Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Górnik nadal fedruje

Stefan Szczepłek 27-11-2017, ostatnia aktualizacja 27-11-2017 07:28

Wygrana Korony z Legią przerwała zwycięską serię mistrza Polski. Liderem znowu został Górnik.

autor: Nowak Piotr
źródło: Fotorzepa
Tabela ekstraklasy
źródło: Rzeczpospolita
Tabela ekstraklasy

Gdyby wszystkie mecze w ekstraklasie stały na takim poziomie i były tak emocjonujące jak Górnika z Jagiellonią i Korony z Legią, narzekań na rozgrywki byłoby znacznie mniej. Do kompletu widzów na stadionie w Zabrzu już się przyzwyczailiśmy. Teraz też spotkanie oglądało tam ponad 22 tysiące ludzi. Natomiast pełny stadion w Kielcach to niezwykła rzadkość. Jeszcze pierwszy mecz, z Zagłębiem w lipcu, oglądało tam 6,5 tysiąca kibiców. Nie wiedzieli, co ich czeka, mieli żal do nowych właścicieli, że zwolnili lubianego trenera Macieja Bartoszka. W sobotę zebrało się 15 200 widzów. Wszystkie bilety wyprzedano.

Legia w każdym mieście jest magnesem, ale równie ważnym powodem rekordowej frekwencji była gra Korony. Legia, mimo powracających kryzysów, wygrała pięć kolejnych meczów. Ale Korona nie przegrała siedmiu spotkań z rzędu, jej trener Gino Lettieri buduje zespół tak, że o Bartoszku już się zapomina.

Z Legią Korona zagrała tak, żeby ludzie tu wrócili. Najpierw mieli prawo się załamać. Już w drugiej minucie Legia przeprowadziła wzorcowy kontratak. Guilherme pobiegł z piłką prawym skrzydłem, podał prostopadle do Kaspara Hamalainena, a ten dośrodkował na pole karne, idealnie nad głową Marcina Cebuli. Jarosław Niezgoda tylko na to czekał. Nie musiał zwalniać ani przyspieszać. Trafił głową i goście prowadzili 1:0.

Malarz nr 1

Kielczanie nie sprawiali wrażenia oszołomionych. Po akcjach kończonych trzema celnymi strzałami Arkadiusz Malarz popisywał się fantastycznymi obronami. Wyniki Legii to w znacznej mierze jego zasługa. Jeszcze wiosną jacyś ligowi piłkarze wyrazili opinię, że Malarz jest najbardziej przereklamowanym bramkarzem ekstraklasy. To chyba byli ci sami zawodnicy, którzy w wywiadach z dziennikarzami mówią od rzeczy, jakby brali udział w innym meczu, niż my widzieliśmy.

Korona pierwsza otrzymała cios, ale to Legia została znokautowana. W ciągu czterech minut straciła dwa gole. Gruzin Nika Kaczarawa (198 cm wzrostu) i Niemiec Elia Soriano wygrywali z legionistami (zabrakło kontuzjowanego Michała Pazdana) większość pojedynków w powietrzu i na trawie. Przy wyrównującym strzale Soriano pretensje mogli mieć do siebie nawzajem obrońcy i pomocnicy Legii, którzy nie przerwali akcji, składającej się z bodaj dziesięciu podań.

Ale kiedy gola niemal z linii bramkowej zdobył Ken Kallaste, legioniści ruszyli z pretensjami do sędziego Mariusza Złotka. Ich zdaniem stojący na pozycji spalonej Soriano przeszkadzał bramkarzowi, w jakimś sensie brał udział w grze i arbiter nie powinien uznać gola. Sędzia był jednak innego zdania i na przerwę Korona schodziła przy wyniku 2:1.

Rozpaloną publiczność uciszył Hamalainen. Wykorzystał prostopadłe podanie od Cristiana Pasquato, przebiegł ponad 20 metrów i mimo że był popychany przez Bartosza Rymaniaka, nim stracił równowagę, zdołał oddać celny strzał na 2:2.

Kontuzjowany Guilherme musiał opuścić boisko w ostatniej minucie pierwszej połowy, a kopniętego w twarz Hamalainena w 59. minucie zastąpił Michał Kopczyński. Legia straciła więc dwóch podstawowych zawodników.

Lettieri dopiero 25 minut przed końcem wpuścił na boisko dobrego ducha Korony, niedocenianego poza Kielcami Jacka Kiełba. I to on po podaniu Łukasza Kosakiewicza zdobył zwycięską bramkę dla Korony. Tyle że znowu zrodziły się wątpliwości – czy w momencie podania Kosakiewicz był centymetry na spalonym? Jeśli gra jest szybka, to takich wątpliwości przybywa. W jednym meczu dwie to dużo. Nawet dobrzy sędziowie mają z tym problem, a VAR wszystkiego nie rozstrzygnie.

