Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Patton w Warszawie

Stefan Szczepłek 23-08-2017, ostatnia aktualizacja 23-08-2017 13:54

Stolica uhonorowała olimpijczyka – nie polskiego, lecz amerykańskiego.

źródło: materiały prasowe

Od 16 sierpnia część nowych bulwarów nad Wisłą, między mostami Świętokrzyskim i Śląsko-Dąbrowskim, nosi imię George'a Pattona.

Patton jest w Polsce znany jako zwycięski generał biorący udział w lądowaniu na Sycylii, w przygotowaniach operacji „Overlord" w Normandii i w walkach w Ardenach. Słynął z zamiłowania do luksusu. Na swoje kwatery w odbijanej z rąk Niemców Europie wybierał pałace i zamki. Palił drogie cygara, nosił przy pasie colta z rękojeścią wysadzaną masą perłową. Kreował się na niezłomnego szeryfa zaprowadzającego porządek na Starym Kontynencie. Szeryfowie z Dzikiego Zachodu nosili na piersiach gwiazdę. On miał na swoim hełmie cztery. Wyższego stopnia w armii amerykańskiej nie było.

W grudniu 1943 roku podczas spotkania z generałem Władysławem Andersem w Egipcie Patton otrzymał od niego godło II Korpusu Polskiego – warszawską syrenkę, którą nosił na rękawie munduru.

Wizerunek twardego dowódcy, niemającego szacunku dla wrogów, czasami zbyt ostrego dla własnych żołnierzy, przybliżył film, w którym w rolę Pattona wcielił się George C. Scott.

W filmie oraz w książce „Zabić Pattona" autorstwa Billa O'Reilly'ego i Martina Dugarda pominięto sportowy wątek  życiorysu generała.

Był też bowiem inny Patton – sportowiec, wspaniały kawalerzysta, pływak i gracz w polo. Jego instrukcja walki szermierczej stała się podręcznikiem dla studentów akademii West Point. Miał 26 lat, kiedy w randze porucznika pojechał na igrzyska olimpijskie do Sztokholmu (1912). Zajął piąte miejsce w pięcioboju nowoczesnym, za czterema Szwedami i przed dwoma następnymi. Miał jednak pecha. Nie zaliczono mu jednego strzału, uznając, że nie trafił w tarczę. Przekonywał, że kula przeszła przez otwór, jaki zrobił jeden z wcześniej wystrzelonych pocisków. Podobno wiele świadczyło na korzyść tej wersji, jednak sędziowie nie dali jej wiary. Gdyby zaliczono mu ten strzał, zostałby mistrzem olimpijskim.

Z wnioskiem o nadanie bulwarowi nad Wisłą imienia George'a Pattona, biorąc pod uwagę jego wkład w zwycięstwo nad Niemcami, wystąpił Janusz Dorosiewicz, prezes Zarządu Fundacji im. Ronalda Reagana w Polsce oraz Fundacji im. Kazimierza Deyny. Dorosiewicz był m.in. menedżerem Ivana Lendla, prezesem Polskiego Związku Tenisowego, jest producentem filmowym. Dzięki jego staraniom wzniesiono w Alejach Ujazdowskich pomnik Ronalda Reagana, przyczynił się też do zbudowania pomnika Kazimierza Deyny.

Sprowadził z Ameryki do Warszawy prochy mistrzów olimpijskich: swojego przyjaciela Witolda Woydy i  Deyny. Teraz czyni zabiegi, by w Polsce spoczęły prochy bodaj najwybitniejszego polskiego tenisisty, zmarłego w Austrii Władysława Skoneckiego. Dorosiewicz jest z tych, którzy nie tylko pamiętają, ale też coś z tego wynika. ©℗

"Rzeczpospolita"