Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wychowawca trenerów

Stefan Szczepłek 03-12-2017, ostatnia aktualizacja 03-12-2017 00:00

Życzliwi żartują sobie, że jestem Sienkiewiczem futbolu – opowiada Jerzy Talaga, profesor AWF, teoretyk futbolu.

autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Rz: Na ile języków zostały przetłumaczone pańskie książki o piłce nożnej?

Jerzy Talaga: Na rosyjski, niemiecki, hiszpański, włoski, grecki i gruziński. Wydawnictwo z NRD, z którym podpisałem umowę, zadbało, aby książki trafiły również do Austrii, Szwajcarii, a nawet RFN. Na rynku niemieckim miałem dwa wydania, co jest dla mnie szczególnym powodem do satysfakcji. Wznowienie książki oznacza, że była użyteczna i się sprzedała. Można więc powiedzieć, że moje podręczniki czytali trenerzy w kilku krajach europejskich, łącznie z tymi, w których piłka stoi na wysokim poziomie.

Ma pan poczucie, że jako reprezentant polskiej myśli szkoleniowej przyczynił się pan do rozwoju futbolu w Niemczech, we Włoszech czy Hiszpanii?

Jestem realistą i nie przypisuję sobie żadnych zasług. Ktoś jednak te prace kupował i fakt, że znikały z półek, świadczy o tym, że z nich korzystano. Takich autorów jest jednak wielu, ich prace publikowane są przez uczelnie i wydawnictwa.

Powiedzmy więc, co to za książki. W środowisku przyjęło się, że jest pan autorem trylogii.

Można tak powiedzieć. Życzliwi żartują sobie, że jestem Sienkiewiczem futbolu.

Z pana sobie nikt nie żartuje. Przez lata pańskie książki były w Polsce podstawowymi podręcznikami do nauki futbolu.

Miło, że tak pan mówi. To były trzy pozycje pod tytułami: „Technika", „Taktyka", „Trening". A oprócz tego „ABC młodego piłkarza". Było kilka wydań tych książek, jak już wspominałem, w kilku krajach. Pierwsza ukazała się w roku 1966, czyli w czasach, w których tylko marzyliśmy o znalezieniu się w czołówce europejskiej. Właściwie to był jeszcze skrypt, wydany przez Akademię Wychowania Fizycznego, ponieważ studenci nie mieli wówczas żadnych podręczników.

Jak to? W połowie lat 60. kilka sezonów przed sukcesami pucharowymi Legii i Górnika i złotym medalem olimpijskim nie było w Polsce podręczników do nauki futbolu?

Taka jest prawda. Dokładniej mówiąc, były, ale już nieco zdezaktualizowane. Obowiązywała wciąż wydana w roku 1953 książka Ryszarda Koncewicza „Całoroczny trening piłkarza".

Wejdę panu w słowo. We wstępie do tej książki wicedyrektor Departamentu Gier Sportowych GKKF, późniejszy prezes PZPN Władysław Rajkowski napisał, że trener, instruktor i działacz powinni pogłębiać swoją świadomość polityczną i wiedzę marksistowsko-leninowską. To miała być recepta na sukces sportowy.

Takie były czasy. Ale Ryszard Koncewicz nie miał z tym nic wspólnego. Jego praca była na tamte czasy bardzo cenna. Koncewicz był wybitnym teoretykiem i osobowością, chociaż na co dzień dość trudnym człowiekiem, nieuznającym kompromisów. Pojawiła się też wtedy książka radzieckiego teoretyka Towarowskiego „Piłka nożna". Na szczęście jednak korzystaliśmy ze znacznie lepszych doświadczeń Węgrów, po wojnie mających najlepszych piłkarzy i najlepszą szkołę na świecie. Jeszcze w latach 40. ukazała się na naszym rynku „Piłka nożna. Teoria i trening" Janosa Palfaia. Jednak przełomem stała się praca Arpada Csanadiego „Piłka nożna", która trafiła do księgarń w roku 1957. To już było nowoczesne opracowanie, na którym wychowało się pokolenie trenerów. Przyznaję, że moje książki zostały w znacznym stopniu oparte właśnie na pracy Csanadiego. Uwzględniały jednak zmiany, jakie zaszły w taktyce i metodyce szkolenia od jego czasów.

W roku 1954 mistrzami świata zostali Niemcy, potem dwa mundiale wygrywali Brazylijczycy, po nich Anglia, która była chronologicznie pierwszym wzorem. W Polsce książek o futbolu autorów z tych krajów nie było?

