Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Niech pan nie wierzy w szczęście

Michał Kołodziejczyk 19-11-2017, ostatnia aktualizacja 19-11-2017 10:21

Robert Lewandowski kapitan reprezentacji Polski opowiada o sobie Michałowi Kołodziejczykowi.

„Gdyby nie Ania, nie byłbym w miejscu, w którym teraz jestem. Stała się moim pierwszym trenerem, jest też osobistym psychologiem, bywa coachem”.
autor: Alexandra Beier
źródło: AFP
„Gdyby nie Ania, nie byłbym w miejscu, w którym teraz jestem. Stała się moim pierwszym trenerem, jest też osobistym psychologiem, bywa coachem”.
autor: Patrik Stollarz
źródło: AFP

Czy w sporcie na wysokim poziomie jest jeszcze szansa na szczerą i normalną rozmowę, czy wszystkie odpowiedzi macie napisane przez specjalistów od wizerunku?

Mnie nikt odpowiedzi nie pisze. Dla mnie liczy się szczerość. Jeśli by jej zabrakło, straciłbym na wiarygodności, także sam przed sobą. Moje nazwisko coś znaczy nie tylko na boisku, zawsze biorę odpowiedzialność za słowa, nie czułbym się dobrze, gdybym układanie swoich wypowiedzi zlecał komuś innemu. Zresztą – nikt nie dałby rady wymyślić mojego zdania na jakiś temat. Ja to ja. Siedzę tutaj przecież.

Kiedy dwa lata temu po urazie nosa grał pan w ochronnej masce na twarzy, zastanawiałem się, jak często zakłada pan maskę w życiu codziennym. Kiedy jest pan sobą?

Nigdy nikogo nie udaję na boisku, bo wtedy nie myślę o tym, jak wyglądam i co robię. Gram, strzelam gole. Oczywiście, na spotkaniach ze sponsorami, wypełniając jakieś marketingowe zobowiązania albo udzielając wywiadów, muszę się zachowywać w jakiś określony sposób, ale to chyba normalne w życiu każdej dorosłej osoby. Sobą jestem w domu. Ludzie, wchodząc do mieszkania, zdejmują buty, ja zostawiam w progu maskę. Przy bliskich czuję się swobodnie. Robię wtedy to, co sprawia mi radość. I nie przejmuję się niczym, nie czuję presji.

Jest coś, czego nie wie o panu jeszcze każdy Polak?

Zapewniam, że jest wiele takich rzeczy. Oczywiście, że nad wszystkimi informacjami na mój temat nie panuję, jednak 70 proc. to przeciek kontrolowany. To ja decyduję, o czym ludzie na mój temat mogą wiedzieć. Reszta to bzdury wyssane z palca, których nie chce mi się komentować. Zresztą gdybym się tym zajął, nie miałbym czasu na grę w piłkę. Wiem, że moja pozycja w futbolu sprawia, że komentowany jest każdy mój krok, wypowiedź albo to, że gdzieś się pojawiłem, a gdzieś mnie zabrakło. Może nie wzbudzam kontrowersji, ale pobudzam wyobraźnię. Czasami wyciągane są jakieś dziwne wnioski. Albo głupie po prostu. Prawdziwego Roberta znają jednak tylko przyjaciele, a oni tego do mediów nie sprzedają.

Może pan tak po prostu wrócić do domu i zapytać: „Ania, idziemy do kina?". Czy to większa logistyka?

Mogę. Nie mam codziennie miliona rzeczy do zrobienia. Musicie zrozumieć, że Lewandowski w Polsce i Lewandowski w Niemczech to osoby żyjące z inną intensywnością. W Polsce bywam rzadko, przyjeżdżam na krótko i głównie po to, żeby grać dla reprezentacji. To, że chcę załatwić przy okazji kilka spraw, powoduje, że wszystko się dzieje nagle i można odnieść wrażenie, że jestem bliski obłędu. Ale w Monachium mam czas dla siebie i rodziny, wiem, że to jest najważniejsze, żyję spokojnie. Marketing? Promocje? OK, wiem, jak działa biznes, ale godzę się na takie akcje raz w miesiącu. I to tak, żebym do najbliższego meczu miał kilka dni. Moim podstawowym obowiązkiem i pracą jest gra w piłkę, a nie sesje zdjęciowe. Bez piłki sesji by nie było.

