r e k l a m a

Dzień za dniem za oknem ten sam film

Piotr Szymaniak 26-06-2008, ostatnia aktualizacja 04-07-2008 15:25

Syberia? Wiadomo – zimno, wódka, łagry. Koniec świata. Tak myślałem jeszcze niedawno. A teraz?

Przestawianie wózków w Brześciu. Fotografowanie zabronione. Do czasu
źródło: Kuba Kamiński
Przestawianie wózków w Brześciu. Fotografowanie zabronione. Do czasu
Na Syberii kolej jest najbardziej popularnym środkiem podróży. Zimą właściwie jedynym.
źródło: Kuba Kamiński
Na Syberii kolej jest najbardziej popularnym środkiem podróży. Zimą właściwie jedynym.
Rytmowi podróży muszą się podporządkować wszyscy niezależnie od ilości nóg
źródło: Kuba Kamiński
Rytmowi podróży muszą się podporządkować wszyscy niezależnie od ilości nóg

Mrozów nie ma wcale, wódki jak na lekarstwo. Syberia to pociąg, chińskie zupki i zieleń tajgi. Dokładnie w takiej kolejności. Ale zacznijmy od początku.

Warszawa. Dworzec Centralny

Wagon, którym pojedziemy do Irkucka, dołączony jest do pociągu relacji Warszawa – Mińsk. W pierwszym historycznym kursie – tylko dwie pasażerki. Powód? O nowej relacji mało kto jeszcze słyszał. Takiego połączenia na próżno też szukać w Internecie. Podobno, czego nie ma w sieci, to nie istnieje, ale byłem, jechałem, wróciłem – przysięgam.

Każdy bilet jest z miejscówkami. Niestety, w wagonie z firankami z godłem Irkucka (tygrys syberyjski trzymający w zębach sobola) numerów takich jak na bilecie brak. Po chwili zjawia się konduktor z odręcznie napisaną tabelką, gdzie sprawdza, czy numer z biletu odpowiada temu w rzeczywistości. Zastanawiam się, czy całe rosyjskie koleje to taka prowizorka. W tym temacie przyjdzie mi się jeszcze nie raz zdziwić.

Z Warszawy jeździ wagon „kupiejnyj”, z czteromiejscowymi przedziałami, z miejscami do leżenia klasy drugiej. Zaraz po odjeździe prowadnik, czyli hybryda konduktora z porządkowym, roznosi pościel. Ma być przytulnie, ale pierwsze wrażenia są klaustrofobiczne. Głównie przez ciężkie, podwójne okna, których nie można otwierać (klimatyzacja). Skojarzenia z łodzią podwodną nieuchronne. Napawa niepokojem te 114 godzin, które tu spędzimy (ośmiogodzinnej przerwy w stolicy Białorusi nie liczę).

Kilka przedziałów dalej siedzą Wiera Wiśniewska ze Szczecina i Maria Sotnikowa z Irkucka. Pierwsza jedzie odwiedzić rodzinę w Krasnojarsku. Tam się urodziła i stamtąd cudem w latach 50. XX w. ją i jej najbliższą rodzinę udało się wyrwać z powrotem do Polski. Trafiła na Ziemie Odzyskane. – Tam, nawet jako mała dziewczynka, uważałam się zawsze za Polkę. Tu od przyjazdu mówili o mnie „ta ruska”. Ile to razy przeklinałam swoich rodziców za to, że nie dali mi normalnego polsko brzmiącego imienia. Tylko ta „Wiera” – śmieje się kobieta.

