Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Dałem sygnał do zgody

Piotr Żelazny 23-03-2017, ostatnia aktualizacja 23-03-2017 09:30

Dariusz Mioduski, właściciel Legii o planach, błędach poprzedników i współpracy z Bogusławem Leśnodorskim.

Oni też będą mieli swoje święto
autor: Grzegorz Rutkowski
źródło: Fotorzepa
Oni też będą mieli swoje święto
autor: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

Rz: Dopiął pan swego, został stuprocentowym władcą Legii, to teraz będzie wieszczona przez wszystkich rewolucja?

Dariusz Mioduski: Nie. Najważniejszym celem jest obrona tytułu. Musimy pracować i stworzyć taką atmosferę, by to mistrzostwo ponownie zdobyć.

Da się? Po tym, co się działo, po wzajemnych oskarżeniach, mocnych wypowiedziach?

Ostatni miesiąc pokazał, że możemy z Bogusiem Leśnodorskim normalnie rozmawiać, że Legia jest dla nas najważniejsza. Pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie wznieść się ponad to, co się wydarzyło. Kluczem jest spokój i zachowanie ciągłości. Oczywiście zmiany będą, bo muszą nastąpić, ale nie wpłyną bezpośrednio na drużynę. Michał Żewłakow zostaje, to jest dla nas bardzo ważne, Jacek Magiera będzie kontynuował misję, a my będziemy go wspierać. Zmiany są niezbędne, ale nigdy kosztem walki o najwyższe cele. Zakładam, że mamy kilka lat, by zmienić średnią wieku, proporcje Polaków do obcokrajowców w składzie czy zawodników doświadczonych do młodych, ale mam świadomość, że to wymaga czasu. I nie może się odbyć kosztem walki o tytuł.

Wspomniał pan Michała Żewłakowa, co z tymi ludźmi, którzy deklarowali odejście, jeśli pan przejmie klub?

Niektórzy odejdą, np. osoby związane z projektem akademii, bo dla mnie to oczywiste, że tu wiele się musi zmienić. Z punktu widzenia komercyjnego funkcjonowania Legii chcę pewne rzeczy udoskonalić, bo uważam, że można to robić lepiej. Odejdą Jakub Szumielewicz, Jacek Mazurek, Dominik Ebebenge, Seweryn Dmowski i kilka innych osób, które już to publicznie zadeklarowały. Ale reszta będzie kontynuować pracę. Kończy się niepewność, klub znowu będzie funkcjonował normalnie. Wiem, że w Legii jest wiele osób wykonujących świetną robotę. Każdej z nich daję czystą kartę.

Nie było chętnych na funkcję prezesa Legii czy od początku był tylko jeden kandydat?

Wiedziałem, że to ja zostanę prezesem. Taką decyzją jasno deklaruję, że biorę pełną odpowiedzialność za to, co się dzieje w klubie. Przed drużyną, kibicami, biznesem i środowiskiem międzynarodowym. Drugi powód, nieco bardziej prozaiczny, jest taki, że nie wyobrażam sobie dziś kogokolwiek z zewnątrz, kto przychodzi do Legii i próbuje wejść w buty uszyte przez Bogusia. Ja mam trochę inny styl zarządzania. Będę opierał się na dobrych ludziach. Jestem pierwszy do słuchania i moje drzwi są zawsze otwarte.

Na czym ma polegać nowa funkcja Leśnodorskiego, szefa rady nadzorczej, i jak do tego doszło, że on w klubie został?

Obaj byliśmy świadomi, że musi zostać rozwiązana sytuacja właścicielska. Boguś zrozumiał też, że kibice oczekują, byśmy się dogadali i dalej działali razem.

Mówi pan „razem", ale już nie w układzie właścicielskim...

Tak. Rola Bodka jako szefa rady nie będzie się wiązała z bieżącym zarządzaniem, ale jednocześnie będzie bardzo ważna. Miał on duży wkład w sukcesy, jakie osiągnęliśmy ostatnio, i ja to doceniam.

Jakie są kompetencje rady nadzorczej?

W Legii funkcja rady nadzorczej jest bardziej doradcza i reprezentacyjna. Oczywiście rada, w której znajdzie się też moja żona wracająca do Fundacji Legii oraz osoby ze świata biznesu, czujące futbol, ma pewne kodeksowe funkcje – chociażby zatwierdza sprawozdania finansowe. Ale rada przede wszystkim ma wspierać budowanie społeczności wokół Legii. Boguś będzie miał więc istotną publiczną funkcję.

Odbiór tego ruchu jest taki: Leśnodorski zostaje jako bufor między panem a kibicami.