Leo Beenhakker mówił do pana na początku kariery w reprezentacji: „Trzymaj nogi na ziemi". Nie odleciał pan jeszcze?

Według niektórych to już fruwam od dawna. Ostatnio pewien człowiek chwalił się, że mnie zna, że był u mnie w domu, że wysyła za mnie autografy. Informował też, kiedy przyjadę w odwiedziny do szpitala, a kiedy się nie pojawiłem, tłumaczył, dlaczego nie mogłem. No i wyszedłem na gbura. Tyle że ja nie wiem, kto to był, nigdy nie zamieniłem z nim słowa. Nie będę wszystkiego prostował, tłumaczył, korygował. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jakie mam wartości, jak funkcjonuję, co jest dla mnie ważne. Piłka nożna to tylko etap w moim życiu, wiem, że kiedyś będę musiał powiedzieć sobie „stop" i nie chcę wtedy mieć choćby cienia myśli, że przegapiłem jakiś ważny moment i nie wycisnąłem kariery na maksa, bo moją uwagę zajmowały zupełnie nieistotne rzeczy.

Pomyślał pan już o sobie: „jestem dojrzały"?

Dojrzałem szybciej niż moi rówieśnicy. I to o parę lat.

Dlaczego?

Przez to, co przeszedłem w życiu jako dzieciak. Wiem, że są ważne i ważniejsze rzeczy. Czasami drobnostka urasta do rangi problemu zupełnie bezpodstawnie. Trzeba wtedy zrobić dwa kroki w tył i spojrzeć na wszystko z dystansu. Tak naprawdę to jestem szczęściarzem, otoczonym przez osoby, które mnie kochają. Odwiedziliśmy ostatnio z Anią dzieci w Centrum Zdrowia Dziecka, Klinikę Onkologii i Klinikę Neurochirurgii. Napatrzyłem się. Czułem bezsilność, wiedziałem, że wszyscy są pod dobrą opieką, ale chciałem jakoś pomóc, a nie mogłem. Bardzo długo dochodziłem do siebie po tej wizycie, przeżyłem ją mocno. Obraz cierpienia rodziców i dzieciaków, które walczą – to zostało w głowie. Ale też świadomość, że zawsze trzeba mieć wiarę i nadzieję. Bo później okazuje się, że ktoś, komu lekarze dawali miesiąc życia, ma się dobrze i wyzdrowiał. Na co dzień nie docenia się tego, co się ma. No bo jakie ja mam problemy?

No jakie?

Że w bramkę nie trafiłem. Albo że ktoś napisał o mnie, że nie umiem grać w piłkę. Albo coś, co wydaje się ważne i trudne, a następnego dnia nie ma znaczenia. To nie są tak naprawdę żadne problemy. Ale to, że jest fajnie, nie oznacza, że zawsze będzie. Trzeba mieć pokorę, nie wywyższać się, nie udawać najmądrzejszego.

Powiedział pan, że dojrzał po przejściach z dzieciństwa. Prywatnych czy sportowych?

Szybko straciłem tatę. Miałem 16 lat i musiałem dojrzeć życiowo. Poradzić sobie bez niego. Później podziękowano mi za grę w Legii. Ta kumulacja sprawiła, że wykuł się mój charakter. Miałem dwie drogi: albo odpuścić i się poddać, albo powiedzieć, że dam radę.

Komu powiedzieć?

Samemu sobie.

Nie pytam, co pan wybrał.

Dobrze wyszedłem na tym, że nie usiadłem i nie załamałem rąk. To były takie podwaliny pod mój sukces, udowodniłem, że się nie poddaję, że mam ambicję. Do dziś tak mam, że jak coś zaczynam, to chcę skończyć i chcę to zrobić w dobrym stylu, najlepiej jak potrafię. Bardzo szybko nauczyłem się też odpowiedzialności, albo inaczej – świadomości: słów, które wypowiadam i rzeczy, które robię.