– Teraz myślę, że nawet polskie imię nic by nie zmieniło. Maria Sotnikowa, mimowolna towarzyszka podróży Wiery, ma już 80 lat. Pomarszczona twarz, spracowane dłonie, w ustach nie ostał się nawet jeden ząb. Trzyma się prosto, siedzi spokojna, błyskając naokoło żywymi oczami, raz po raz ni to się śmiejąc, ni to uśmiechając. To życzliwy uśmiech kogoś, kto wszystko zna, wszystko widział, a teraz cieszy się chwilą. Zwyczajną chwilą. Tak cieszyć się potrafią tylko ci, którzy widzieli za dużo. I wciąż z tym żyją…

Dochodzi północ. Dojeżdżamy do Brześcia. Spotkanie z białoruskimi celnikami odbywa się w atmosferze nerwowości i wyczekiwania. Szeleszczą kartkowane paszporty. Słychać miarowe oddechy. Oddają nam dokumenty. „Jedźmy. Nikt nie woła”. Za chwilę nasz wagon jest w hangarze, w którym zmieniane są wózki, by przestawić je na szerokie tory. 89 milimetrów więcej, a robi różnicę. – To nie straszno – mówi pani Maria. „Straszno” to nie, ale „ciekawo”. Specjalny dźwig podnosi wagon trochę do góry, a w dole uwijają się robotnicy. Nie można wtedy wychodzić z wagonu. Butelka wódki sprawia, że zakaz nie tylko przestaje obowiązywać, ale i zdjęcia można robić. Cała operacja trwa około dwóch godzin. No to szerokich torów – jedziemy do Mińska.

Mińsk

Miasto robi wrażenie niewielkiego i monumentalnego zarazem. Pierwszą niespodzianką jest dworzec. Czysty. Jak się później okaże, tak jak każdy na wschód od Polski. Czyste są też szerokie ulice, na których brak korków, za to sporo drogich samochodów. Na placu Październikowym ani śladu rewolucji. Za to 200 metrów dalej w internetowej kawiarence młodzi Białorusini piją colę, oglądają MTV i surfują w cyberprzestrzeni. Oddech przed dalszą podróżą kończy się tak szybko jak pszeniczna Baltica 8, jeden z lepszych produktów wschodnich browarników. O godz. 16 miejscowego czasu jesteśmy już w wagonie, który podłączony do pociągu relacji Mińsk – Irkuck zabierze nas na „Sybir”.

Dzięki ZBiR-owi, czyli Związkowi Białorusi i Rosji, przez granice przemyka się jak w strefie Schengen – bezszelestnie. Że jest się w Rosji, można poznać po tym, że na dworcu wszystko kosztuje już setki rubli, a nie tysiące, jak na Białorusi. Poza tym wszystko wygląda podobnie. Asortyment, jaki dominuje w siatkach taszczonych przez „babuszki” na stacjach, też jest podobny. Prym wiodą chińskie zupki – pierwszy przejaw inwazji z Państwa Środka.

Chińska zupka jest swego rodzaju znakiem czasu. W pociągu zastępuje teraz legendarne „kartoszki”, bez których, jak wiadomo, prawdziwy Rosjanin obejść się nie może. Bo dusza rosyjska duszą może być tylko wtedy, gdy żołądek pełny jest „kartoszek”, odpowiednio przy tym zakropionych 40-procentowym „białym winem”.

Teraz Rosjanin musi siebie odnaleźć w plastikowej misce dania instant. Romantyzmu w tym za grosz, za to jakie to praktyczne. W każdym wagonie jest samowar z gorącą wodą, jakby stworzony do chińskich zupek. W każdym wagonie jest też dwoje „prowadników”, którzy niezbyt łaskawym okiem patrzą na pasażerów raczących się wódką.

Domy na szynach

Większość z 15 wagonów stanowią te trzeciej klasy. „Płackartne”, czyli legendarne domy na szynach, tak też przez pasażerów traktowane. Kiedy tylko zaspani ludzie wgramolą się z pakunkami do wagonu, pierwsze, co robią, to przywdziewają różnokolorowe dresy. Podróbki znanych zachodnich marek.

W sportowych trykotach, klapkach czytają książki, gazety, rozwiązują krzyżówki, sudoku, grają w karty, bierki, słuchają muzyki z odtwarzaczy MP3.

