Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Uciekł po to, żeby wrócić

Janusz Pindera 05-05-2018, ostatnia aktualizacja 05-05-2018 00:00

Dariusz Michalczewski, „Tygrys", kończy 5 maja 50 lat. Kiedyś mistrz zawodowego boksu, dziś biznesmen. Polak czy Niemiec? On twierdzi, że Europejczyk

autor: Darek Golik
źródło: Rzeczpospolita

– Muszę z boksu dobrze żyć, zdobyć tytuł mistrza świata i dorobić się majątku – mówił po ucieczce do RFN, 30 lat temu.

Pytany, dlaczego zdecydował się na taki krok w sytuacji, gdy miał wszystko, czego dusza zapragnie, w Słupsku, gdzie reprezentował barwy Czarnych, czołowego klubu w Polsce, i perspektywę startu na igrzyskach w Seulu, odpowiadał krótko: chciałem mieć jeszcze lepiej.

W Słupsku 19-letni mistrz Polski był królem. Brał pieniądze z czterech zakładów, zarabiał miesięcznie ponad sto tysięcy złotych, w czasach gdy dobry inżynier wyciągał co najwyżej dwadzieścia. Ludzie przynosili mu do domu banany i pomarańcze. Był młody, popularny i bogaty. Dziś tłumaczy, że ucieczka była wynikiem impulsu.

– Dorota, moja żona, była bardziej zdecydowana. Ucieczkę zaplanowaliśmy wspólnie z Dariuszem Kosedowskim i 24 kwietnia 1988 roku podczas turnieju Inter Cup w Karlsruhe odłączyliśmy się od ekipy – tak Michalczewski mówił przed laty „Rzeczpospolitej".

Malowanie płotów

Ta ucieczka zmieniła jego życie, od niej mógłby się zaczynać film opowiadający historię młodego polskiego boksera, który sześć lat później zostanie zawodowym mistrzem świata, a dzięki kolejnym zwycięstwom dorobi się majątku, który jeszcze pomnoży.

Ale pierwsze miesiące na wyśnionym Zachodzie były trudne. Obywatelstwo niemieckie dostał wprawdzie szybko, ale dyskwalifikacja, którą na uciekinierów nałożył Polski Związek Bokserski, uniemożliwiała występy w nowych barwach. Zamiast walczyć w ringu, kopali z Darkiem Kosedowskim rowy, stawiali płoty, a Michalczewski miał coraz więcej wątpliwości. Brakowało pieniędzy, rodzinne kłótnie były codziennością. Syn Michał miał już dwa lata, a przyszłość nie wyglądała różowo.

Ale kiedy dziewięciomiesięczna dyskwalifikacja dobiegła końca, sukcesy przyszły szybko. Kosedowski został mistrzem RFN, a później zjednoczonych Niemiec. Michalczewski w 1991 roku zdobył złoto mistrzostw Europy i miał prawo myśleć, że kilka miesięcy później powalczy w Sydney w mistrzostwach świata. Co więcej, gdyby dotrwał do igrzysk w Barcelonie (1992), być może w walce o miejsce na podium los zetknąłby go z Wojciechem Bartnikiem, ostatnim polskim medalistą olimpijskim.

Perfekcyjny lewy prosty

Ale życie napisało inny scenariusz. – Gdyby w Leverkusen, dla którego zdobywałem ligowe punkty, dali mi 50 tysięcy marek, jak chciałem, byłbym dalej amatorem. Nie przyjęto jednak moich warunków i wtedy zgłosił się Klaus Peter Kohl, promotor z Hamburga. Wyłożył na stół tyle pieniędzy, że nawet nie spojrzałem na kontrakt i zostałem zawodowcem – mówił w jednym z wywiadów dla „Rz".

Kontrakt z Kohlem podpisał w sierpniu 1991 roku, a już 16 września stoczył pierwszy pojedynek. Walka z Frederikiem Porterem zakończyła się w drugiej rundzie. Kolejne wyglądały podobnie. Perfekcyjny lewy prosty wprawiał w zdumienie fachowców.

Trzy lata później Michalczewski pokonał w Hamburgu Amerykanina Leeonzera Barbera i został mistrzem świata WBO w wadze półciężkiej. Walkę pokazała TVP, komentowałem ją z Hamburga i pamiętam, jak Niemcy szaleli z radości po sukcesie „swojego" mistrza. Kodowana stacja telewizyjna Premiere wielokrotnie pokazywała moment, gdy Michalczewski, płacząc ze szczęścia, krzyczał do mikrofonu „Dora, ich liebe dich! Dorota, kocham Cię!". Te słowa kierował do nieobecnej w Alsterdorfer Sporthalle żony, która została w domu z ich drugim synem, Nicolasem. Starszy Michał był blisko ojca. „Tygrys" zapytany o łzy w oczach odpowiedział, że twardzi faceci bywają wrażliwi. A on się tej swojej miękkiej strony nie wstydzi.

– Świat był wtedy dla mnie piękny. Kanclerz Helmut Kohl nadesłał list z gratulacjami, legendarny Max Schmeling przysłał depeszę, prezydent Aleksander Kwaśniewski też mnie pochwalił – wspomina.

Deutsch-Pole

Dla „Tygrysa" nadchodził czas żniw. Po zejściu ze sceny Henry'ego Maskego, wielkiego mistrza zjednoczonych Niemiec, tylko Michalczewski przyciągał za Odrą wielkie bokserskie pieniądze. W 1997 roku pokonał w Oberhausen Amerykanina Virgila Hilla i odebrał mu dwa mistrzowskie pasy.

