Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Polska, czyli wygodna przystań

Piotr Żelazny 18-04-2018, ostatnia aktualizacja 18-04-2018 09:32

Kluby płacą coraz lepiej, ale poziom nie rośnie. Liga jest słaba, a potentat, jakim miała być Legia, wciąż walczy o tytuł tylko dlatego, że rywale też grają źle.

Kibice Legii Warszawa
autor: Nowak Piotr
źródło: Fotorzepa
Kibice Legii Warszawa

Ostatnia kolejka była idealnym podsumowaniem naszej ligi. Lech zaczął rywalizację o tytuł, przegrywając u siebie z niewalczącą o nic Koroną Kielce, Jagiellonię tak onieśmieliła perspektywa powrotu na pierwsze miejsce, że przegrała u siebie 1:2 z Górnikiem Zabrze, który po przerwie zimowej na boisku wygrał ledwie raz – w lutym z broniąca się przed spadkiem ekipą z Niecieczy.

Dopełnieniem było oczywiście to, co wydarzyło się w sobotę na Łazienkowskiej w Warszawie. Znając już wyniki rywali w walce o mistrzostwo Polski, Legia postanowiła, że pokaże, co to znaczy pokpić sprawę. Obrońcy tytułu przegrali u siebie (0:1) z Zagłębiem Lubin – jedyną drużyną, którą w sezonie zasadniczym pokonali dwukrotnie.

Przegrali z Zagłębiem, w którego bramce stał 22-letni Dominik Hładun, rozgrywający swój ósmy mecz ligowy w życiu, w pomocy biegał – po raz pierwszy w podstawowym składzie – 19-letni Bartosz Slisz, obok 20-letniego Filipa Jagiełły. W końcówce trener gości wprowadził na murawę innego 19-latka – Dawida Pakulskiego, dla którego był to drugi mecz w ekstraklasie.

Legia poniosła 11. porażkę w sezonie. Kosztowała ona posadę Romeo Jozaka. W sześciu pozostałych kolejkach ligowych (oraz przynajmniej jednym spotkaniu w Pucharze Polski) drużynę poprowadzić ma dotychczasowy asystent Chorwata, jego rodak Dean Klafurić. Mimo 11 porażek Legia ma tylko punkt straty do Lecha i taki sam dorobek jak druga w tabeli Jagiellonia.

Lech w 30 kolejkach sezonu zasadniczego zgromadził 55 punktów, które dały mu pozycję lidera i przewagę własnego boiska przed decydującą fazą gry o tytuł. Jak korzysta z przywileju rozgrywania spotkań przy Bułgarskiej (gdzie nie przegrał od zeszłego sezonu, gdy w kwietniu uległ Legii 1:2), widać było w piątek.

Lech jako jedyny w Europie lider swojej ligi – obok ormiańskiego Shiraka – wygrał mniej niż 50 procent meczów (15 na 31).

W poprzednim sezonie 55 punktów po 30 kolejkach dawało trzecie miejsce w lidze (prowadząca Jagiellonia miała o 4 punkty więcej). Dwa lata temu 55 punktów też wystarczało maksymalnie do trzeciej pozycji (lider, Legia, miał 60), a w sezonie 2013/2014 gwarantowało czwartą lokatę na koniec sezonu zasadniczego. Dalsze cofanie się w czasie nie ma sensu, gdyż obowiązywał wówczas inny regulamin i nie było podziału na grupy, a cały sezon składał się tylko z 30 meczów.

Polskie kluby płacą coraz więcej coraz lepszym – przynajmniej w teorii – piłkarzom. Czołówka stoi obcokrajowcami. W trzech weekendowych wstydliwych porażkach domowych czołowych zespołów po stronie gospodarzy zagrało ich w sumie 21.

Lech, Jagiellonia i Legia zgodnie wystawiły po siedmiu. Jeszcze dwa miesiące temu klub z Podlasia miałby ośmiu zagranicznych zawodników w składzie, lecz Taras Romańczuk nie tylko dostał polskie obywatelstwo, ale też zadebiutował w reprezentacji.