Maria Sotnikowa nie miała wygodnych dresów ani krzyżówek. W listopadzie 1944 r., wtedy jeszcze Tkaczuk (z domu Strzelelecka), podczas swojej pierwszej podróży nawet nie kupiła biletu w kasie, jak to się robi teraz. Darmowy bilet na wagon towarowy zwiastowało łomotanie NKWD do drzwi chaty w Oleszy, małej wiosce w Terespolskiem. W ciągu następnych sześciu tygodni zimowej podróży nieraz zastanawiała się, po co jej mąż, Ukrainiec, wstępował do UPA.

– Rozstrzelali go gdzieś, zakopali na polu, a ja jechałam w 40-stopniowym mrozie z ośmiomiesięcznym Jasiem – wspomina niechętnie wydarzenia sprzed ponad 60 lat. – Żeby maleństwo nie zmarło, okrywałam je wciąż pierzyną. Zdrapywałam lód ze ścian, topiłam i tę wodę dawałam dziecku. Chłopczyk przeżył, choć chorował jeszcze dwa lata. 170 innych zesłańców nie miało tego szczęścia. Trupy wrzucano do ostatniego wagonu...

Dziś w „płackarnych” wagonach skojarzenia obozowe wywołują tylko dwie rzeczy. Smród i wystające z łóżek stopy. A raczej rzędy nagich stóp wyciągniętych wzdłuż przejścia. Są tylko dwie toalety na wagon. Oddzielnej łazienki nie ma, prysznic pozostaje tak odległy jak wschodnie wybrzeże USA. W wagonie „warszawskim” sytuacja jest podobna. Dlatego kąpiel w zimnej wodzie w małej umywalce jest o tyle nieprzyjemna, co ekwilibrystyczna. Codzienna toaleta stanowi nie lada wyzwanie.

Maraton filmowy

Dzień za dniem za oknem ktoś wyświetla wciąż ten sam film. Bieriozki, bieriozki, bieriozki, jakaś polana i slajdy przewijają się od nowa. W oczy kłuje zieleń, która nie tyle uspokaja, co hipnotyzuje. Jedynym urozmaiceniem są mijane rzeki: Wołga, Ob czy Jenisej. Granica Europy mija niezauważona gdzieś na Uralu, który zza okien wygląda jak Bieszczady. Przez większość czasu telefony komórkowe nie mają zasięgu.

Za oknem nieliczne zaniedbane drewniane chaty, ale z obowiązkowo odmalowanymi na niebiesko okiennicami. Pola zaorane, ale jeszcze nic na nich nie wzrosło. – W Irkucku o tej porze krzaki kartofli są już całkiem duże – dziwi się Sotnikowa. Staruszka mówi, że najlepszymi rolnikami w Irkucku są Chińczycy. – Nazjeżdżało ich ostatnio bardzo wielu i nie są zbyt lubiani. Ale rolnikami są wspaniałymi. Widać u nich miłość do ziemi. Znają każdy krzak, który pielęgnują. Rosjanie wolą po prostu pić. Robić im się nie chce.

Syberia to kocioł, w którym mieszają się potomkowie Polaków, Ukraińców, czasem Białorusinów, Uzbecy, Mongołowie, Buriaci, Rosjanie, Ewenkowie, Chińczycy. Tygiel kultur i narodów. – Kim ja się czuję? Mówię po polsku i po rosyjsku. Pierwszy mąż był Ukraińcem, drugi Rosjaninem. W paszporcie stoi – Ukrainka, ale obywatelstwo mam rosyjskie. Raz idę do katedry, raz do cerkwi. Kim się czuję? Czuję się… dobrze – mówi.

