r e k l a m a

Beenhakker znów czaruje

Maciej Białek 11-10-2008, ostatnia aktualizacja 13-10-2008 21:17

Dokładnie dwa lata po meczu z Portugalią Polacy – co typowaliśmy już w piątek – pokonali w równie wielkim stylu Czechy 2:1.

autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Wychodzę z tego meczu bardzo szczęśliwy. Jak napisał Paulo Coelho, futbol jest lepszy niż seks, bo nawet najlepszego seksu nie pamięta się tak bardzo jak ostatniego najlepszego spotkania – cieszył się pół godziny po triumfie z Czechami asystent Leo Beenhakkera Rafał Ulatowski.

Nie wiemy, czy piłkarze kadry podzielają jego zdanie, ale faktem jest, że występ przeciwko Czechom zapamiętamy na długo. Już w piątek pisaliśmy, że mecz z południowymi sąsiadami do złudzenia przypomina słynny triumf z Portugalią w eliminacjach Euro 2008. Ten sam dzień, stadion, godzina meczu, sytuacja w grupie, nawet arbiter!

Kuba czyli lider

– Też mamy déjá vu. Jakby czas cofnął się o dwa lata – przyznawali później polscy piłkarze.

Biało-czerwoni znów zagrali tak, jak planował Beenhakker. Długo przetrzymywali piłkę, wybijając rywali z uderzenia. Podobnie jak dwa lata temu prowadzili 2:0 i znów dali sobie wbić gola w końcówce spotkania (Martin Fenin). Na szczęście zdołali utrzymać wynik, który – oprócz tego że przejdzie do historii polskiej piłki – świetnie zwiastuje przed kolejnymi meczami eliminacji.

Przeciw Portugalczykom znakomicie zagrał Błaszczykowski. Teraz, po dwóch latach, Kuba jest piłkarzem w pełni ukształtowanym, świadomym swojej klasy. W sobotę zagrał wyśmienicie – asystował (jak on przepchnął dwóch rywali?) przy golu długo niechcianego przez Beenhakkera Pawła Brożka, a w drugiej połowie wykorzystał podanie Rogera, pomknął na bramkę Petra Cecha i ładnym technicznym strzałem nie dał mu żadnych szans.

Dobrzy, bo ciągle grają

Spotkanie z Czechami udowodniło dobitnie, że najlepiej grają ci, którzy mają stałe miejsce w swoich klubach. Sobotni wieczór to nie tylko świetny Błaszczykowski i skuteczny Brożek, ale również pomysłowy w ofensywie Roger (po jego świetnym podaniu kolega Jakub Wawrzyniak fatalnie przestrzelił), biegający za dwóch Rafał Murawski i najlepszy w defensywie Marcin Wasilewski.

Pora na akcenty warszawskie. O Rogerze już było. Szkoda, że podobnej laurki nie możemy wystawić Wawrzyniakowi, który popełnił dwa poważne błędy w defensywie. W 43. minucie zszedł z powodu kontuzji i prawdopodobnie nie wystąpi w środę przeciwko Słowacji.

W ostatniej minucie na boisku pojawił się debiutant z Polonii Tomasz Jodłowiec i to nie była przypadkowa zmiana. Beenhakker zamierza coraz częściej z niego korzystać.

Krytykowany przez nas Holender („w ostatnich miesiącach czułem się jak kawałek g...” – powiedział na konferencji) znów potrafił zmobilizować piłkarzy do pięknej walki, ale oddając cesarzowi co cesarskie, poświęćmy słowo rywalom.

Czeski futbol przeżywa spory kryzys, drużyna Petra Rady nie wygrała piątego meczu z rzędu, selekcjoner powołuje bardzo przeciętnych piłkarzy (Slepicka, Pospech) i chyba nie ma wśród nich odpowiedniego posłuchu. To oczywiście problem południowych sąsiadów, ale nie zapominajmy o ich słabościach, zachłystując się kolejną chorzowską wiktorią.

Okiem trenerów

Leo Beenhakker, Polska

Nie jestem smutny, tylko dumny i szczęśliwy. Dlaczego? Przez ostatnie trzy miesiące czułem się nieszczególnie. Nie jestem bowiem ani kawałkiem gówna, ani Bogiem. Zagraliśmy bardzo dobry mecz. Świadczy o tym fakt, że przez godzinę byliśmy w stanie trzymać Czechów w środku boiska. Musimy popracować nad tym, by lepiej reagować na zmiany gry rywala. Przy prowadzeniu 2:0 wiadomo, że przeciwnik będzie walczył o zdobycie bramki. Chodzi wtedy o zachowanie kontroli. Moi zawodnicy muszą zrozumieć, że najlepszą obroną jest posiadanie piłki.

Petr Rada, Czechy

To nieprzyjemna strata punktów, ale mamy przed sobą jeszcze osiem spotkań i musimy zacząć wygrywać. Nie tak oczywiście wyobrażałem sobie początek eliminacji. Naszym założeniem na mecz z Polakami było utrzymywanie piłki jak najdalej od własnego pola karnego. Do momentu straty pierwszej bramki to się udawało. Potem musieliśmy zmienić styl gry. Staraliśmy się wrzucać piłkę za polskich obrońców, grać długimi podaniami, ale to się nie do końca udawało. Za późno zdobyliśmy bramkę kontaktową, by wystarczyło nam czasu na wywalczenie choćby jednego punktu.

Dodaj swoją opinię

Życie Warszawy