Poziom ligi nie rośnie, choć są w niej już naprawdę niezłe pieniądze. W Legii Artur Jędrzejczyk dostaje około 600 tysięcy euro rocznie samej pensji, czyli około 215 tysięcy złotych miesięcznie. Kasper Hamalainen, Miroslav Radović czy Adam Hlousek według doniesień medialnych mogą liczyć na pensje 120 tysięcy złotych miesięcznie.

Niedawno „La Gazzetta dello Sport" opublikowała listę płac włoskiego futbolu. Podobne sumy płacą słabsze zespoły Serie A, chociażby Chievo Werona czy Crotone, albo czołowe kluby młodym zawodnikom, którzy dopiero się przebijają. A wymagań Serie A, czy nawet ligi austriackiej lub holenderskiej, z tymi, którym muszą sprostać zagraniczni zawodnicy u nas, nie sposób porównać.

Nie mamy szans, jeśli chodzi o skauting, więc nie sprowadzamy młodych zawodników z zagranicy, którzy grając u nas przez dwa–trzy sezony, mogliby się wypromować i odejść do silnej ligi. Ostatnim takim przypadkiem był Ondrej Duda (z Legii do Herthy Berlin), a przed nim Marcelo (Wisła – PSV) i Artjom Rudniew (Lech – HSV).

Później udawało się sprowadzić kilku zawodników, którzy grę w Polsce traktowali jako szansę na odbudowanie formy, np. Vadisa Odjidję-Ofoe czy Nemanję Nikolicia (dzięki bramkom w ekstraklasie zapracował na wyjazd do USA). Ale dla zdecydowanej większości obcokrajowców sprowadzanych przez szefów czołowych klubów nasza liga stała się celem samym w sobie – pograć bez dużej presji, bez wielkich wymagań, ale za niezłe pieniądze. Jesteśmy jak liga cypryjska – nie mamy wprawdzie tak dobrej pogody i morza, ale Warszawa, Poznań czy Gdańsk to miasta bardziej atrakcyjne niż Larnaka czy nawet Nikozja. Wystarczy spytać Semira Stilicia, który grał w polskich klubach i na Cyprze.

Zły dobór pracowników z zagranicy prowadzi nas jednak do prawdziwego problemu polskiej piłki – braku wiedzy. U nas po prostu nikt nie wie, jak się powinno robić porządny futbol. Porażkę Legii z Zagłębiem oglądało z trybun zaledwie 13 tysięcy widzów. W ciepły kwietniowy wieczór tylko 13 tysięcy mieszkańców Warszawy wybrało się na stadion, by zobaczyć, jak drużyna gra o mistrzostwo. To jest najbardziej zatrważająca liczba weekendu.

I to właśnie Legia jest najbardziej dobitnym przykładem tego zatrważającego braku wiedzy. Po awansie do Ligi Mistrzów mówiło się o tym, jaką przewagę finansową sobie wypracuje. Jak ucieknie reszcie. Tymczasem – jak pokazało publiczne pranie brudów przy okazji właścicielskiego przejęcia klubu w zeszłym roku – pieniądze z UEFA się rozpłynęły. Między pensjami, premiami, nietrafionymi transferami, karami, spłatą długów i finansowaniem codziennej egzystencji. Były miliony euro – nie ma milionów i dobrego futbolu. Prezes Dariusz Mioduski powtarza, że w klubie trwa rewolucja, budowa nowych fundamentów. Twierdzi, że przeciętny kibic nie ma prawa tych zmian dostrzec, gdyż dzieją się one poza główną sceną, a efekty przyjdą za jakiś czas.

Jeśli taka Legia ma tylko punkt straty do lidera i wciąż walczy o trzecie (!) z rzędu mistrzostwo, to wniosek może być tylko jeden: ekstraklasa słabnie.

"Rzeczpospolita"