Pamięta pan w ogóle tatę?

Tak, bardzo dobrze.

Pojawiają się myśli: „co by było, gdyby widział, kim jestem"?

Tata zawsze woził mnie na treningi, jeszcze w Delcie Warszawa, na sparingi. Ale pierwszego meczu w seniorach nie zobaczył, mimo że zacząłem grać w pierwszej drużynie bardzo wcześnie. Wiem, że czasami byłoby mi teraz łatwiej. Może tak zwyczajnie fajniej pogadać na męskie tematy z ojcem. O życiu, o rodzinie, o piłce. Nie marzę, nie wizualizuję, wiem, że nie pozna mojej córki. Musiałem poradzić sobie z taką świadomością wcześniej, muszę dawać radę także teraz.

Zmienił się pan ostatnio, zmężniał. I nie myślę tylko o siłowni.

Trzydziestka zaraz będzie na karku. Myślę, że dużo zmienia ojcostwo. Nie ma co ukrywać – wcześniej, jak słuchałem opowieści kolegów, jakie to uczucie mieć dziecko, to chyba za bardzo nie rozumiałem, o co chodzi. Cieszyłem się, że mi to opowiadają, cieszyłem się ich szczęściem, ale o wszystkim przekonałem się dopiero, gdy przyszła na świat Klara. Kiedy rodzi się dziecko, pojawia się ktoś, kto może cię zmienić, chociaż sam tego nie będziesz wiedział. Ja już to zauważyłem. Ostatnio dostałem pytanie, co we mnie zmieniła Klara. Otworzyła mnie na świat, na rzeczy, których wcześniej nie widziałem.

Wstaje pan czasem w nocy czy odpowiedni wypoczynek jest ważniejszy?

Wstaję. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, że jestem tatą, który czegoś przy swoim dziecku nie potrafiłby zrobić. To wynika z tego, kim jestem. Nie ma możliwości, że nie potrafię zmienić pieluchy, przygotować jedzenia albo sprawić, że mała zaśnie. Oczywiście, mógłbym powiedzieć Ani, że nie dam rady. Ale o tym mówiłem wcześniej – ja nie mówię, że nie dam rady. Źle bym się z tym czuł. Nie lubię czegoś nie wiedzieć, szczególnie jeśli chodzi o moje dziecko. Kiedy Ania przestanie karmić, chcę mieć możliwość zostania z Klarą sam na weekend. To też jest fajne, nawet teraz, kiedy czasem mamy tylko siebie na kilka godzin. To jest wspólny czas, nikt go nam nie zabierze. Czekam na takie chwile i cieszę się z nich.

Ile w sukcesie mężczyzny jest sukcesu jego kobiety?

Gdyby nie Ania, nie byłbym w miejscu, w którym jestem. Nie przeskoczyłbym pewnej granicy. Może pozostałbym piłkarskim rzemieślnikiem. Dzięki żonie zobaczyłem, że mogę więcej trenować, bardziej intensywnie, że stać mnie na lepsze wyniki i że mogę stać się lepszym zawodnikiem. W Polsce nikt nie umiał mi powiedzieć, co powinienem zmienić, musiałem wszystkiego nauczyć się sam i nadrobić zaległości.

W Polsce to znaczy wtedy, kiedy zaczynał pan karierę?

Szkolenie u nas jest, jakie jest. Moim pierwszym trenerem stała się Ania. Jest też osobistym psychologiem, bywa coachem. Nigdy nie było tak, że jak wracałem do domu z problemem, to słyszałem banalne „będzie dobrze". Sportowiec nie potrzebuje takich sztucznych słów. Może Ania wiedziała to, bo sama także uprawiała sport. Wiedziała, jaka jest specyfika codziennego treningu, znała drugą stronę i że pocieszanie donikąd nie prowadzi. Używała słów, które do mnie trafiały. A później doszło też odpowiednie odżywianie, organizmu się nie oszuka. Uwierzyłem we wszystko, kiedy zobaczyłem efekty, że mogę więcej niż inni.

Na początku kariery starał jej się pan zaimponować na boisku?