Widowisko w Zabrzu

Jagiellonia rozpoczęła mecz w Zabrzu jak Legia w Kielcach i podobnie skończyła. Już w czwartej minucie Taras Romanczuk celnym strzałem zakończył kontrę gości. Wykorzystał ćwierć sekundy nieuwagi Kurzawy i to wystarczyło, żeby zaskoczyć i jego, i bramkarza. Mecz był bardzo wyrównany. Zabrzańska młodzież, która przed tygodniem uległa w Warszawie Legii, nie załamała się ani tamtą porażką, ani straconą bramką.

Jeszcze przed przerwą po rzucie rożnym Igor Angulo strzałem głową doprowadził do wyrównania. W końcówce Jagiellonię spotkało to co Legię w Kielcach. Straciła dwa gole w ciągu czterech minut. Pierwszego po rzucie wolnym Kurzawy i samobójczym strzale Piotra Wlazły, od którego pechowo odbiła się piłka. Drugiego po stracie w środku boiska i złym ustawieniu obrońców – Igor Angulo biegł z piłką od koła środkowego i zakończył rajd 17. bramką w sezonie. Hiszpan prowadzi na liście strzelców ze znakomitą średnią jednego gola na mecz.

Sędzia zaspał

Ważne zwycięstwo odniosła Cracovia, ale czekała na nie do doliczonego czasu. Wtedy w narożniku pola karnego przy linii końcowej Daniel Łukasik sfaulował Javiego Hernandeza. Z daleka widać było faul, więc tym bardziej powinien dostrzec go sędzia, zatrzymać grę, aby dać sobie szansę na konsultacje. Ale Piotr Lasyk niczego nie dostrzegł, zareagował dopiero po dobrych dwóch minutach, kiedy otrzymał informację od kolegów obsługujących VAR. Dopiero wtedy, słusznie, lecz za późno, przyznał gospodarzom jedenastkę, wykorzystaną przez Krzysztofa Piątka. Po drodze zdążył ukarać protestującego Hernandeza. Po meczu pokazał czerwoną kartkę Grzegorzowi Wojtkowiakowi, który nie wytrzymał nerwowo. Spotkanie w Krakowie trwało 99 minut.

Zagadką jest Pogoń. Niedawno kilku zawodników „poszło w miasto", więc zostali przez klub ukarani. Pozostali się starają, ale nawet kiedy grają nieźle, to efektów nie widać. Tak było w meczu z Legią, podobnie teraz z Piastem.

Nadspodziewanie wysokie zwycięstwo – 5:0 nad Sandecją – odniosła Arka. W dodatku wszystkie bramki padły, kiedy na boisku nie było jeszcze Rafała Siemaszki. Sandecja to najbardziej pechowa drużyna ekstraklasy. Ciężko zapracowała na awans, ma bardzo dobrego trenera Radosława Mroczkowskiego i przeciętnych zawodników, nie ma profesjonalnych działaczy, a jako gospodarz występuje w Niecieczy. Nowy Sącz ma w ekstraklasie drużynę, ale nie ma meczów.

17. KOLEJKA EKSTRAKLASY

Cracovia – Lechia Gdańsk 2:1

K. Piątek 71, 90-karny - M. Helik 64-sam.

Górnik Zabrze – Jagiellonia Białystok 3:1

I. Angulo 41, 84, P. Wlazło 79-sam. - T. Romanczuk 4.

Pogoń Szczecin – Piast Gliwice 2:2

A. Frączczak 18, S. Delew 55 - J. Valencia 3, M. Bukata 82

Arka Gdynia – Sandecja Nowy Sącz 5:0

R. Jurado 5, M. Szwoch 13-karny, 43-karny, S. Kriwiec 15, A. Marciniak 47

Korona Kielce – Legia Warszawa 3:2

E. Soriano 39, K. Kallaste 42, J. Kiełb 78 - J. Niezgoda 2, K. Hamalainen 52

Lech Poznań – Wisła Płock 2:1

M. Makuszewski 13, Ch. Gytkjaer 45 - S. Stilić 36

Mecz Śląsk Wrocław – Zagłębie Lubin zakończył się po zamknięciu gazety. Dziś grają: Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Wisła Kraków (18.00, Eurosport 1).

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: s.szczeplek@rp.pl

"Rzeczpospolita"