Słońce zachodzi późno, około godz. 23 miejscowego czasu (dworcowe zegary niezależnie od stref pokazują czas moskiewski, rozkład jazdy także jest podany według niego). Noce są krótkie i jasne. Przez różnicę czasu ciężko jest usnąć. Jednostajne kołysanie pociągu, które tak niezawodnie usypia w ciągu dnia, nocami wprawia w coś na kształt letargu. Wpatrując się w nieustannie ten sam obraz za oknem, nawet nie zauważam, kiedy przychodzi świt.

Kolejne dni mijają tak samo. Dworce są do siebie podobne. Czyste, marmurowe, z obowiązkowym kryształowym żyrandolem. – Kiedyś też wyglądały jednakowo. Niedbale sklecone z desek baraki. Ale przy każdym stał pięciometrowy Lenin – wspomina Sotnikowa.

„Babuszki”, od których można kupić jedzenie, także przestają się różnić. Na peronach podróżni zaopatrują się w suszone ryby, zupki, kalmary, orzeszki, piwo, wodę. Ceny zbliżone do polskich. Wszystko niezbyt świeże. W dodatku kupując pierożki (rogalik z miękkiego ciasta z nadzieniem), nigdy nie wiemy, jaki w środku jest farsz. Z restauracyjnego wagonu nikt nie korzysta. Ze względu na ceny i świeżość produktów. Łatwo kupić napój przeterminowany o dwa lata. W Swierdłowsku przekonuję się, co znaczy punktualność rosyjskich kolei. Sprint do pociągu uświadamia mi, że tu nie czeka się na nikogo i nie warto wychodzić na peron bez paszportu i pieniędzy. Po czterech dniach nad ranem docieramy do Omska. Podobno w tych okolicach zakopano w jednym dole tych, którzy nie przeżyli transportu, którym przyjechała pani Maria...

Dom jest tam, gdzie dzieci

W miarę przybliżania się do Irkucka, twarze słowiańskie ustępują miejsca rysom uzbeckim i mongolskim. Mijamy stację Zima. To tu był kres podróży pani Marii. – Po sześciu tygodniach strażnicy otworzyli pociąg i powiedzieli: „Idźcie, gdzie chcecie”. Wtedy myślałam, że jestem tu na pięć lat. Później powiedzieli, że na całe życie. Potem praca w tartaku, kotłowni, przy spławianiu drewna, rąbanie drzew w tajdze...

– Pierwszy raz pozwolili mi przyjechać do Polski w 1958 roku. Od tamtej pory odwiedziłam rodzinę 39 razy. Czterdziesty raz już nie pojadę. Za stara jestem...

Pociąg zbliża się do Irkucka. Domu pani Sotnikowej. – Dom jest tam, gdzie dzieci, a moje dzieci, wnuki i prawnuki tu mieszkają. Jak ja mogę stąd odejść? Rodzina w Polsce namawiała mnie „Zostań, gdzie tam będziesz umierać między obcymi”. A ja mam tu swoje gniazdo. Jak się czuje człowiek, który przyjechał i nic nie ma swego? Raz już to przeżyłam. Teraz jadę do domu i tyle wszystkiego. – Mam prawnuka – ciągnie staruszka. – Czteroletniego Sławka, ciągle chodzi i pyta „Gdzie ta stareńka babcia, czemu jej nie ma?”. Jutro znów pójdziemy razem w piłkę grać. Takie życie… On się do mnie przywiązuje, a ja do niego.

Pięć dni i 7,5 tys. km od Warszawy pociąg wolno wtacza się na stację docelową. Prawie pusty peron rozbrzmiewa marszową muzyką z dworcowych głośników. Niebawem zapadnie zmrok. W Polsce dochodzi godz. 16, tu jest 23. Przed dworcem natychmiast staję się obiektem zainteresowania taksówkarzy. – Bajkał? Moża do Listwianki? – pytają jeden przez drugiego. Na to przyjdzie czas. Na razie kolejne stereotypy i wyobrażenia o Syberii czekają w kolejce do zderzenia z rzeczywistością. Ale o tym za tydzień.

Życie Warszawy