A skąd. Kiedy grałem w Zniczu Pruszków, nie myślałem, że piłka nożna będzie czymś, czym będę się zajmował. Dopiero w Lechu Poznań zrozumiałem, że chyba dam radę w ten sposób zarobić na chleb dla siebie i rodziny. Anię poznałem na seminarium przed studiami, a sam rok studiów też zresztą był niesamowitym przeżyciem. Poznałem studenckie życie, a chyba mało który piłkarz ma takie doświadczenia.

Teraz zrobił pan licencjat. Przepraszam: po co?

Mama z Anią mnie motywowały. Że jak zacząłem, to mam skończyć. Umówmy się – studia nie były dla mnie specjalnie ciężkie. Interesowałem się tematem, praktykę miałem opracowaną, może musiałem się trochę w teorii podszkolić. Moi rodzice byli nauczycielami, wychowywałem się w sali gimnastycznej. Poza tym miałem w sobie ambicje, żeby pokazać kiedyś swoim dzieciom, że tatuś nie tylko grał w piłkę, ale że studia też skończył. Tak żeby nie miały na mnie haka, kiedy sam będę je motywował. Wiem, że studia mogą mi się do niczego nie przydać, ale samo to, że mi się udało osiągnąć coś innego niż piłka, na której byłem skupiony przez pół życia, sprawia, że mam naprawdę dużą satysfakcję.

Ania jest też pana motywatorem?

Kiedyś byłem bardziej zamkniętą osobą, ale stwierdziłem, że pomaga mi rozmowa. Kiedy powiem jakieś słowa na głos, to coś, co wydaje się leżeć na sercu, nagle staje się lekkie. Problemy mijają szybciej, jest mi łatwiej. Kiedyś chciałem sobie ze wszystkim poradzić sam, zamykałem się w sobie, dusiłem w środku. Likwidowałem skutki, a nie przyczyny, niczego nie leczyłem. Wypowiedzenie myśli, które dręczą, pozwalają zostawić je za sobą i patrzeć w przyszłość. Trzeba rozmawiać, nie ma się czego bać. Także po to, żeby rozbroić jakieś tykające bomby. Coś ktoś o mnie powiedział? To może lepiej się zapytać, czy to prawda, albo o to, co dokładnie ta osoba miała na myśli. Wszystkie nieporozumienia najlepiej wyjaśniać od razu, w naszej głowie często rodzą się problemy, których nie ma, albo są tak malutkie, że nie powinniśmy ich dostrzegać.

Płacze pan czasem?

4 maja się wzruszyłem. Popłakałem się przy narodzinach córki, normalnie. Jak odcinałem pępowinę, to już było w porządku, ale wcześniej słabo widziałem przez łzy.

A krzyczy pan?

Czasami lepiej coś wykrzyczeć. Płacz i krzyk to też wyrzucanie myśli. Często ludzie się nie przyznają, że krzyczą, nie chcą tego pokazać, bo to słabość. To może nie mówmy o krzyku, tylko „słowach wypowiedzianych bardzo głośno", OK?

To wypowiada pan słowa bardzo głośno, kiedy słyszy hasło „kryzys" po trzech meczach bez gola?

A nie. Wtedy się śmieję. Nie rusza mnie to. Czekam na to, kto pierwszy się wychyli, czasami myślę, że sobie jaja zwyczajnie robi albo szuka sensacji, która się kliknie. Ale dochodzę też do wniosku, że kiedy po trzech meczach nikt nie napisze „kryzys", to trzeba będzie się zastanawiać, czy coś jest ze mną nie tak. Nie zdobywasz bramek, przegrywasz, a tu cisza. To byłby znak, że to normalne, a to przecież nie jest normalne. Doskonale rozumiem, że dokładnie analizowana jest każda moja sytuacja i że czasami statystyki są ważniejsze niż to, co tak naprawdę dzieje się na boisku. Liczę na świadomość fanów, że będzie z każdym rokiem rosła, bo byłoby to z korzyścią dla całej piłki.

To prawda, że na wysokim poziomie wiele goli strzela się dzięki temu, co w głowie?