W kontaktach z kibicami nie powinno być buforów...

Ale coś jest na rzeczy?

Boguś jest dla środowiska kibicowskiego ważną postacią. To, że zostaje w klubie, jest jasnym komunikatem, że polityka dialogu będzie kontynuowana. Dla mnie kibice są najważniejszą częścią i esencją Legii. Polityka dialogu działa. Oczywiście mieliśmy nieprzyjemne epizody, ale wszyscy – łącznie ze środowiskiem kibicowskim – zdecydowanie to potępiają. W tym zakresie ważną rolę będzie odgrywał także drugi członek zarządu klubu – Jarek Jankowski, który do niedawna prowadził naszą sekcję koszykówki. On dobrze zna środowisko kibicowskie, jest legionistą od dziecka, człowiekiem biznesu, a jednocześnie sportu. Będą mu podlegały sprawy związane z kwestiami kibicowskimi, bezpieczeństwem i naszymi sekcjami, które są podstawą budowy legijnej społeczności.

Boi się pan, że pierwszy mecz pana Legii to będzie pokaz zaufania kibiców do Leśnodorskiego i wotum nieufności wobec Mioduskiego?

Nie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Bodek ma sympatię tego środowiska, ale nie czuję z jego strony wrogości czy niechęci. Bogusiowi udało się zbudować relacje i zdobyć zaufanie kibiców, ja będę musiał je zbudować po swojemu. Na razie cieszę się z oprawy, jaką kibice pokazali w Gdańsku.To było coś nowego, świeżego i od razu zostało docenione nawet za granicą. To też bardzo ważna część budowy legendy Legii.

Zarząd na razie będzie dwuosobowy?

Do końca sezonu, tak. Mój styl zarządzania polega na otaczaniu się odpowiednimi ludźmi, wyznaczaniu kierunków rozwoju oraz wzięciu na siebie roli lidera zespołu. W ciągu następnych miesięcy planuję poszerzyć zarząd o osoby nadzorujące konkretne obszary. Chcę, aby ludzie wiedzieli, że mają szansę się rozwijać, iść w górę.

Będzie pan walczył z łatką człowieka z korporacji? Sprowadzało się to do prostych skojarzeń: korporacja znaczy ITI...

Nie muszę z tym walczyć, bo ten mit sam upadnie. Korporacyjność to ostatnia rzecz, na której mi zależy. Oczekuję od ludzi przede wszystkim profesjonalizmu. Jego częścią jest oczywiście przestrzeganie procedur, to konieczne, bo inaczej będzie bałagan. W Legii zatrudnionych jest grubo ponad 200 osób, to nie jest firemka, którą można zarządzać jednoosobowo, a mamy ambicję, by wejść na jeszcze wyższy poziom. Jeśli chcemy tam się znaleźć, musimy działać według standardów obowiązujących w najlepszych klubach europejskich.

Utopiliście trochę grosza w zimowych transferach...

No tak, nie wygląda to najlepiej. Sprawom czysto sportowym muszę poświęcić dużo uwagi. Następne okno transferowe będzie ważne, szczególnie jeśli uda nam się obronić tytuł i znów będziemy walczyć o Ligę Mistrzów.

Pan ma zamiar osobiście nadzorować transfery?

Z pewnością nie mam zamiaru być superdyrektorem sportowym, ale dział sportowy to najważniejsza część Legii, co do tego nie ma wątpliwości. Działalność transferowa zawsze wiąże się z ryzykiem, ale trzeba je umiejętnie ograniczać. Będę rozmawiał z Jackiem Magierą, by w pełni zrozumieć jego wizję, i z Michałem Żewłakowem. Stworzę grupę osób, która będzie decydować, zarówno na bazie twardych danych, jak i doświadczenia i intuicji. Przez te lata wiele się nauczyłem, chcę mieć tyle wiedzy, by także móc podejmować decyzje, gdy będzie trzeba.

Jak dziś wygląda projekt akademii?

Ostatnio niestety niewiele się wydarzyło. Teraz wracamy do działania pełną parą. Do Legii wróci Tomek Zahorski i zajmie się projektami infrastrukturalnymi, w tym również projektem ośrodka treningowego. Miałem nadzieję, że dzięki Lidze Mistrzów będziemy mieli pieniądze na jego budowę. Niestety, pod tym względem jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy przed Ligą Mistrzów.

Zlecił pan audyt. Faktycznie pieniądze z Ligi Mistrzów już się rozeszły?

