Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Jak po dłuższym śnie

Mikołaj Sokół 10-05-2018, ostatnia aktualizacja 10-05-2018 10:17

Polski kierowca o swojej nowej roli w Formule 1, poznawaniu ograniczeń i weekendzie w Barcelonie.

Po siedmiu latach wrócił pan do Formuły 1 jako trzeci kierowca Williamsa, ale jest to chyba inna rola niż ta, o której jeszcze niedawno, na przełomie roku, pan marzył?

Robert Kubica: Marzyć można o wielu rzeczach, ale rzeczywistość jest taka, że wróciłem w innej roli. Daje mi to pewne możliwości, jeżeli chodzi o jazdę, ponieważ w tym sezonie parę razy zasiądę za kierownicą. Mam też możliwość spojrzenia z innej perspektywy, co niekoniecznie musi być negatywne. Są momenty, w których spojrzenie z innego punktu widzenia na świat F1 i różne sytuacje podczas weekendu wyścigowego, po prostu pomaga. Powoli budowałem swoją świadomość i pewność tego, że jestem w stanie osiągnąć zamierzony cel. Z drugiej strony sto razy fajniej byłoby startować, ale patrząc na to, gdzie byłem 12 miesięcy temu, obecną sytuację uważałbym bardziej za pozytywny, a nie negatywny zbieg wydarzeń.

Mógłby pan startować, ścigać się w wielu różnych seriach wyścigowych, ale nie obraził się pan na Formułę 1 i przyjął rolę rezerwowego. Czy magia F1 wciąż tak działa?

Mam za sobą długą drogę, którą pokonałem przez ostatnie dwa lata, żeby uzyskać możliwość testowania w Formule 1. Tak naprawdę najważniejszą informacją z ubiegłego roku były moje pozytywne odczucia, to jak się czułem za kierownicą. Uważam, że to byłaby duża strata i byłoby to trochę głupie, gdybym nagle o tym zapomniał i poszedł w zupełnie innym kierunku. Pozytywne też jest to, że usiądę parę razy w kokpicie. Pozwoli mi to nabrać większej pewności, ona po prostu wraca. Z drugiej strony oczywiście jest też mój wiek, który nie za bardzo pozwala na długie oczekiwanie, więc zobaczymy. Chciałem wykorzystać tę sytuację i uważam, że nieściganie się przez kolejny rok nie jest bardzo wysoką ceną za to, by móc realizować swoją pasję – nawet w innej roli.

Pierwszy dzień w kokpicie samochodu Formuły 1, w czerwcu zeszłego roku, po tak długiej przerwie musiał być wyjątkowy?

Tak, to był jeden z fajniejszych dni w moim życiu. Towarzyszyło temu dużo emocji, na szczęście pozytywnych. Miałem nadzieję, że wszystko pójdzie lepiej, niż sobie to przemyślałem, ale istniało też ryzyko, że będzie to ostateczny werdykt i pożegnanie z nadzieją powrotu do Formuły 1. Tak się nie stało, sprawdził się korzystniejszy scenariusz. Oczywiście zawsze można pojechać lepiej, ale nagle te ponad sześć lat przerwy wydało się raczej przerwą kilkumiesięczną. To było najlepsze uczucie. Wtedy zdałem sobie sprawę, choć wiedziałem o tym od dawna, że najcenniejszą rzeczą, jaką mamy w naszym ciele, jest mózg. To on sprawia, że wszystko, co umiało się robić, nie idzie w zapomnienie. Jest może bardziej ukryte, ale już po kilku okrążeniach wróciło na swoje miejsce. Jak po dłuższym śnie.

Musiał pan nauczyć się żyć od nowa, nie tylko jako kierowca?

Tak. Ubiegły rok to było poznawanie siebie, moich ograniczeń. Tego, co mogę robić w kokpicie tak samo, jak robiłem dawniej, i tego, jak muszę sobie radzić z utrudnieniami, nie tylko podczas testów w Formule 1. Tak naprawdę poprzeczkę zawieszałem sobie cały czas coraz wyżej. Chodziło o sprawdzenie, czy podołam temu wszystkiemu. Powoli budowałem swoją świadomość i pewność tego, że jestem w stanie osiągnąć zamierzony cel. Poza jazdą było dużo innych rzeczy, jak samo podejście do testów. Sześć lat spędziłem poza kokpitem i mam widoczne gołym okiem ograniczenia. Uwaga większości ludzi koncentrowała się właśnie na tych ograniczeniach, na mojej ręce. Dlatego nie mogłem pozwolić sobie na żadne dziwne błędy czy kombinacje, ponieważ od razu całej winy poszukiwano by tam, gdzie najłatwiej ją znaleźć, a nie tam, gdzie mogła leżeć w rzeczywistości. Ten okres był wyjątkowy, ale też bardzo ciężki: raz z góry, a potem gdy wydawało się, że już wychodziłem na prostą, znowu pod górę. Przez ostatnie lata tak to wszystko wyglądało.

Sam wypadek przydarzył się panu niczym żołnierzowi, który wraca z wojny, przeżył wiele bitew, ale zostaje ranny na strzelnicy. Przetrwał pan wiele groźnych sytuacji w Formule 1, a dramat wydarzył się w czasie wolnym, podczas rajdu.

Sport motorowy jest niebezpieczny, czy jedziesz gokartem, w małym rajdzie, czy w dużym, w wyścigach, rajdowych mistrzostwach świata, Formule 1 czy Formule Renault. Wiadomo, nie jest to gra w szachy i siedzenie przy biurku.

Byłoby łatwiej pogodzić się z tym, gdyby wypadek był konsekwencją zdarzenia związanego z F1?

Czy ja wiem? Nie. To jest temat zamknięty.

Ten trudny okres bardzo pana zmienił?

Tak, stałem się innym człowiekiem. Sądzę, że zostaje taki... może nie odcisk i nie ślad, ale gdy masz dużo czasu na myślenie, to na pewne rzeczy zaczynasz patrzeć inaczej. Chyba w życiu każdego człowieka są momenty, które może nie zmieniają w stu procentach myślenia, ale cię kształtują. Kreślą drogę i człowiek zaczyna bardziej różne rzeczy doceniać. Trzeba też pamiętać, że kiedy zaczynałem startować w Formule 1, byłem młody i poświęcałem temu całe swoje życie. Kiedy tego zaczyna nagle brakować, zmienia się dużo, ponieważ znika 95 procent rzeczy związanych ze ściganiem.

W Barcelonie w ten weekend po ponad siedmiu latach przerwy wsiądzie pan do kokpitu podczas weekendu Grand Prix, na pierwszy piątkowy trening. Poczuje pan coś wyjątkowego?

Zadanie będzie supertrudne, nie siedziałem w kokpicie od dwóch miesięcy, a przez ten czas samochód trochę się zmienił. Większość ludzi będzie oczekiwać nie wiadomo czego, a ja tam muszę po prostu pracować. Nie płacą mi za to, żeby jechać o 0,3 czy 0,5 sekundy szybciej na okrążeniu, tylko żebym wykorzystywał moją wiedzę, doświadczenie i opisał swoje odczucia w kokpicie. To będzie ważne, ale dużo ważniejsze będą testy po Barcelonie, gdzie w środę spędzę za kierownicą cały dzień. Mamy poważny plan i chcemy lepiej poznać nasze – niestety – słabe strony.

Rozmawiał Mikołaj Sokół

Autor jest komentatorem telewizji Eleven Sports

"Rzeczpospolita"