Każdy ma swoje problemy. Jeśli nie potrafisz sobie z nimi poradzić, to przejdą na boisko. To naprawdę widać. Wtedy jest ciężko o dobry występ, o gola. Dla mnie trening mentalny, ćwiczenie własnej psychiki, był równie ważny jak zajęcia na boisku. Zrozumiałem, że aby sobie poradzić, muszę znaleźć wyłącznik emocji, nauczyć się zostawiania w szatni codzienności. Naprawdę skupiam się tylko na tym, żeby trafić w prostokąt. Kiedy gra się dużo meczów, jest się zmęczonym, to i tak można grać – obudzony o czwartej rano zrobisz sprint, przerzut, wślizg, może wszystko trochę wolniej, ale zrobisz. Ale jeśli musisz trafić do bramki, to zmęczenie ma już kolosalny wpływ – tu brakuje centymetra, tam ułamka sekundy, za późno podejmuje się decyzje. Strzelanie goli to najcięższa robota. Ale też najlepiej płatna.

Pogodził się pan z tym, że ludzie zaglądają panu do portfela?

W Monachium inaczej się do tego podchodzi. To najbogatszy region w Europie i jak wyjadę sobie na ulicę fajną furą, to ludzie mi klaszczą. Podnoszą kciuki. Cieszą się, że mogą zobaczyć takie auto i mi gratulują. Ja też chciałbym mieć sąsiadów, którzy mają dobre, a nie słabe samochody. Poszedłbym do nich pooglądać i pocieszyć się razem z nimi. Na pewno nie byłbym zły, że im się udało, a mnie nie.

A w Polsce?

Zaskoczę pana – w Polsce też się często spotykam z sympatią. Bo to, co jest w Polsce i w polskim internecie, to inne bajki. Dla mnie nie ma czegoś takiego, jak życie w internecie. Artykuły są w porządku, mądrzejsze albo głupsze, ale poniżej tekstu nie schodzę. Komentarze dla mnie nie istnieją, bo to nie są komentarze ludzi, tylko jakichś botów stworzonych przez technologię.

Co chwilę pojawiają się informacje o pana nowych inwestycjach. I nie są to inwestycje w udany wieczór w kasynie.

Pojawiają się informacje, ale zapewniam, że nie o wszystkich moich decyzjach finansowych. Nie mam jednak problemów, żeby o tym opowiadać, nie wszystko utrzymam w tajemnicy. Piłka nożna się kiedyś skończy, zarobki też. Teraz jest comiesięczna wypłata, kiedyś nie będzie. Świadomość tego, że teraz mogę zarobić na resztę życia, mi nie wystarcza. Wolę zainwestować w coś, co do końca życia będzie mi przynosiło stały dochód. Nie wiem, czy to ambicja, czy zaspokajanie ego, ale nie uspokaja mnie fakt, że mam pieniądze na koncie. Muszę mieć poczucie, że ciągle będę zarabiał, a może po prostu, że ciągle będę miał coś do roboty. Nie potrafiłbym niczego nie robić po zakończeniu kariery. Pewnie pojechałbym na wakacje: pierwsze, drugie, piąte. Ale później by mi się znudziło i bym nie wytrzymał.

Dziwne są niektóre pana inwestycje. Bo niby co pan wie o start-upach?

Inwestuję w wiele rzeczy. Start-upy należą do jednego z segmentów, które znajdują się w kręgu moich zainteresowań inwestycyjnych. Z racji wykonywanego zawodu nie siedzę w temacie na co dzień, ale na tyle, na ile mogę, orientuję się i interesuję tym, co się dzieje na rynku nowych technologii i start-upów.

To na których inwestycjach się pan skupia?

Mógłbym wymieniać nieruchomości, działki, agencje digitalowe (zajmujące się budowaniem wizerunku firm w internecie – red.)... Kiedy pojawia się nowy temat, który mnie zainteresuje, nie odsyłam go od razu do moich doradców. Chcę się wszystkiego dowiedzieć, wyczytać, przemyśleć. Jak czegoś nie rozumiem, to się radzę, ale potrzebuję czasu, żeby wszystko przeliczyć, spotkać się z kimś, a później wyciągnąć wnioski, czy coś jest dla mnie dobre, czy jednak nie. Jestem trochę nieufny.

