Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Dakar to życie w pigułce

Tomasz Wacławek 27-12-2016, ostatnia aktualizacja 27-12-2016 10:33

Rafał Sonik, jedyny polski kierowca, który wygrał Dakar, o quadach, trudach rajdu, rywalach i Magdzie Gessler.

Rafał Sonik, rocznik 1966, rodowity krakowianin. Przedsiębiorca, sportowiec, filantrop. W 2015 roku zajął w Dakarze pierwsze miejsce w klasyfikacji quadów. Sześciokrotny zdobywca Pucharu Świata.
autor: Cristiano Barni
źródło: Fotorzepa
Rafał Sonik, rocznik 1966, rodowity krakowianin. Przedsiębiorca, sportowiec, filantrop. W 2015 roku zajął w Dakarze pierwsze miejsce w klasyfikacji quadów. Sześciokrotny zdobywca Pucharu Świata.

Rzeczpospolita: Wraca pan do Ameryki Południowej po drugiego Beduina do kolekcji?

Rafał Sonik: Jedzie się po zwycięstwo, ale nie co roku można osiągnąć taki sukces. Tym razem wracam przede wszystkim po osobistą satysfakcję, by mieć poczucie, że wciąż się rozwijam. Oczywiście na końcu celem jest ta nagroda – Beduin. Powtarzam zawsze, że Dakar to życie w pigułce. Trzeba założyć, że sukces może przyjść później, i się nie zniechęcać. Po debiucie w 2009 roku w kolejnym starcie byłem piąty, potem miałem wypadek, a w następnych latach kończyłem na czwartym, trzecim i drugim miejscu. Byłem zawiedziony, bo chciałem wygrywać. Udało się dopiero w 2015 roku, ale gdy teraz na to patrzę, to czy ta droga na szczyt mogła wyglądać lepiej?

Pod nieobecność argentyńskich braci Patronellich, triumfatorów ostatniej edycji, organizatorzy przyznali panu drugi rok z rzędu najwyższy numer startowy. Nie obawia się pan, że znów przyniesie panu pecha?

Awaria silnika, która wyeliminowała mnie z ostatniego Dakaru, nie była nieszczęściem, tylko wynikiem zbyt optymistycznego założenia. Wiedzieliśmy, że zastosowane rozwiązanie wiąże się z ryzykiem. Po powrocie dokonałem analizy i wyszło, że prędzej czy później awaria musiała się zdarzyć. Zgodnie z prawem Murphy'ego rozleciało się w najmniej odpowiednim momencie. Wyciągnęliśmy wnioski i do podobnej awarii raczej już nie dojdzie. Nie zgadzam się z teorią, którą głosił Krzysiek Hołowczyc, że drugi jest pierwszym przegranym. Nie w Dakarze. Tam każdy, kto dojeżdża na metę, jest zwycięzcą. To nie są skoki narciarskie czy tenis. Dakar jest ekstremalny.

Dla pana to będzie już dziewiąty start, ale pierwszy raz będzie mógł pan liczyć na wsparcie rodaka – debiutującego w rajdzie Kamila Wiśniewskiego. Chcecie być jak Marcos i Alejandro Patronelli, którzy dzięki wzajemnej pomocy wygrali pięć Dakarów?

Takie jest założenie. Chcemy budować naszą relację, właśnie taką braterską. Służę Kamilowi wiedzą i doświadczeniem, a on daje mi poczucie, że nie jestem sam, co ma kolosalne znaczenie.

Współpracowaliście już z Kamilem w Pucharze Świata. W 2015 roku zajął on trzecie miejsce, dwukrotnie zdobył też PŚ w rajdach Baja. Jak pan ocenia jego szanse?