Te walki pokazywał w Polsce Canal Plus, podobnie jak wielkie pojedynki Mike'a Tysona, Evandera Holyfielda czy Oscara De La Hoi. Na koniec „Tygrysa" znów oglądaliśmy w TVP i TVN. To Michalczewski i Andrzej Gołota, który toczył w tym czasie dramatyczne boje w Ameryce, odkrywali przed Polakami blaski i cienie zawodowego boksu, uczyli nowej dla postkomunistycznego świata dyscypliny.

Michalczewski był bogaty, nawet jak na niemieckie warunki. Miał piękny dom w najbogatszej dzielnicy Hamburga, zmieniał luksusowe samochody jak rękawiczki, bywał bohaterem skandali, o których rozpisywała się niemiecka, nie tylko bulwarowa prasa. Dla tamtejszych dziennikarzy w takich sytuacjach był już „Deutsch-Pole", przyszywanym Niemcem z polskim rodowodem. Gdy wygrywał i bił kolejne rekordy, znów stawał się niemieckim mistrzem pięści.

Znał wszystkich

Jego walki od połowy lat 90. były za Odrą wydarzeniem towarzyskim. Miejsca w pierwszych rzędach kosztujące po kilka tysięcy marek zajmowali aktorzy, gwiazdy estrady, rekiny finansjery, ale nie brakowało też budzących grozę postaci z półświatka.

„Tygrysa" znali wszyscy i on znał wszystkich. Dyktator mody Otto Kern projektował dla niego stroje, w których wychodził do ringu. Na kolacjach spotykał się z byłym kanclerzem Gerhardem Schroederem, do jego przyjaciół należeli muzycy grupy Scorpions. Do dziś utrzymuje serdeczny kontakt z malarzem Bruno Brunim, który na obczyźnie zastępował mu przedwcześnie zmarłego na raka ojca.

W gronie tych, z którymi odwiedzał najmodniejsze nocne lokale Hamburga był też młody amerykański raper Marky Mark, dziś bardziej znany jako Mark Wahlberg, jeden z wziętych aktorów Hollywood.

Polskich gwiazd też przy nim nie brakowało. Cezary Pazura i Jan Borysewicz z Lady Pank przylatywali do niego najczęściej. Zawsze byli też najbliżsi kumple z czasów burzliwej młodości. Kilku z nich jest z nim do dziś.

Pierwsze honoraria „Tygrysa" nie przekraczały 500 marek, później zaczynał rozmowy od miliona euro. Pojedynki z Virgilem Hillem, po którym amerykański „The Ring" uznał go za bokser miesiąca, z Graciano Rocchigianim czy Montelem Griffinem przyniosły mu fortunę. Za ostatni, przegrany z Francuzem Fabrice'em Tiozzo, kontrakt opiewał na ponad 4 mln euro. A gdyby doszło do walki z Royem Jonesem juniorem, to zapewne padłby finansowy niemiecki rekord wszech czasów.

Pod polską flagą

Bokserską karierę Michalczewski zakończył z bilansem 48 zwycięstw i dwóch porażek. Dziewięć lat był mistrzem świata, 23 razy skutecznie bronił tytułu. Sam ocenia, że zarobił w tym czasie ok. 30 mln euro netto. Ci, którzy widzieli go w akcji, nie mają wątpliwości: miał jeden z najlepszych lewych prostych w historii boksu i żelazną kondycję. Krzyk wielotysięcznej widowni „Tiger, Tiger" zapamiętam na zawsze, tak samo jak utwór z filmu „Rocky" („Oko Tygrysa"), przy którym wchodził do ringu. Wielkie hale na jego walkach były pełne, bo nie tylko był znakomitym bokserem, ale też wyzwalał ogromne emocje.

Polscy dziennikarze pytali go często, czy uważa się za Niemca. Nie brakowało głosów, że jest zdrajcą, o czym świadczą m.in. listy przychodzące do „Rz". Na początku się denerwował. – Nie jestem patriotą – prowokował. – Dla mnie najważniejsze są pieniądze i zdrowie.

Niemcy nie byli tak drobiazgowi, nawet wtedy, gdy w 2002 roku postanowił, że mistrzowskiego tytułu będzie bronił w Gdańsku i zagrają mu tam Mazurka Dąbrowskiego. Dopiął swego, a później kolejne walki w Niemczech też toczył pod polską flagą.

Trochę ciszej

Bez przerwy dostarczał tematów bulwarowej prasie. On sam twierdzi, że była dla niego bezlitosna, pisząc nie zawsze w zgodzie z prawdą o narkotykowych orgiach, rozbitych samochodach i separacji z pierwszą żoną, z którą ostatecznie się rozstał, podobnie jak z drugą. Ma za sobą trzy rozwody (dwa z pierwszą żoną), trzecią żonę i czworo dzieci.

Michał i Nicolas, synowie z pierwszego małżeństwa, są już dorośli. Skończyli renomowane uniwersytety w USA i świetnie odnaleźli się w życiu. Z drugą żoną Patrycją dzieci nie miał. Z trzecią Barbarą ma syna i córkę.

Pieniędzy mu nie brakuje, ale o jego biznesowych sukcesach jest jakby trochę ciszej. Być może dlatego, że „Tygrys" nie szuka już rozgłosu.

W rozmowie z „Welt am Sonntag" powiedział, że gdy bywa u przyjaciół w Hamburgu, odnosi wrażenie, że jest tam bardziej doceniany. Ma dwa paszporty, polski i niemiecki, ale tak naprawdę czuje się Europejczykiem. Mieszka w Gdańsku, w Polsce prowadzi interesy i zarabia na dostatnie życie, ale coraz częściej zastanawia się nad powrotem do Niemiec. Być może jednak to tylko słowa na potrzeby wywiadu?

Na razie pojechał tam na chwilę, świętować urodziny, ale zaraz wraca do siebie. ©℗

"Rzeczpospolita"