r e k l a m a

Living Colour "The Chair In The Doorway"

Arek Lerch 29-10-2009, ostatnia aktualizacja 29-10-2009 17:57

Living Colour powrócił w klasycznym składzie i nagrał najprawdopodobniej najciekawszą płytę od czasu „Stain”...

źródło: materiały prasowe

Za każdym razem, kiedy nowojorczycy proponują kolejną, świeżą porcję muzyki, coraz bardziej uświadamiamy sobie, że czasy radosnych pląsów z „Vivid” czy finezji „Times Up” to zamierzchła przeszłość. Trudno jednak odmówić Living Colour niesamowitej sprawności w poruszaniu się w meandrach muzyki popularnej. Najnowsze dzieło grupy, to właśnie taki labirynt, gdzie można spotkać i ponure, rockowe pasaże a za moment beztroskie, słoneczne melodyjki rodem z kalifornijskiej plaży. To właśnie ta różnorodność stanowi o sile zespołu, choć tym razem Vernon Reid z kolegami zatopili ją w ciężkim, rockowo-metalowym sosie, rezygnując z elektronicznych wycieczek z „Collideoscope”. Słychać wyraźnie, że tych kilka lat, które upłynęły od wydania poprzedniej płyty, scementowało na nowo skład. Być może to właśnie powrót równowagi wpłynął też na lekkie uproszczenie utworów, wyeksponowanie solidnej, pulsującej rytmiki i skupienie na esencji gitarowego rdzenia zespołu. Na miażdżącym fundamencie sekcji Wimbish – Calhoun (nadal bez konkurencji...) prawdziwe cuda rozgrywają się na płaszczyźnie gitarowo – wokalnej. Pojedynki Glovera i Reida w „Decadance”, „Out of my mind” czy klasycznie brzmiącym „Bless those” zachwycają, ale także wyraźnie pokazują, jak wielką inspiracją dla Living Colour była formacja Bad Brains. Nie mogło zabraknąć funkujących motywów („Young man”) i lekko orientalnego transu („Not tomorrow”) a miłośnicy wesołych melodii na dłużej zatrzymają się przy „Behind the sun”, „Hard time” czy „That’s what you taught me”. Zespół przemycił na „The Chair In The Doorway” wszystko, co najlepsze w swojej historii, połączył z dojrzałością wytrawnych muzyków, rezygnując z odważnych, choć często niepotrzebnych poszukiwań. Dał świadectwo teorii, że prostota może więcej zdziałać niż rozbudowane i ambitne aranże. Living Colour znowu jest w siodle. A raczej na krześle...

Życie Warszawy