r e k l a m a

Ania „Ania Movie” ***

Marcin Flint 22-04-2010, ostatnia aktualizacja 22-04-2010 05:55

No więc Ania Dąbrowska nagrała własne wersje kilku utworów ze ścieżek filmowych. Co to zmienia? Nic zupełnie. Artystka wciąż koncentruje się na latach 60. i 70., a największym jej atutem pozostaje to, że stroni od szarży i pozwala błyszczeć zdolnym instrumentalistom.

źródło: materiały prasowe

Jeżeli przyjmiemy, że cover powinien rzucać światło na piosenki wspaniałe acz zupełnie nieznane, płyta „Ania Movie” nie powinna powstać. Znajdują się na niej numery rozpoznawalne, obecne w oglądanych powszechnie dziełach Tarantino („Kill Bill”, Jackie Brown”), oscarowych klasykach kina („Nocny Kowboj”, „Absolwent”, „M.A.S.H”) czy lubianej komedii romantycznej („Był Sobie Chłopiec”). Jedynym prawdziwie odświeżającym pomysłem było sięgnięcie po kawałek z filmu erotycznego. Przynajmniej w teorii, bo niestety „Deeper and deeper” strasznie nudzi. Co gorsza, przy założeniu, że nowa wersja ma rekonstruować oryginał – a ku takiemu myśleniu skłaniają się współcześni obserwatorzy coverów bądź twórcy mash-up’owi – „Ania Movie” również nie ma racji bytu.

Beatlesowskie „Strawberry Fields Forever” o dziwo znacznie bardziej kreatywnie, współcześniej (!) prezentuje się w wykonaniu czwórki z Liverpoolu. Przyrządzone na latynoską modłę „Give Me Your Love” mdli, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie z jakim uczuciem i wyczuciem zaśpiewał Curtis Mayfield. Nawet jeśli Dąbrowska radzi sobie dobrze, jak w „Suicide Is Painless”, gdzie dzięki niej dostrzec można urok kompozycji, a nie tylko perfidię tekstu, innym wychodzi jeszcze lepiej. Proszę posłuchać dysonansowej, głęboko przerażającej interpretacji Marylina Mansona, bądź zadziornych gitar Manic Street Preachers. To w nich są emocje.

A jednak płyty przekreślać nie należy. Są ku temu powody. Pierwszy na samym początku – utrzymane w lodowatej temperaturze „Bang Bang” imponuje klimatem, rwanym rytmem, poruszającym do głębi dęciakiem. “Across 110th Street" brzmi melodyjnie, bogato, nie traci funkującego pulsu lat 70. Jakoś nie zatęskniłem wcale za chrapliwym głosem Bobby’ego Womacka i surowością jego pierwowzoru. Rewelacją okazuje się ośmiominutowe „Silent Sigh”. Kawałek sprzed kilku lat wyszlachetniał, nabrał najlepszych cech nagrań indie rockowych. Aż chciałoby się, by Ania zostawiła eksplorowany od początku swojej kariery lamus i poszła w tym właśnie kierunku.

Ania „Ania Movie” ***

Wyd. Sony Cena: 36,99

Data premiery: Kwiecień 2010

zyciewarszawy.pl