Kamil to najbardziej obiecujący zawodnik w Polsce. Co ważne, mimo młodego wieku jest dojrzały psychicznie i spokojny. Stać go na to, by jechać w czołówce. Trudno jednak przewidzieć skutki decyzji, którą podjął po uzgodnieniu ze mną: Kamil wystartuje czteronapędowym Can-Amem. Od 2010 roku quad z takim napędem nie stanął na podium Dakaru. Może się okazać, że to decyzja słuszna, bo Kamil tę maszynę świetnie zna. Jestem zdumiony, że można tak doskonale jeździć takim ciężkim sprzętem. To duża niewiadoma, ale warto spróbować.

Kto będzie waszym najgroźniejszym rywalem? Ignacio Casale, który próbował w tym roku odebrać panu PŚ, ale poddał się po nieudanym Rajdzie Sardynii?

Trzeba go zaliczyć do tego grona. Groźny może też być Siergiej Karjakin, który zatrudnił zakłady lotnicze i kosmiczne w Rosji do przebudowy quada – by był lżejszy, mocniejszy i szybszy. W ubiegłej edycji Siergiej był czwarty, kto wie, czy teraz nas nie zdeklasuje. Silni powinni być Argentyńczyk Gaston Gonzalez, Boliwijczyk Walter Nosiglia czy Brazylijczyk Marcelo Medeiros. Jest 15–18 zawodników, którzy mogą walczyć o podium.

A prawie 60-letni Czech Josef Machacek, pięciokrotny zwycięzca rajdu?

Nie wymieniłem go, bo jest zagadką. Trzeba pamiętać, że po triumfie w 2009 roku w kilku kolejnych Dakarach nie miał sukcesów i wydawało się, że do quada nie wróci. Józek jest istnym zakapiorem i świetnym mechanikiem, szybko potrafi usuwać usterki, jednak ostatnio, gdy widziałem go na trasie w quadzie jego własnej konstrukcji od A do Z, na prostej był szybki, ale na trudnym terenie już nie. Nie mam pojęcia, jak poradzi sobie w Dakarze, bo od kilku lat nie ścigał się intensywnie.

Jak podoba się panu tegoroczna trasa?

Gdy okazało się, że nie będziemy jechać przez Chile, byłem rozczarowany. Pustynia Atacama, choć surowa i pozbawiona zieleni, jest pięknym terenem do ścigania. Bywało, że dwa–trzy dni nie widzieliśmy źdźbła trawy, ciężko było się z tym księżycowym widokiem oswoić, ale Chile było domem dla Dakaru. Boliwia, mimo że bardziej zielona, wcale nie jest przyjazna. Jest mokro, wilgotno, mało tlenu. Fakt, że przez kilka dni będziemy powyżej 3 czy nawet 4 tys. metrów nad poziomem morza, stanowi największe wyzwanie. Przed wylotem do Ameryki Południowej spałem w komorze hiperbarycznej i trenowałem na dużych wysokościach. Do 4 tys. metrów jakoś to znoszę, ale powyżej jest już niedobrze.

W tym roku jedna ze zmian dotyczy nawigacji. GPS wyznaczy tylko kierunek jazdy, a pozostałe funkcje zostaną ograniczone...

Wszyscy zawodnicy się tego obawiają, ponieważ nie tylko zmniejsza się rola GPS, ale i dużo bardziej ubogo opisane są roadbooki. To radykalnie zwiększa szanse miejscowych, którzy potrafią nawigować nawet bez roadbooka. Proszę zwrócić uwagę, że w górach, a tam głównie będziemy się ścigać, możliwość przejazdu jest najczęściej tylko jedna albo jest ich bardzo niewiele. Kilka razy błądziłem w takich okolicznościach przyrody, na pustyni to jeszcze nie problem, ale gdy pomyli się przełęcz, można na próżno zrobić 50 czy 60 km. Spodziewam się, że nawigacja obok wysokości odegra kluczową rolę.

Szkoda, że tym razem polska reprezentacja jest tak skromna. Liczy tylko dziesięciu uczestników, zabraknie m.in. Krzysztofa Hołowczyca i Adama Małysza.