Trochę?

Powiem inaczej: wiem, że czasami trzeba zaufać, ale jeszcze lepiej jest ufać, mając nad wszystkim kontrolę. Kiedy pracuję z ludźmi i rozmawiam o inwestycjach, nie mogę być zielony, siedzieć z otwartą buzią i przyjmować wszystkiego za pewnik. Lubię skontrować dobrym pytaniem, zapytać, dlaczego tak, a nie inaczej. Tak, jestem piłkarzem, ale jestem też człowiekiem, który ma swój rozum.

Pomylił się pan kiedyś?

Nigdy na dużą skalę. Pewnie dziesięć lat temu coś by się znalazło, ale nie straciłem oszczędności. Dywersyfikuję swój portfel inwestycyjny. A pomyłki, tak jak na boisku, tylko uświadamiają, że cały czas trzeba być skupionym i skoncentrowanym.

Pieniądze są jeszcze dla pana motywacją?

Są ważne, ale nie najważniejsze. Wiem, co mówię. Gdyby liczyły się tylko pieniądze, to od kilku lat mógłbym zarabiać więcej. Chcę zarabiać, ale chcę też spełniać swoje marzenia, realizować samego siebie. Wybierając kluby, w których grałem, nigdy nie kierowałem się tylko pieniędzmi. Miałem korzystniejsze oferty, mógłbym być w zupełnie innym miejscu. Zawsze kierowałem się rozsądkiem – zmieniałem barwy, wiedząc, że podejmuję taką decyzję, żeby być lepszym piłkarzem i szczęśliwym człowiekiem.

I czuje się pan szczęśliwy?

Robię to, co kocham. Kocham też żonę i córkę, a mam je przy sobie. Gram w jednym z najlepszych klubów świata i gdybym powiedział, że nie jestem szczęśliwy, byłoby to fałszywe. Doceniam to, co udało mi się zrobić, miejsce, do którego doszedłem. I oczywiście nadal myślę, co jeszcze mógłbym poprawić.

Dogonił pan ostatnio Karla-Heinza Rummenigge w klasyfikacji strzelców wszech czasów Bundesligi. Ściga się pan dalej?

Wiem, że niewiele mi brakuje, żeby zostać najskuteczniejszym obcokrajowcem, ale nie liczę tego na bieżąco i nie kontroluję. To są takie rekordy, na które na co dzień nikt nie zwraca uwagi. Nie są moim wielkim marzeniem.

Pytam, bo do pierwszego miejsca brakuje panu ponad 200 goli. Czyli jakby się pan ścigał, to trzeba byłoby długo jeszcze w Bundeslidze pograć.

Jeśli jest się piłkarzem Bayernu, to bardzo ciężko jest odejść do innego klubu. Obszar możliwości jest bardzo ograniczony, nie ma wielkiego wyboru. Tak naprawdę liczą się trzy, cztery drużyny. Z jednej strony to wielki przywilej, z drugiej na pewno zmusza do zastanowienia nad tym, co chce się jeszcze w życiu osiągnąć. W Bayernie czuję się świetnie, więc nie siedzę z telefonem w ręku i nie czekam na oferty. Mogą przyjść, mogą się nigdy nie pojawić. Jestem zadowolony z tego, gdzie gram, w jakim mieszkam mieście i myślę, że wielu piłkarzy chciałoby być na moim miejscu.

Z kim pan rywalizuje? Z Cristiano Ronaldo, z Leo Messim czy z samym sobą?

Skupiam się na sobie. Dwa lata temu pomyślałem, że mogę wykonywać rzuty wolne. Doszedłem do wniosku, że jeśli się do nich przyłożę i jeszcze więcej potrenuję, zyskam kilka goli w sezonie. Zwyczajnie poszerzyłem swój repertuar. Jeśli przestanę myśleć nad tym, co mogę zrobić lepiej, co zrobić, by wejść piętro wyżej jako piłkarz, to będzie znaczyło, że zbliżam się ku końcowi.

