Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Słońce, wino i krewetki

Piotr Szymaniak 25-03-2011, ostatnia aktualizacja 25-03-2011 14:36

Albo inaczej. Barcelona to miasto futbolu, plaż, paelli. Lub miasto Gaudiego, Picassa i Zafóna. Albo jeszcze inaczej. Barcelona. Miasto, w którym się po prostu zakochasz

autor: Piotr Szymaniak
źródło: zyciewarszawy.pl
autor: Piotr Szymaniak
źródło: zyciewarszawy.pl

Jeśli brakuje ci morza w Londynie, zaś Paryż jest zbyt chłodny, a Wiedeń przytłacza swym pocztówkowym klasycyzmem, to znaczy, że musisz się wybrać do Barcelony. Tam temperatura nie spada poniżej 10 st. C, a latem na plażach Morza Śródziemnego można wygrzewać się na słońcu z gwarancją, że woda zawsze będzie cieplutka. Malkontenci od razu dostrzegą, że piasek nie jest tak delikatny jak nad Bałtykiem. Ale czy nad naszym morzem jest tyle pięknych kobiet opalających się topless?

Ale hola, hola – zanim zasłużymy na wylegiwanie się na plaży, trzeba się trochę zmęczyć zwiedzaniem. Tu opcje są dwie. Pierwszą polecam osobom, które nie spędzą w mieście minimum tygodnia. Najlepszym sposobem na zwiedzenie, chociaż pobieżnie, najważniejszych punków miasta są odkryte piętrowe autobusy.

To banalne rozwiązanie, kojarzone raczej z japońskimi turystami pstrykającymi miliony fotek, sprawia, że w ciągu jednego dnia, góra dwóch dni jesteśmy w stanie zobaczyć zapierającą dech w piersiach bazylikę Sagrada Familia, fantazyjny dom jej twórcy: Gaudiego, zwiedzić miasteczko olimpijskie, pomnik Krzysztofa Kolumba, Ogrody Miramar, stadion Camp Nou czy Park Güell i wiele wiele innych.

Autobusy Barcelona City Tour mają dwie trasy – wschodnią i zachodnią. Jednodniowy karnet kosztuje 22 euro (dzieci 14), a dwudniowy 29 euro (dzieci 18), ale zamawiając przez Internet, oszczędzimy 10 proc. Można wysiadać na każdym przystanku, a po zwiedzeniu danej atrakcji wsiąść do następnego autobusu.
Jeśli nasz pobyt jest dłuższy, polecam drugą opcję, czyli komunikację miejską. Sieć metra jest doskonale rozwinięta, latem w tunelach jest co prawda gorąco jak w piekle, ale za to klimatyzowane wagony pozwalają odsapnąć.

Poza tym Barcelona to doskonałe miejsce do spacerów. I nie odnosi się to tylko do Ramblas, którą nieprzerwanie sunie rzeka spacerowiczów (jak na ulicę, która kiedyś stanowiła dno wyschniętej rzeki, przystało). Choć akurat tamtędy trzeba przejść się obowiązkowo (inaczej nikt nie uwierzy wam, że byliście w Barcelonie).

Spacer w morzu głów

Ta wysadzana platanami arteria ciągnie się z głównego punktu miasta Plaća Catalunya do morza. Po drodze napotkamy setki ulicznych grajków, mimów i innych cyrkowców, ale polecam w miarę możliwości zapuszczać się w małe, średniowieczne boczne uliczki. Łatwo przepaść w malutkich sklepikach i wśród straganów z pysznymi świeżymi owocami, ale warto mieć oczy szeroko otwarte, bo na każdym rogu (dosłownie) czają się płaskorzeźby, modernistyczne zdobienia i secesyjne mozaiki.

Warto zrobić sobie wprawkę przed zwiedzaniem niedokończonej świątyni Sagrada Familia i zwiedzieć gotycki kościół Barri Gothic. Robi wrażenie? To znaczy, że Sagrada zerwie wam buty. Ale zanim tam się wybierzemy, skorzystajmy z bliskości morza i odwiedźmy oceanarium (L’Aquarium), którego przecież w Warszawie jeszcze długo, długo nie uświadczymy.

Bilet wstępu kosztuje 18 euro, ale mnogość gatunków – od planktonu do gigantycznych rekinów – to rekompensuje z nawiązką. Największą atrakcją nowoczesnego obiektu jest 80-metrowy szklany tunel z ruchomym chodnikiem w środku. Sunąc nim pomiędzy morskimi stworami, można poczuć się jak na dnie oceanu.

Woda, jak wiadomo, wzmaga apetyt. A skoro jesteśmy w Barcelonie, to koniecznie trzeba spróbować fideua. To miejscowa odmiana paelii, z makaronem zamiast ryżu. Oprócz tego na danie składają się krewetki, małże, słodka papryka, czosnek, wszystko zapiekane na wolnym ogniu. Trzeba pamiętać jednak, że rytm dnia, a co za tym idzie, jedzenia w Barcelonie jest inny.

