Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Tomasz Kuchar, specjalnie dla Życia Warszawy

Krzysztof Lech 05-12-2010, ostatnia aktualizacja 08-12-2010 20:56

Specjalnie dla Życia Warszawy rozmowa z Tomaszem Kucharem, zwycięzcą 48. Rajdu Barbórka i Kryterium Asów na Karowej.

Tomasz Kuchar
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Tomasz Kuchar

Przed rajdem wymieniany był Pan jako jeden z faworytów do zwycięstwa. Spodziewał się Pan, że wygrana przyjdzie tak ciężko?

Niewiarygodne! Nie wiem co powiedzieć. Po przygodzie w zaspie nie sądziłem, że wygram.

Po sześciu odcinkach specjalnych powiedział Pan, że już wszystko pozamiatane i nie ma szans na wygranie całego rajdu. A tymczasem zwyciężył Pan w wielkim stylu.

Nie jest łatwo odrobić ponad 12 sekund na niespełna dwóch kilometrach. Ponieważ na Karowej jechałem jako ostatni, mogłem śledzić poczynania moich rywali. Patrzyłem, co się dzieje na trasie, ale nie spodziewałem się, że uda mi się odrobić stratę.

Co zatem zadecydowało o końcowy sukcesie?

Byłem bardzo spięty. Razem z zespołem przyjęliśmy agresywną strategię. Postanowiłem, że na Karową założymy opony prawie slicki [bez bieżnika, gładkie, do jazdy po suchym lub nieznacznie wilgotnym asfalcie – przyp. red.]. Na górze Karowej na jezdni była już „szklanka”. Woda zamarzała, było bardzo ślisko. Mogło skończyć się poważnym wypadkiem, ale jak widać opłacało się. Powinienem wybrać bardziej bezpieczną opcję i pewnie normalnie tak bym zrobił, ale postanowiłem zaryzykować: albo zdobędę wszystko, albo nic. Na szczęście skończyło się wygraną. Świetnie miałem przygotowany samochód.

Jest Pan jedynym kierowcą, który aż pięć razy triumfował w Barbórce…

To niesamowite i ogromnie się z tego cieszę (śmiech).

A co się wydarzyło na Żeraniu?

Niestety na tym odcinku specjalnym trochę przeszarżowałem i wylądowałem w zaspie. Było wyjątkowo ślisko. Tam straciłem prawie pół minuty i myślałem, że rajd się już dla mnie skończył.

Kiedy rozmawiałem z kilkoma kierowcami przed rajdem, byli zadowolenie, że jest śnieg, miejscami lód. Panu podobała się ta aura?

Ja bym wolał, żeby było sucho od początku. Mój samochód ma dużą moc, a ja nie jestem jeszcze do niego przyzwyczajony. Jechałem nim drugi raz w życiu.

Na Bemowie organizatorzy zamiast jazdy parami, postanowili, że po raz drugi pojedziecie pojedynczo. Nie brakowało Panu tego bezpośredniego ścigania? Przy tych warunkach, dużym śniegu i śliskim podłożu byłoby to bardzo niebezpieczne. Często wypadaliśmy z trasy. W momencie jak jadą dwa samochody, to mogą się zderzyć. Myślę, że w tych warunkach organizator podjął słuszną decyzję o zamianie równoległego przejazdu na pojedynczy.

Co powoduje, że w Barbórce, na Karowej jest pan tak skuteczny i wygrywał po raz piąty? Nie wiem. Specjalnie nie jestem fanem jazdy na Karowej, ale dziesiątki tysięcy ludzi, fantastyczna atmosfera, relacja w telewizji. To dodaje animuszu. Mnie chyba trochę więcej, bo wygrywam, z czego się niezmiernie cieszę. Tegoroczna Barbórka była naprawdę trudna. Ala jak widać, warto walczyć do końca.

Życie Warszawy