Zdarzało się, że było nas 20 albo nawet więcej. Adam, Krzysiek, Jacek Czachor, Marek Dąbrowski, Robert Szustkowski, Jarek Kazberuk, Grzesiek Baran – wszyscy się wspieraliśmy. Mówiło się na to „Polish Power". W 2014 roku długo mieliśmy w Dakarze cztery samochody w pierwszej dziesiątce, a na mecie trzy. Brak chłopaków będzie bardzo odczuwalny.

Dzień po zakończeniu Dakaru będzie 25. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Tym razem przekazał pan na licytację wyjątkową pamiątkę – quada, na którym debiutował pan w 2009 roku. Ciężko było się rozstać?

Będzie – bo on jeszcze stoi u mnie. To był pierwszy polski quad, który wystartował w Dakarze, pierwszy, który wygrał etap i dojechał na podium. Mam do niego emocjonalny stosunek, do rozstania z nim mógł mnie skłonić tylko tak szczytny cel. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to dla mnie symbol solidarności, a polska Solidarność zmieniła świat.

Niedawno żegnał pan wraz z kibicami kończącego karierę Tadeusza Błażusiaka, sześciokrotnego mistrza świata w motocyklowym SuperEnduro. Próbował pan go namówić na start w Dakarze. Jak poszło?

Te próby trwają od pewnego czasu – jechałem z nim już na pustyni w Emiratach Arabskich, był ósmy w Rajdzie Abu Zabi – ale myślę, że w tym momencie nie należy Tadzia naciskać. On jest legendą. Pamiętam, jak znajomi z USA pytali, skąd się wziął ten Polak, który wygrywa ze wszystkimi. Amerykanie byli przekonani, że są najlepsi, nie wierzyli, że ktoś może ich pokonać na stadionach w Las Vegas czy Los Angeles. Brytyjczyk, Francuz, Hiszpan czy Portugalczyk – owszem. Ale Polak – to nie mieściło im się w głowach. Tadek był po prostu geniuszem motocykla. Pozwólmy mu spokojnie zastanowić się nad przyszłością.

Butelkę z piaskiem Dakaru już od pana dostał...

Wszystkie filmy dakarowe również. Dałem mu je na zachętę. Na tym poprzestaję, bo uważam, że to facet, który podejmie słuszną decyzję.

Do Ameryki Południowej wybiera się podobno Magda Gessler...

Kuchnia na Dakarze bywa dobra sporadycznie (śmiech). Żartowaliśmy z Magdą, że gdyby nam gotowała, to mielibyśmy nie tylko „Polish Power" sportowy, ale i kulinarny. Kalendarz Magdy jest bardzo napięty, ale mam nadzieję, że pojawi się ona na mecie w Buenos Aires.

Syn też będzie jeździł quadem, kiedy dorośnie?

Na razie „buczy" i wydaje dźwięki podobne do quada (śmiech). Będę go inspirował, ale nie będę do niczego zmuszał. Niech sam zdecyduje. Mój ojciec zawsze powtarzał, że najważniejsze, by robić coś z pasją. Nie ma znaczenia, czy to quad, czy skrzypce.

Po narodzinach Gniewka napisał pan, że będzie to najdłuższy i najpiękniejszy rajd w życiu. Jak pan sobie w nim radzi?

W dużej mierze jestem na razie wyręczany. Ale od czasu do czasu mam okazję się sprawdzić w roli ojca.

To był dla pana szczególny rok. Został pan pierwszy raz ojcem, zdobył dwa kolejne Puchary Świata. Życie zaczyna się po pięćdziesiątce?

Nabiera po niej rozpędu. I można to interpretować tak, że każdy kolejny tydzień, miesiąc mija szybciej, co wydaje się smutne. Ale można również spojrzeć na to z innej strony. Dzięki doświadczeniu, które się zdobyło, wykorzystuje się swój czas i energię efektywniej, w bardziej świadomy sposób. Doceniam ten przywilej. Największą wartością jest dla mnie to, że wstaję rano z poczuciem szczęścia, a nie z myślą, że muszę coś zrobić.

"Rzeczpospolita"