Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Jedna fotografia, tysiące wspomnień

Maciej Miłosz, Piotr Szymaniak 04-09-2008, ostatnia aktualizacja 05-09-2008 17:20

Sierpień ’44 był dla niej tematem tabu. Nie miała odwagi odwiedzać miejsc naznaczonych wojennymi dramatami. Wszystko zmieniło się, kiedy w „ŻW” zobaczyła zdjęcie sprzed 64 lat. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Alina Balińska przerwała milczenie.

źródło: Archiwum Czytelnika
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
źródło: Archiwum Czytelnika

Wracała z uroczystości powstańczych z Powązek. Zatrzymała się w Śródmieściu, by kupić gazetę. To zdjęcie od razu przykuło jej uwagę. Coś ją tknęło, choć nie rozpoznała siebie od razu. Raczej rozczuliła ją mała dziewczynka klęcząca przy grobie. – Dopiero w domu pomyślałam, że to mogę być ja – opowiada Alina Balińska, rocznik 1937. – Rozpoznałam się przez mój charakterystyczny nos – dodaje.

1 sierpnia opublikowaliśmy wywiad z profesorem historii Pawłem Wieczorkiewiczem. Ilustracją do rozmowy na temat cywilów w czasie Sierpnia ’44 było archiwalne zdjęcie małej dziewczynki przy grobie powstańca.

Tydzień później odezwała się do nas Alina Balińska-Bloch. To właśnie ona w wieku siedmiu lat klęczy przed grobem swojego brata Tadeusza Balińskiego. Ta sama fotografia znalazła się w książce Normana Davisa „Powstanie ’44”. Zdjęcie pochodzące z londyńskiego Studium Polski Podziemnej, podpisane było „Prowizoryczny cmentarz”. Autor nieznany.

Zbierał wojskowe czapki

– To był jeszcze dzieciak. 28 sierpnia 1944 r. skończył 15 lat. Zginął 2 września – wspomina brata wzruszona pani Alina. – Szlachetny, prostolinijny, prawy. Był uzdolniony artystycznie, wybierał się na architekturę. Uczył się w gimnazjum im. Górskiego na kompletach, w prywatnych domach. Zbierał czapki różnych formacji wojskowych. Koledzy ze szkoły i z harcerstwa przychodzili je oglądać. To był dla nich bardzo cenny skarb – opowiada łamiącym się głosem.

Jeszcze przed wojną w szkolnym przedstawieniu młody Tadzio grał rolę żołnierza, który ginie w czasie wojny. Ostro sprzeciwiała się temu jego babcia. Miała złe przeczucia. Jak się okazało – prorocze.

Rodzina Balińskich pochodzi z Płocka. Ojciec Józef był adwokatem, matka – o dość oryginalnym imieniu Szczęsna – prawnikiem. Oboje byli zasłużonymi członkami tamtejszej palestry, działaczami Akcji Katolickiej. Józefa, przedwojennego oficera kawalerii, zmobilizowano. – We wrześniu 1939 r. widzieliśmy go po raz ostatni. Nie wiadomo, gdzie zginął. Może Katyń, może Kresy – wspomina córka.

Szczęsna Balicka znalazła się na liście płockiej inteligencji przeznaczonej do represjonowania. Cała rodzina uciekła więc do Warszawy.– Tadeusz bardzo przeżywał decyzję o opuszczeniu Płocka. Nic dziwnego. Tam był nasz dom, nasze środowisko, wszystko, co mieliśmy – mówi Balińska.

Wyglądał na 21 lat...

W Warszawie wynajmowali różne mieszkania. Powstanie zastało ich przy Dolnej na Mokotowie. To właśnie stamtąd pochodzi ostatnie rodzinne zdjęcie zrobione na krótko przed wybuchem walk w stolicy przez nieżyjącego już wuja Bohdana Bortnowskiego.

– Mama, ja i Tadeusz stoimy na balkonie. Mój brat, choć miał tylko 15 lat, był bardzo rosły. Po śmierci, na podstawie wzrostu jego wiek określano na 21 lat – mówi kobieta.

