Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wikingowie, hipisi, wiedźmy

Marcin Flint, Dominika Węcławek 14-01-2010, ostatnia aktualizacja 20-01-2010 16:56

Krzykliwość zachodniej Europy i skandynawski spokój. Przytłaczająca nowoczesność wśród dobiegających zewsząd ech przeszłości. Kopenhaga funkcjonuje na granicy światów. Na tyle dobrze, że potrafi porwać w miesiącu tak ponurym jak styczeń.

autor: Dominika Węcławek
źródło: Życie Warszawy
autor: Dominika Węcławek
źródło: Życie Warszawy
autor: Dominika Węcławek
źródło: Życie Warszawy

Nie każdy od razu zaprzyjaźni się ze stolicą Danii. Zwłaszcza zimą. Nawet jeśli termometr wskazuje zaledwie kilka stopni mrozu, zimno będzie odczuwalne daleko bardziej niż u nas. Za sprawą atakującego zewsząd wiatru. Na miasto najlepiej patrzy się z rowerowego siodełka, acz trudno się o to pokusić. Duńczycy nie mają co prawda żadnych oporów, pedałując w najlepsze, należy to jednak zrzucić na karb wieloletniego zahartowania. Pozostają zatem własne nogi lub kosztowna komunikacja miejska.

Idąc własnym szlakiem

Symbol miasta – Syrenka – ulokowany jest poza jego centrum. Można go sobie darować – nasza warszawska pół kobieta, pół ryba jest bardziej interesująca. Takich rozczarowań może być więcej. Autorzy przewodnika Lonely Planet chcą reprezentacyjnemu traktowi handlowemu Stroget przylepić etykietkę „narodowej porażki”, zarzucając mu zupełną stagnację. Podobnie Christiania – enklawa na terenie dawnej bazy wojskowej, od lat 70. ciesząca się nieuzasadnioną prawnie autonomią, czasy świetności ma już za sobą. Państwo przypomniało sobie o niej, zaniepokojone powszechnym handlem narkotykami. Wcale go nie zwalczono, wieczorem zobaczyć można było leżący na straganach haszysz, ale wraz z policyjnymi patrolami i grupkami podekscytowanych nastolatków uleciał gdzieś hipisowski luz. Można przywieźć sobie zdjęcie szyldu informującego o tym, że jesteśmy poza jurysdykcją Unii Europejskiej.

By Kopenhagę szczerze polubić, trzeba wydeptać po niej własny szlak. Miasto zresztą temu sprzyja, łącząc ciężkie ceglane budownictwo ze szczyptą rokoko i secesji. Jest mądrze rozplanowane, ulice nie toną w czarnej brei, witryny kuszą, bo wysmakowane wzornictwo jest tu równie wszechobecne, co ekologiczna propaganda.

Pęka mit Christianii? Cóż z tego, skoro pobliskie XVII-wieczne Christianshavn potrafi zachwycić. Stare kamieniczki nad kanałami wydają się tak słodkie, że aż chciałoby się je schrupać, sklepiki mają artystyczny sznyt, oferując mnóstwo niebanalnych drobiazgów, a na zacumowanych statkach ludzie prowadzą życie tak normalne, jak w tych warunkach być może. Nie warto iść na łatwiznę. Zamiast starcia z rechoczącymi, przywożonymi autokarami turystami z demoludów w browarze Carlsberga i pospiesznego wypijania dwóch zawartych w cenie biletów piw lepiej usiąść w jednej z dopieszczonych kafejek w okolicach Uniwersytetu i delektować się szklaneczką gloggu, pysznego grzańca, serwowanego z bakaliami.

Z dala od rozpaczy

Styczniowa aura mocno podkreśla urok niektórych miejsc. Na przykład cmentarza Assistens Kirkegord. Różnorodność rosnących tu licznie, baśniowo nieraz wyrzeźbionych przez naturę drzew zdumiewa – niektóre zastępują zresztą płyty nagrobne. Przez nekropolię poprowadzono ścieżkę rowerową, a napis „Fuck H.C. Andersen” tuż przy grobie pisarza pozwala zrozumieć, co dzieje się tu w sezonie. Teraz króluje jednak spokój i melancholia.

Grób pianisty Axela Ludviga Hindberga zdobi karykatura, najwyraźniej miał dużo dystansu do siebie. Obok leży raperka Natasja Saad. Obecne przy mogiłach maskotki z mchu, krasnale, bałwanki z klocków lego chronią przed rozpaczą.