Przecież dobrze pan wie, że nie było. Podejrzewam, że niemieckich ze względów politycznych. Brazylijskich – dlatego, że za daleko, a zresztą oni wzorowali się na futbolu węgierskim. Angielskich – może dlatego, że ich system WM odchodził do przeszłości. Szkolenie zmieniało się wraz ze zmianą taktyki. Tylko technika jest wciąż ta sama. Składa się z określonej liczby niezmiennych elementów. Tu się już nic nowego nie wymyśli. Jeśli coś można zmienić, to tylko szybkość wykonywania konkretnych ćwiczeń i zagrań. Oczywiście geniusze w rodzaju Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo wnoszą wiele, ale robią to samo co inni, tylko szybciej, dodając jakiś trik.

Czy w związku z tym pańskie książki też już są nieco anachroniczne?

W pewnym stopniu tak. Stały się świadectwami historii na określonym etapie rozwoju piłki nożnej. Dziś już bym ich nie zalecał. Ponieważ jednak zmieniają się metody treningu, pojawia się sprzęt pomocniczy, o jakim dawniej nie śniliśmy, nauka musi nadążać za życiem. I niedawno napisaliśmy wraz z Dariuszem Śledziewskim nową książkę, „Piłka nożna. Nauczanie i doskonalenie techniki". Śledziewski jest bardzo dobrym wykładowcą, chyba najlepszym w Polsce. Pracuje w katedrze Teorii Treningu na AWF, zbierał materiały w Legii, współpracował z trenerami reprezentacji Polski. Książka jest bogato ilustrowana, te moje pierwsze, sprzed lat, pod względem graficznym nie wytrzymują z nią konkurencji.

Ale to, co z mojego punktu widzenia – dziennikarza, a nie trenera – jest szczególnie cenne w tych książkach, to dbałość o polski język i próba ujednolicenia terminów.

Cieszę się, że pan o tym wspomina. Jestem przeciwnikiem żargonu, używanego przez trenerów i dziennikarzy. Mam zapisanych 85 terminów piłek: długich, krótkich, prostopadłych, okrągłych, bezpośrednich, wysokich, niskich, szybkich, wolnych, podawanych w światło bramki na krótszy lub dłuższy słupek, przegrywanych przez obrońcę. A przecież piłka jest jedna. Żargon jest dopuszczalny w kontakcie trener – zawodnik, w czasie zawodów. Jeśli trenerzy występują w radiu czy telewizji, powinni używać właściwego języka. Ludzie sportu, pani Krystyna Loska i jej mąż Henryk, znany działacz piłkarski, w swoim domu w Tychach mówili piękną śląską gwarą. Ale potem pani Krystyna siadała przed kamerą telewizyjną i posługiwała się piękną polszczyzną, w której nie słychać było nawet jednej śląskiej nuty. Na tym polega profesjonalizm. Niestety, żargonem posługują się nawet moi absolwenci.

Z Andrzejem Strejlauem włącznie.

Andrzej był moim studentem, a jest przyjacielem. Też się z nim w tej sprawie kłócę, ale stoję na straconej pozycji. Z żargonem się nie wygra. A z Andrzejem nawet spór jest miły.

Czy pan pracuje jeszcze na uczelni?

Ooo, już dawno nie. Chociaż cały czas jestem związany z AWF i innymi uczelniami, na których czasami wykładam. Spędziłem na AWF większość swojego życia. Rozpocząłem studia na Bielanach w roku 1953, a opuściłem uczelnię w roku 1989, kiedy miałem 60 lat i mogłem przejść na wcześniejszą emeryturę. Jakkolwiek by patrzeć, urodziłem się w roku 1929.

Ma pan poczucie humoru.

To prawda, ale nie w związku z wiekiem. Mam 88 lat, jeżdżę na nartach, miałem 70, kiedy na Zalewie Solińskim zacząłem uczyć się windsurfingu. Nie miałem z tym problemów, ale od kiedy nie mogę skoczyć na deskę z brzegu, tylko wyciągam żagiel z wody, to bolą mnie plecy. Więc zrezygnowałem.

Wiem, że grał pan w piłkę w Rzeszowie i AZS AWF, ale żadnych szczegółów nie znam.