Nastało lato 1944 r. Podczas wakacji, by odpocząć od okupowanego miasta, łapanek i ciągłego poniżania przez Niemców, wielu warszawiaków wyjeżdżało na letniska do okolicznych wsi; Milanówka czy Komorowa... Mieli wyjechać także Balińscy: –Mama chciała nas zabrać. Wyjechalibyśmy, gdyby nie mój brat, który powiedział: „Mamusiu, ja nie mogę wyjechać z Warszawy. Wiadomo, że powstanie będzie. Ja muszę się stawić. Tak jak tatuś”.

Młody Tadeusz nie musiał długo czekać. – Pamiętam 1 sierpnia 1944 r. To było bardzo ciepłe popołudnie. O godz. 16 Tadzio poszedł na zbiórkę. Myśmy się z mamą wybierały do Śródmieścia, do kuzynów. Prałam wstążki dla lalki. Zaczęło się. Pamiętam, słychać było jakby odgłosy piłeczek pingpongowych rzucanych o ścianę. Naturalnie, zostałyśmy już w domu – wspomina Balińska.

Wiśniowa pomadka

Pierwszy raz w domu młody powstaniec zjawił się po tygodniu. Był bardzo stęskniony.

– Mama czekała, przeżywała, ale wiedziała, że mój brat nie może wrócić do domu . W końcu był na służbie – wyjaśnia pani Alina. – Drugi raz przyszedł w dniu imienin mamy, 30 sierpnia. Do tej pory się dziwię, że pamiętał. Z prezentem. Pomadką – wiśniową, bo mama była brunetką. I z kwiatami. To były mieczyki koloru łososiowego. Takie kładę teraz na jego grobie – opowiada.

Tadeusz Baliński pseudonim Żbik był członkiem walczącego na Mokotowie batalionu „Baszta”. Zginął 2 września. Na Puławskiej, róg Malczewskiego. – Pamiętam relacje osób, które opowiadały o jego śmierci. Ranny mówił: – Zawiadomcie mamusię, ale jej nie martwcie. Ja wyzdrowieję – opowiada. Tragiczną wiadomość przyniosła harcerska łączniczka. Pogrzeb odbył się na podwórku kamienicy przy ul. Puławskiej 144. To był jak na tamte czasy spokojny zaułek, w którym powstańcy urządzili cmentarz polowy.

– Bardzo słoneczny dzień. Pamiętam zafrasowanie, ale nie rozpacz mamy. Przy mnie nigdy nie płakała – wspomina Balińska. – Trumna z nieheblowanych desek była sporządzona przez jakiegoś pana, który za tę usługę dostał dwie paczki papierosów. Pamiętam szary, powstańczy kombinezon Tadeusza. Miał pod klapą zaszyty pierścionek zaręczynowy mamy, z brylantami. To było na czarną godzinę, na wypadek gdyby się znalazł w jakiś opresjach, w niewoli. Zanim złożono go do grobu matka wypruła pierścionek – nie kryje wzruszenia.

Pożegnanie było bardzo uroczyste. Delegacja harcerska – kilka osób, dużo kwiatów.

W zaułku widocznym na drugim planie zdjęcia stały łóżka, ludzie tam mieszkali. Po uroczystości mała Ala dostała ciepły posiłek – kaszę z gulaszem z puszki. – To mi wtedy strasznie smakowało – zamyśla się.

Poszła po suchary

Walki trwały dalej i z każdym dniem życie było coraz cięższe. Mieszkańcy prawie cały czas chowali się w piwnicach przed nalotami bombowymi. Jedno z bombardowań przyniosło kolejny cios.

– Zawsze byliśmy przez mamę uczeni, że w czasie nalotu nie wolno uciekać. Gdy się coś dzieje, trzeba się schować, schronić, ewentualnie nawet na ziemi usiąść – mówi pani Alina. – Kończyło nam się jedzenie, mama poszła na górę do mieszkania po suchary. Specjalnie dla mnie. Wtedy w nasz dom uderzyła, jak się wówczas mówiło, „krowa”. Wszystko zaczęło się sypać. Duszno, gruzy. Od tego momentu mam klaustrofobię. Pocisk ranił mamę, ale jeszcze żyła, gdy ją zabierali do szpitala. Pamiętam, że niesiono ją na jakiś drzwiach, ale nie pozwolono mi się zbliżyć.

