Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Pływanie w rytm rymów

Bartosz Klimas 26-02-2017, ostatnia aktualizacja 26-02-2017 00:00

- Medale to tylko wynik drogi, którą trzeba przejść i dużo szczęścia - mówi Wojciech Makowski, pływak, medalista igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro.

źródło: materiały prasowe

Rz:Zdobył pan tytuł sportowca Warszawy, ale pochodzi z Kielc...

Wojciech Makowski: Tak, i właśnie tam, kiedy miałem siedem czy osiem lat, rodzice zaprowadzili mnie na basen. To tradycja rodzinna, mój tata i brat również byli pływakami. Niestety, w Kielcach nie mogłem trenować wyczynowo – nie było ani trenera, ani warunków dla osoby niewidomej. Do końca gimnazjum pływałem więc amatorsko.

Pływanie było pierwszym i jedynym sportem?

W liceum przyszło więcej nauki, trzeba było się na niej skupić, ale nie porzuciłem sportu – biegałem z przewodnikiem, dużo czasu spędzałem w siłowni. Lubię być w ruchu. Do pływania wróciłem już w Warszawie, po drugim roku studiów na Wydziale Zarządzania UW. Musiałem „wyrobić" WF i tak trafiłem do sekcji pływackiej niepełnosprawnych. Dzięki temu poznałem trenera Waldemara Madeja, z którym trenuję do dziś. Uznał, że mam talent i chciałby przygotować mnie do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. To brzmiało jak utopia, bo pogodziłem się już z tym, że nie będę sportowcem. Do dziś nie chce mi się wierzyć – chyba najlepsze rzeczy dzieją się przez przypadek.

Pana kariera wygląda jak marzenie, co zawody to medal: mistrzostwa Polski, Europy, świata, w końcu igrzyska.

Te medale to tylko wynik drogi, którą trzeba przejść, chociaż miałem też dużo szczęścia. Pięknie to wygląda, ale codzienność jest bardziej szara.

Czyli?

Trening dwa razy dziennie, do tego ćwiczenia na lądzie, a pomiędzy tym wszystkim trzeba się wyspać, zregenerować. To jak praca na etat, w dodatku w nietypowych godzinach, więc trudno o życie towarzyskie – kiedy mam chwilę wolnego w ciągu dnia, wszyscy są w pracy.

Kończy pan studia?

Przede mną ostatni rok, szczęśliwie uczelnia uruchomiła dla mnie indywidualny tok studiów. Gdyby nie to, byłoby ciężko – czasem po treningach nie ma sił, żeby usiąść jeszcze do nauki. A tak wiem, że prędzej czy później skończę te studia.

O czym będzie praca magisterska?

Wybrałem specjalizację z marketingu, będę pisać o specyfice promocji igrzysk paraolimpijskich na przykładzie Rio 2016.

Jakie wspomnienia przywiózł pan z Brazylii?

Oczarowała mnie aura igrzysk, to zupełnie inna bajka niż mistrzostwa Europy czy świata. Sama wioska olimpijska – wysokie budynki wypełnione sportowcami z całego świata, ogromna stołówka działająca 24 godziny na dobę, transport olimpijski... Niesamowite sportowe osiedle.

Kibice dopisali?

Zdecydowanie tak. Latynosi naprawdę kibicują bardzo żywiołowo. Trybuny na basenie mieściły 17 tysięcy osób, na finałach zapełniały się codziennie. Huk, jaki się tam robił, zwłaszcza kiedy płynął Brazylijczyk, nie mieści się w głowie – wszystko się trzęsło. Trzeba było opóźniać moment startu, bo trybuny szalały, nic nie było słychać. A gdy po wyjściu z wody dostajesz taką owację, jaką dostawali brazylijscy pływacy, można umierać.

Czy integracja, o której tak wiele się mówi, to tylko życzenie? Czy dziś sport jest jeden?

Sport jest jeden, bo polega na tym samym. Różnice są w odbiorze i dostępie do pieniędzy w sporcie niepełnosprawnych. Tu jest jeszcze dużo do poprawienia.

Sportowiec niepełnosprawny może być w Polsce zawodowcem?

Musi być zawodowcem, jeżeli chce walczyć na serio. Chociaż nie jest to lekki kawałek chleba, bo zaplecze pozostawia wiele do życzenia – daleko nam do USA, Wielkiej Brytanii czy Australii.

Dobre wzory są też na Wschodzie, w Rosji, na Ukrainie?

Tak, tam mają bardzo rozbudowane systemy aktywizacji osób po wypadkach. Ukraińska drużyna pływaków w Rio była chyba tak liczna, jak cała reprezentacja Polski. Tylko w mojej koronnej konkurencji jest trzech mocnych pływaków z Ukrainy.

W Polsce idzie ku dobremu?

Zdecydowanie. Zwłaszcza gdy się porównuje to z opowieściami sportowców o sytuacji sprzed igrzysk w Londynie. Jeżeli chodzi o sam trening, czyli rzecz najważniejszą, nie ma tragedii – dzięki zaangażowaniu trenerów możemy gonić świat, bo postęp w sporcie niepełnosprawnych jest potężny. Lada chwila będą oni potrzebować takiego samego zaplecza jak pełnosprawni, by liczyć się w walce o medale. To nie są igrzyska pocieszenia.

Na jakim poziomie pływają niewidomi?