Duńczycy nie potwierdzają zresztą przypisywanego Skandynawom depresyjnego charakteru. Wśród ludów północy uchodzą za wesołków. Czasem wydają się aż nazbyt rozrywkowi, czego dowodem są krzyczące do wtóru rozbijanych butelek kolejki do klubów. Łatwo za to rozpocząć z nimi rozmowę. Korzyści płynących z kontaktu z tubylcami może płynąć wiele. My od mieszkającej na miejscu dziewczyny dowiedzieliśmy się, że w podejrzanych rewirach za dworcem, prócz prostytutek i handlarzy narkotyków, znajdziemy niedrogie, smakowite etniczne knajpki, zaś ponuro zapowiadający się dystrykt rzeźniczy Kodbyen jest jednym z najmodniejszych, lepiej prosperujących miejsc stolicy. Bo Kopenhaga żyje. To nie tylko arcyzgrabna renesansowa giełda na Slotsholmen czy barok pałacu Fredensborg. Metropolia zmienia się w oczach. Jedną nogą jest już w przyszłości.

Ferma architektury

Znajdujące się na południe od centrum Orestad to godny następca paryskiej dzielnicy La Defense. Ta „ferma nowoczesnej architektury” przecięta jest estakadą, którą mknie sterowany komputerowo pociąg. Wzdłuż niej ciągną się budowle jak ze snu urbanisty. Choćby słynny VM House, dom-jeż, z jednej strony naszpikowany trójkątnymi balkonami, z drugiej imponującym płaskim „brzuchem” – sięgającymi pięciu metrów, standardowo w Skandynawii niezasłanianymi oknami. Sąsiaduje z nim równie niebanalny Bjerget, 11-piętrowy projekt wzorowany na północnoafrykańskich, kompleksowych twierdzach, kasbach. W środku kryje 11-poziomowy parking, na zewnątrz zaś apartamenty przypominające łagodne zbocze góry. Warto wejść schodami. Nie tylko po to, by spojrzeć na Field’s, największe w tej części Europy, rozlokowane na 115 tysiącach metrów kwadratowych centrum handlowe. Można bowiem popatrzeć dalej, w stronę Vestamager, by zobaczyć przestrzeń na horyzoncie zamkniętą lasem. Stoi tam wielka, prymitywna drewniana arka, jakby pozostawiana tym, którzy chcieliby uciec przed potopem całej nowoczesności.

Jeżeli ona nam nie przeszkadza, szlakiem wspaniałych projektów i znakomitych architektów możemy przejść wzdłuż całą Kopenhagę. Na krańcach Orestad czeka multimedialne miasteczko, słynne za sprawą błękitnego sześcianu, sali koncertowej autorstwa Jeana Nouvela i okrągłego akademika Tietgenskollegiet, z jego potężnymi drewnianymi żaluzjami.

W centrum oko cieszy niepokojąca biblioteka nazywana „czarnym diamentem” (skojarzenia z „Odyseją Kosmiczną” Kubricka uprawnione) i najdroższy na świecie budynek opery. Jego monstrualny dach bezczelnie wcina się w niebo. W drodze na północne przedmieścia, do unowocześnionej przez Zahę Hadid galerii Ordupgaard, można zajrzeć do doków, by podziwiać groźny industrialny krajobraz i zerknąć przelotnie na sklep meblowy Paustian. O jego wyglądzie decydował w końcu autor opery w Sydney, Jorn Utzon.

W dawne czasy

Z Kopenhagi warto choćby na chwilę wyjechać. Wyspa, na której leży, Zelandia, jest nieduża i świetnie skomunikowana. Pierwszy pomysł na wycieczkę to prężna galeria Louisiana i zamek Hamleta w Helsingorze. Tam lepiej trafić latem.

Chłodną porą znakomicie prezentuje się za to dawna stolica – Roskilde. Wolna od hord fanów muzyki wpadających tłumnie na lipcowy festiwal, daje możliwość pokłonienia się dawnym królom pochowanym w potężnej katedrze. To jej biskup, Absalon, założył Kopenhagę. Spacer nad tutejszy fiord pozwoli cofnąć się w czasie jeszcze głębiej, w muzeum znajdują się pozostałości po wyłowionych z jego dna łodziach wikingów. Grupa zapaleńców wiernie jedną z nich zrekonstruowała i wybrała się nią na rejs do... Dublina. Wszystko skończyło się szczęśliwie.

Zaledwie kilkanaście minut drogi od Roskilde mieści się Koge. To kwintesencja Danii średniowiecznej, baśniowo-pocztówkowej – wąskie, wyłożone kocimi łbami uliczki, przytulne, nierówne, kolorowe domki. Na podwórkach brodaci mężczyźni porykują rozochoceni, być może na skutek degustacji produktów tutejszych mikrobrowarów. Pośród tej sielanki łatwo zapomnieć, że palono tu na stosie wiedźmy i ku uciesze gawiedzi, publicznie karano przestępców. Równie łatwo z pamięci ulatują mankamenty Kopenhagi. Po powrocie do kraju szybko tęskni się za nią. Ale przecież to tylko niewiele ponad godzinę lotu...

Życie Warszawy