Urodziłem się w Śniatynie nad Prutem, na Huculszczyźnie, w rejonie Kołomyi, Stanisławowa i Zaleszczyk. Kiedy miałem rok, rodzice przeprowadzili się do Rzeszowa. To jest miasto mojego dzieciństwa, młodości, matury i gry w klubie Resovia. Mój ojciec był fanatykiem futbolu, więc zabierał mnie na mecze lwowskiej ligi okręgowej. Resovia grała w grupie między innymi z Pogonią I B i lwowską Lechią. My mieliśmy w napadzie reprezentantów Polski Tadeusza Hogendorfa i Stanisława Barana. Pamiętam, jak podczas meczu z Lechią lwowscy kibice ułożyli naprędce wierszyk we lwowskim bałaku: „Gdzie ci wróbli, gdzie Barany, gdzie ten atak ukrzyczany". Powszechnie wiadomo, że po wybuchu wojny Niemcy zabraniali grać w piłkę, a mimo to w Warszawie i Krakowie odbywały się rozgrywki konspiracyjne. W Rzeszowie też. Oglądałem te mecze, a raz poszliśmy z kolegami na mecz niemieckich drużyn Rote Teufeln Nisko – DTSG. I ku naszemu zdziwieniu w barwach tych Diabłów zobaczyliśmy Ernesta Wilimowskiego. To był genialny piłkarz.

To pod jego wpływem sam zaczął pan grać?

Nie, ja tego bakcyla, dzięki ojcu, połknąłem znacznie wcześniej. Ale nie miałem talentu. Po wojnie grałem jako pomocnik w Resovii na poziomie A-klasy, a w AWF w III lidze. AWF był w latach 50. i 60. jedyną uczelnią w Polsce, mającą drużynę piłkarską, biorącą udział w rozgrywkach na szczeblu wojewódzkim. To bardzo pomagało przyszłym trenerom w pracy.

Kiedy w roku 1974 przyszedłem do pracy w tygodniku „Piłka Nożna", pan, jako kierownik szkolenia PZPN, już był członkiem kolegium tego pisma.

Kiedy zbliżały się igrzyska olimpijskie w Monachium, AWF, na prośbę PZPN oddelegował mnie do pomocy Kazimierzowi Górskiemu. Podczas igrzysk wspólnie z Andrzejem Strejlauem robiliśmy dla niego analizę gry przeciwników. Wróciłem do PZPN w roli szefa szkolenia w roku 1975, ale Górski po igrzyskach w Montrealu odszedł, a ja wkrótce po nim.

Znam dziesiątki piłkarzy i trenerów, którzy studiowali na AWF, ale dopiero ta rozmowa uświadamia mi, że oni wszyscy przeszli przez pańskie ręce. Ilu selekcjonerów reprezentacji pan wychował?

Studentami naszej specjalizacji byli: Antoni Piechniczek, Andrzej Strejlau, Henryk Apostel, Władysław Stachurski, Janusz Wójcik, Jerzy Engel, Zbigniew Boniek i Paweł Janas. A gdyby brać pod uwagę inne reprezentacje, to jeszcze Bernard Blaut, Wiesław Grabowski, Andrzej Wiśniewski i Henryk Kasperczak. Oprócz nich 24 asystentów selekcjonerów, w tym tacy trenerzy jak Waldemar Obrębski, Bogusław Hajdas, Andrzej Zamilski, Maciej Skorża, Edward Klejndinst, Mieczysław Broniszewski, Radosław Mroczkowski, Wiktor Stasiuk. Wyliczyłem 49 moich studentów, którzy zostali trenerami na poziomie ekstraklasy i I ligi i ponad 60 w II lidze.

To jest wspaniałe świadectwo pańskiej pracy, ale i znaczenia AWF.

Ależ oczywiście. Mam teraz więcej czasu, więc kiedyś zrobiłem sobie listę zawodników, studiujących stacjonarnie lub zaocznie na Bielanach. Wyszła z tego niezła reprezentacja Polski: Jan Tomaszewski, Antoni Piechniczek, Paweł Janas, Marek Dziuba, Mirosław Bulzacki, Krzysztof Rześny, Zbigniew Boniek, Henryk Kasperczak, Mirosław Tłokiński, Jerzy Kraska, Bernard Blaut, Dariusz Dziekanowski, Marek Kusto, Henryk Apostel, Stefan Białas, Roman Jakóbczak... Praca z nimi to była przyjemność.

"Rzeczpospolita"