Tu dodatkową trudnością jest kontrola kierunku – wpłynięcie na linę oznacza kilka sekund straty. Newralgicznym momentem są też nawroty, dlatego trenerzy na brzegu dotykają zawodnika tyczką, by dać sygnał, że to już. Te elementy utrudniają uzyskiwanie wyników zbliżonych do zawodników pełnosprawnych, chociaż jeden z nas, Amerykanin Bradley Snyder, się zbliża. W Rio staliśmy razem na drugim stopniu podium na 100 m stylem grzbietowym, ale w kraulu ma bardzo dużą przewagę nad rywalami. Ale to nie jest niewidomy „z tradycjami" – był komandosem, do tego liderem sekcji pływackiej w US Army, jest świetnie wyszkolony. Za to wyniki u zawodników niedowidzących są już dość bliskie tych, które uzyskują pełnosprawni. Dla porównania: Białorusin Ihar Boki wygrał w Rio de Janeiro wyścig na 100 stylem grzbietowym w paraolimpijskiej klasie S13 (jedna z dwóch kategorii dla niedowidzących – red.) z czasem 56,68 s. Ten wynik dałby mu 34. miejsce w rywalizacji pełnosprawnych. Czas mistrza olimpijskiego Ryana Murphy'ego to 51,97 s.

Czy medal olimpijski zmienia życie?

Daje dużo spokoju, oznacza, że po 40. roku życia dostanę rentę olimpijską. Cokolwiek by się stało, dochód będzie. Poza tym nic się nie zmieniło – nadal trzeba wstawać, trenować, starać się – życie toczy się dalej.

Toczy się co najmniej dwutorowo, bo ma pan też inną fascynację – rap.

To jest pasja, która pojawiła się dawno temu, miałem z dziesięć lat, kiedy dzięki starszemu znajomemu usłyszałem rap.

Co to było?

Wczesne WWO, Peja...

I też zaczął pan rymować i rapować jako W.A.M.

Tak, wszystko zaczęło się od tekstów – czasem napiszę kilka, czasem robię przerwę, bo nie idzie. Lubię mówić o tym, co mnie otacza, nie robię rapu do piwa i do samochodu – o imprezach, kobietach i alkoholu – to mnie nudzi. Wolę klasyczne formy.

Jest w tych tekstach gniew?

Jest wiele emocji, jestem tam ja i moje przemyślenia. Pewnie moja niepełnosprawność ma wpływ na tę twórczość, chociaż staram się nie gniewać, nie wściekać. Nie lubię negatywnych emocji, ale w moim pisaniu pojawia się także niezadowolenie z tego, co się dzieje dookoła.

Ma pan za sobą debiut fonograficzny...

Wypuściłem kilka utworów do internetu, ale nie mogę powiedzieć, że nagrałem pierwszą płytę. To moje marzenie, planuję spełnić je w tym roku. Chciałbym zrobić płytę na oryginalnych beatach, a nie ściągniętych z sieci – wiadomo, dopiero wtedy jest niepowtarzalny klimat. Robi je znajomy, sam nie jestem muzykiem, w dzieciństwie uczyłem się gry na pianinie, ale to rzuciłem i dziś żałuję.

Zdarzały się występy na żywo?

Epizodycznie, ale nie przepadam za tym – w hałasie trudno się skupić na tekstach.

Ta płyta nosi tytuł „Czego oczy nie widzą". Czego nie widzą?

Tego, co uszy mogą usłyszeć. (śmiech) Odnoszę się nie tylko do tego, że sam nie widzę, ale też do tego, że czasem ludzie za bardzo sugerują się tym, co widzą, w efekcie dochodzą do błędnych ocen. Czasem warto zajrzeć głębiej.

Miewa pan żal, że pańskie oczy nie widzą?

Żal to za duże słowo. Czasem człowiek się irytuje, bo nie mogę ot tak wstać i iść w nowe miejsce. Potrafię się samodzielnie poruszać po terenie, z którym ktoś mnie wcześniej zapoznał, wtedy tworzę sobie w głowie trójwymiarową mapę. A czasem chciałoby się gdzieś pójść i niczym się nie przejmować. Ale nic, bierzemy to na klatę, w końcu osoby pełnosprawne też mają różne swoje niedogodności, wiadomo – jak nie urok... Życie leci za szybko, żale i pretensje to strata czasu. Trzeba kombinować, rozwiązywać i minimalizować problemy. Cieszyć się.

Na co pan się teraz cieszy w związku z pływaniem?

Cieszę się na każde zawody, bo oznaczają przerwę w codziennym, jednostajnym treningu. Tym bardziej że nie ma ich zbyt wiele. W marcu lecę na Białoruś, od startu w Rio minie sześć miesięcy. Zobaczymy, jak z formą – tegorocznym celem są mistrzostwa świata w Meksyku na przełomie września i października. Ale to zbyt daleko, żeby się cieszyć.

Wystąpi pan tam tylko na 100 m grzbietem?

Popłynę jeszcze 50 i 100 m kraulem. Do pięćdziesiątki mam za krótkie ręce, ale na 100 m zrobiłem w Rio życiówkę, wszedłem do finału. Jestem zadowolony, nie można być za bardzo zachłannym.

Osiągnięcia sportowe

2014:

- brązowy medal ME niepełnosprawnych – 100 m stylem dowolnym

2015:

- brązowy medal MŚ niepełnosprawnych – 100 m stylem grzbietowym

2016:

- złoty medal ME niepełnosprawnych – 100 m stylem grzbietowym,

- brązowy medal ME niepełnosprawnych – 100 m stylem dowolnym,

- srebrny medal igrzysk paraolimpijskich – 100 m stylem grzbietowym

"Rzeczpospolita"