Te środki pokryły wcześniejsze zobowiązania, ale patrząc z perspektywy ostatnich lat, dziś Legia jest w dobrej sytuacji finansowej. Zobowiązania wobec stron trzecich są małe, jest stabilizacja. Natomiast brakuje nam komfortu posiadania funduszy na rozwój, które miała nam dać Liga Mistrzów. Gdybym dziś miał na to spojrzeć obiektywnie, powiedziałbym jednak, że ryzyko się opłaciło, chociaż było zbyt duże.

Mówi pan, że było warto, tymczasem kwestia pieniędzy z Ligi Mistrzów była istotną częścią pańskiej komunikacji w trakcie konfliktu. To tylko cyniczna gra?

To nie była gra... Inaczej się umawialiśmy, pozyskane środki mieliśmy przeznaczyć m.in. na rozwój i inwestycje. Można było te pieniądze wydać lepiej. Uważam, że mogliśmy osiągnąć cel, jakim jest Liga Mistrzów, tak gospodarując finansami, że zostałoby nam na to, na co od początku się umawialiśmy. Ale to już przeszłość, nie ma sensu się tym zajmować.

Dlaczego pan się tak uparł na tę Legię?

To moja pasja, coś, co chciałem robić od dawna. To nie jest miłość ostatnich kilku lat. Jestem kibicem Legii i mam szczęście, że mogę się zaangażować w ten klub właśnie w taki sposób. Ktoś poświęca czas na przygotowanie oprawy, ktoś inny wspiera klub jako wolontariusz, a ja mam możliwość zaangażowania własnych pieniędzy.

Pomnik trwalszy niż ze spiżu?

Nie chodzi o mój pomnik, bo ja będę tylko kartką w historii Legii. Chodzi o pozostawienie czegoś, co trwale zmieni otoczenie. A to, że wiąże się to z moją pasją, czyli sportem i futbolem, że są w tym aspekty biznesowe, jest trochę polityki i działalności społecznej, powoduje, że w Legii jest wszystko, co mnie kręci. Natomiast jest to też bardzo trudny kawałek chleba. Wiele osób z mojego otoczenia mówi: „Potrafisz zarabiać, to zrób coś, co przyniesie ci jeszcze większe pieniądze mniejszym wysiłkiem i mniejszym kosztem niż klub piłkarski". Ale dla mnie pieniądze są wtórne. Mam to szczęście, że nawet gdy byłem bardzo biedny, to tego nie czułem.

W tym konflikcie doszły motywacje czysto ambicjonalne?

Na pewno. Nie lubię przegrywać. Dobijało mnie, że to była publiczna sprawa, że to miało fatalny wpływ na klub, gdy próbowano w tę historię wciągnąć piłkarzy... Bolało mnie, gdy krążyły nieprawdziwe plotki. Natomiast okazało się, że mam dość grubą skórę... Byłem tak mocno przekonany o słuszności, że nawet te negatywne aspekty nie miały na mnie tak wielkiego wpływu, jakbym się spodziewał. Wiedziałem też, że wszystkie argumenty są po mojej stronie i że prędzej czy później stanie na moim.

Według artykułu z „Pulsu Biznesu" kluczowa okazała się wolta Leśnodorskiego, który postanowił, że jednak się z panem dogada.

Znam stosunek emocjonalny Bogusia do Legii. Czułem, że prędzej czy później się zreflektuje i że się dogadamy. By jednak do tej zmiany w Bodku doszło, musiał zobaczyć umowę, zrozumieć, jak to się może na nim odbić, być może decydujące okazało się wysłuchanie głosów kibiców, którzy oczekiwali, że się dogadamy. A ja dałem sygnał, że dogadanie się z nim bezpośrednio jest najlepszą opcją, że razem odbudujemy to, co zostało zniszczone.

Dla Macieja Wandzla nie ma miejsca w waszej Legii?

Nie.

A czy w pana mniemaniu decydujący okazał się fakt, że Leśnodorski stracił zaufanie do Wandzla?

Nie wiem. Ja na jego miejscu bym stracił.

Cały czas się zastanawiam, czy to nie bajka dla grzecznych dzieci, że jest tylko jeden czarny charakter...

Nie twierdzę, że wszystko byłoby pięknie, gdybyśmy prowadzili Legię tylko we dwójkę. Ale uważam, że gdyby nie było trzeciego wspólnika, dogadalibyśmy się bez głośnego sporu.

W „Pulsie Biznesu" pada też kwota, za którą wykupił pan wspólników: 50 milionów złotych.

Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy tego komentować. Powiem tylko, że nie wiem, skąd mają tę informację, nie ode mnie.

— rozmawiał: Piotr Żelazny

"Rzeczpospolita"