Gdy zamówimy główne danie zbyt wcześnie, w najlepszym wypadku kelner spojrzy na nas jak na kosmitów, ale jedzenie przyniesie. W najgorszym – nie kiwnie palcem i zaoferuje przekąski, w Barcelonie je się naprawdę bardzo późno. Nie ma co się jednak obrażać, bo na tamtejszych przekąskach zwanych tapas można przeżyć cały dzień. Popijane piwem lub winem ostrygi, oliwki, mięsa, zapiekane ziemniaki i wszystko, co można sobie wyobrazić zarówno z warzyw, mięs, jak i owoców morza, jako przekąski sprawdzają się znakomicie.

W Barcelonie są setki restauracji, których tapas stanowią 99 proc. dań. Od godz. 21 – 22 ciężko jest znaleźć w nich wolne miejsce, a miasto żyje do późna w nocy.

Nie wierzcie Orwellowi

Ale nie tylko chlebem człowiek żyje, teraz czas na coś dla ducha. A o to zadbał genialny barceloński architekt Antonio Gaudi, najsłynniejszy syn Barcelony, który nie miał ani mistrza, ani następcy. Jego szalone architektoniczne wizje mogą budzić podobieństwa z Friedensreichem Hundertwasserem, który obrażony na kąty proste i regularne linie budował fantazyjne projekty w Wiedniu. Z tym że Gaudi, który żył wcześniej, był takim Hundertwasserem, tylko 100 razy bardziej.

Poza tym o ile Austriak w mieście Straussów zadbał tylko o akcenty, o tyle Gaudi nadał Barcelonie ton. Zdominował miasto, którego historia sięga starożytności (nic dziwnego, że inny barcelończyk Pablo Picasso uciekł tworzyć do Paryża).

Jak na ironię, najsłynniejszą jego budowlą jest ta nieukończona. Sagrada Familia, a właściwie Temple Expiatori de la Sagrada Familia czy Przebłagalna Świątynia Świętej Rodziny, jest budowlą, której nie sposób objąć rozumem ani tym bardziej opisać. Ją zwyczajnie trzeba zobaczyć i choć wśród powszechnych zachwytów nad jej rewolucyjną formą funkcjonuje i ta wyrażona przez George’a Orwella, że jest to jedna z najbardziej paskudnych budowli. Tak czy owak wjeżdżając windą na jedną z wież, można odnieść wrażenie, że tylko geniusz lub szaleniec wymyśliłby tak niesamowitą konstrukcję.

Turyści tłumnie odwiedzają też inne jego monumentalne dzieło: park Güell. Pełen fantazyjnych rzeźb i budowli o dziwnych kształtach park może irytować tabunem zwiedzających go turystów. Na szczęście nie jest ich tak dużo w Casa Mila, bloku na rogu Passeig de Grácia i Provenća, w środkowej części miasta, który także zaprojektował genialny architekt. To jeden z licznych symboli miasta, z których najważniejszy jest ten, nie do końca materialny: FC Barcelona.

Więcej niż klub

Panu Bogu bazylikę, a diabłu Camp Nou. Umówmy się, najsłynniejszy barceloński kościół wciąż jest placem budowy, prawdziwe religijne wręcz uniesienia mieszkańcy tego miasta przeżywają podczas meczów FC Barcelony. Drużyna w granatowo-czerwonych barwach jest nie tylko powodem do dumy, ale też oznaką tożsamości (Barcelona jest stolicą Katalonii, a ta cieszy się dość dużą autonomią, z językiem, władzami itp.).

Warto wybrać się na mecz Barcelony, bo w tej chwili ma ona jeśli nawet nie najlepszą na świecie, to na pewno grającą najpiękniejszy futbol drużynę. Bilety można kupić nie tylko na stadionie, ale i na stałym stoisku na Ramblas czy w oficjalnym sklepie przy Plaća Catalunya. Najtańsze miejsca (w ostatnich rzędach) można kupić już za ok. 20 euro.

Jeśli mamy pecha i w czasie naszego pobytu nie obywa się akurat żaden mecz, tym bardziej trzeba zwiedzić stadion. Camp Nou z zewnątrz wygląda jak ohydna szara komunistyczna budowla, za to w środku robi ogromne wrażenie (podczas meczu jeszcze większe). Dla zwiedzających udostępnione jest nie tylko klubowe muzeum z galerią sław, pucharów i medali. Można także zejść do szatni i przez chwilę poczuć się jak Messi, przechodząc tunelem na murawę.

Ale nieważne, czy do Barcelony ściągną nas popisy piłkarskich wirtuozów, zauroczenie tym miastem po filmie Woody’ego Allena „Vicky, Christina, Barcelona“, czy może książka „Cień wiatru“ Carlosa Ruiza Zafóna, której akcja też dzieje się w stolicy Katalonii. Każdy powód jest dobry, by tam pojechać. Choć raz!

zyciewarszawy.pl