Lubi pan plebiscyty?

Tylko te, które wygrywam.

Czyli ten na piłkarza roku FIFA średnio? Kiedyś o wyborach najlepszego zawodnika powiedział pan „kabaret".

Są plebiscyty, które mają jasne zasady i które trzeba szanować, ale są takie, których nie rozumiem. To są rzeczy, nad którymi nie mam kontroli, a jak już pan wie – lubię mieć kontrolę zawsze. Oczywiście, chciałbym dostawać statuetki – to miłe, kiedy człowiek raz na jakiś czas zostaje doceniony za swoją pracę. Miejsca od czwartego w dół w plebiscycie FIFA nie mają znaczenia. Każdy może zagłosować na każdego. Gdybym był dziennikarzem z Afryki, pewnie zagłosowałbym na Afrykanina. A ja nawet nie dostałem głosu od dziennikarza z Polski. Ale to nie mój problem, nie ma co się oszukiwać, że każdy zna się na piłce nożnej.

Jest coś, czego pan w sobie nie lubi?

Jestem punktualny, a nawet jak mi się zdarza pomyśleć, że mogę się gdzieś spóźnić, odzywa się charakter Ani. I musimy być na czas. Wspólnie się dopingujemy, bo pod tym względem jesteśmy tacy sami – trzeba dotrzymywać słowa. Jestem jednak zbyt drobiazgowy. Chciałbym czasem odpuścić, wyluzować, ale niestety – bywa ciężko. Potrafię się czepiać w prostych, codziennych sprawach tak samo jak w sprawach biznesowych. Wiem, że ludzie ode mnie wymagają bardzo dużo i wydaje mi się, że mam prawo także wymagać od innych. I chyba czasami wymagam za dużo.

Gdzie czuje się pan u siebie – w Polsce czy w Niemczech?

Monachium jest miejscem, w którym mieszkam. Czuję się tam jak w domu, bo jestem u siebie, na co dzień. Ale to Warszawa jest moim domem, miastem, do którego wrócę i gdzie zostanę po zakończeniu kariery.

Ludzie, którzy mają pieniądze i sukcesy, często marzą jeszcze o władzy. Opaska kapitana reprezentacji Polski połechtała pana ego?

To, że ma się więcej do powiedzenia w szatni, nie oznacza, że ma się też więcej do powiedzenia na co dzień i że jest się kimś ważniejszym. Wydaje mi się, że moja pozycja w polskiej piłce nie wynika z tego, że jestem kapitanem drużyny, ale z tego, ile zdrowia zostawiłem podczas meczów reprezentacji. Dla kibiców.

Na pierwszy mundial w życiu pojedzie pan jako prawie 30-latek. To spełnienie marzenia?

Tak. Euro już było, czas na mistrzostwa świata. Marzyłem o tym jako dziecko, chciałem zagrać na takim turnieju, chciałem strzelać gole. Zawsze oglądałem mundiale w telewizji, teraz chciałbym pojechać do Rosji i udowodnić, że stać nas na coś więcej, niż tylko bycie uczestnikiem finałów.

To o co gramy?

Nie jestem hurraoptymistą. W Polsce im większe są oczekiwania, tym gorzej bywa. Poczekamy na losowanie, zobaczymy, z kim przyjdzie nam się zmierzyć, ale według mnie i tak najważniejszy będzie pierwszy mecz. A sukcesem – wyście z grupy.

Czuł pan w czasie ostatnich eliminacji, że czasami trzeba chłopaków wziąć na plecy i zanieść do zwycięstwa?

Gramy do jednej bramki. To, że strzeliłem najwięcej goli, jest naszą siłą, a nie moją. Ktoś musiał mi wrzucić piłkę, ktoś dokładnie podać, ktoś popracować w obronie. Obyśmy zawsze tak potrafili wykorzystywać atuty każdego z nas dla wspólnej satysfakcji. Niech pan nie wierzy w szczęście, ono sprzyja tylko tym, którzy coś potrafią i do tego chcą jeszcze dążyć do realizacji swoich celów. 

rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

Plus Minus