik o zapachu konwalii

Z tym miejscem wiąże się też inna historia. – Postawiłem tu kiedyś człowieka, którego zadaniem było odbieranie telefonów od graczy i przekazywanie im instrukcji. Podchodzili też do niego uczestnicy gry, wymieniali uściski dłoni, rozmawiali, śmiali się. Na taką nietypową sytuację natrafili patrolujący okolicę policjanci. Nabrali podejrzeń, tym bardziej, że chłopak do kurtki miał przypięty identyfikator ze słowem "śnieg". - Wnioski narzuciły się same: to diler handlujący białym proszkiem. Na nic się zdały się tłumaczenia, że to tylko zabawa – śmieje się po latach Krzysiek.

I zabiera nas nad Wisłę, w pobliże Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Bo właśnie tam, przy innej okazji warszawiacy mieli za zadanie zdobyć niezbędne do gry informacje, wywąchując je z... chodnika. Dziś beton już nie pachnie, ale jeszcze kilka miesięcy temu roztaczała się nad nim woń konwalii i cytrusów. A to za sprawą perfum, którymi spryskano płyty. Rozpoznanie zapachu było elementem zagadki. – Przechodnie nie wiedzieli co się dzieje, gdy tłum ludzi z entuzjazmem wąchał chodnik - wspomina z uśmiechem Krzysztof.

Przemieszczamy się na Pragę, w okolice Dworca Wileńskiego. Krzysiek prosi, by nie zdradzać, gdzie dokładnie idziemy. - To ze względów bezpieczeństwa – wyjaśnia i prowadzi nas do opuszczonej kamienicy przy ul. Targowej. To budynek-widmo z zamurowanymi oknami i drzwiami. Dostać się do niego można tylko przez podwórko sąsiedniego domu. - Jest tu dziura w ścianie, nisko przy ziemi. To jedyne przejście – tłumaczy „Semp”.

Tunel jest dobrze ukryty za zdezelowanym maluchem. Szybko jednak wywąchuje go towarzyszący nam pies. To zdecydowanie najbardziej tajemnicze miejsce, które brało udział w miejskich grach „Sempa”. Nic dziwnego, że ostatecznie nie dotarł tu żaden z graczy.

Piękne słowa na "V"

Na koniec ekstremalnego spaceru wracamy do Śródmieścia. W okolicach ronda de Gaulle'a Krzysiek wreszcie zaczyna opowiadać o swoim najbliższym projekcie. Pierwszym od wielu miesięcy. - Ta jednorazowa gra będzie naprawdę trudna. Po raz pierwszy do zabawy niezbędny będzie internet, dobrze więc mieć kogoś pod telefonem. A rozgrywka będzie toczyć się o dużą stawkę - zapowiada enigmatycznie nasz rozmówca. Dla zwycięzcy przygotował - jak sam określa - tajemniczą "Teczkę Prawdy". O co chodzi? - Nie chcę zdradzać, co schowam w środku - mówi, dodając: - Sami zobaczycie, co będzie się działo w niedzielę. Powiem tylko, że dużą rolę w rozgrywce odegrają łacińskie słowa na "V". To piękne słowa, kryją w sobie wiele znaczeń i mądrości - śmieje się złowrogo „Semp”.

Gra miejska pt. "Ekstremum" rozpocznie się w najbliższą niedzielę o godz. 17. Chętni powinni stawić się w kawiarni Empiku (drugie piętro) przy Nowym Świecie. Przydadzą się: długopis, wygodne obuwie, mapa Warszawy, łączność z internetem lub pieniądze na kafejkę internetową. Udział jest bezpłatny.

Życie Warszawy