Najpierw trafiła do szpitala na Puławskiej. Potem na Goszczyńskiego. Tam zmarła na skutek upływu krwi w czasie amputacji obu nóg. – Nie znam daty jej śmierci. Nie wiem nawet, gdzie została pochowana. Szukałam wszędzie. Pewnie w jakiejś zbiorowej mogile – przyznaje ze smutkiem.

Po siedmioletnią dziewczynkę niemal natychmiast przyszła łączniczka z poleceniem zabrania jej do szpitala. Na łożu śmierci jej matka wypatrzyła znajomą pielęgniarkę, którą poprosiła o opiekę nad Alinką. Kobieta zajmowała się nią aż do wyjścia z obozu przejściowego w Pruszkowie.

Warszawskie darmozjady

Pod koniec powstania stołeczna ludność cywilna była wyrzucana ze swoich domów. – Do Pruszkowa wypędzali nas Niemcy. Pamiętam te pola, które mijaliśmy. Były spalone słońcem, gdzieniegdzie jakieś resztki pomidorów. Byliśmy wtedy głodni, ale Niemcy strzelali do każdego, kto się oddalił – opowiada kobieta.

Pani Alina udawała córkę pielęgniarki. Ta miała jeszcze syna, dzięki czemu ich nie rozdzielono. – W Pruszkowie najgorsze były rozchodzące się wszędzie przeraźliwe nawoływania: „Szukam Józia, szukam Adama”. Jedni poszukiwali drugich. Zazwyczaj nadaremnie.

W Pruszkowie zatrzymali się na trzy, cztery dni. W jakiejś hali. Pamięta tylko brudne, słomiane maty, które były pełne robactwa. – Wiele dziewcząt zostało wtedy zgwałconych – ucina.

Później bydlęcymi wagonami wywieziono ich do miasta na południu Polski – Wolbromia.

– To była koszmarna podróż – straszny ścisk, głód i zimno. Najpierw trafiliśmy do jakiejś wsi. Przyjęto nas z sercem i życzliwością. Pamiętam, jak matka dziewczynki, mniej więcej w moim wieku, rano przyniosła chałkę posmarowaną marmoladą. Dla swojego dziecka i dla mnie. Byłam bardzo wdzięczna. Powstanie to był okres głodowania. Natomiast w samym Wolbromiu przyjęto nas bardzo niechętnie, określając mianem darmozjadów. W dodatku zima, którą tam spędziliśmy, była bardzo ostra – opowiada.

W tym samym czasie babcia siedmioletniej Alinki trafiła do Krakowa. W tamtejszej prasie dała ogłoszenie: „Poszukuję Szczęsnej Balińskiej z dziećmi”. Nie miała pojęcia, że ani córka, ani wnuczek nie żyją. Gdy odnalazła swoją wnuczkę, była szczęśliwa jak nigdy.

Po wojnie

– Wróciłyśmy do Płocka. Nasz dom był zajęty, więc najpierw zatrzymałyśmy się u przyjaciół. Potem babcia dostała jeden pokój z kuchnią. Do Warszawy wróciłam dopiero na studia – opowiada kobieta. Skończyła technologię rolno-spożywczą na SGGW. Potem było jeszcze Studium Teologii dla Świeckich. Przez lata pracowała jako inspektor ds. żywienia. Obecnie jest mocno związana z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym. Mieszka na Grochowie, żyje ze skromnej emerytury. Z jej płockiego domu niedawno wyprowadził się ostatni dokwaterowany lokator. Kamienica wymaga renowacji, w dodatku jej część jest wpisana do rejestru zabytków. – Marzeniem córki jest jej odrestaurowanie. Nie wiem jednak, czy podoła finansowo – zastanawia się.

Oprócz bolesnych wspomnień z powstania została jej tylko torebka matki. – Taka krokodylowa, którą stale nosiła. W środku był sakwojaż zakopiański, w którym była cała biżuteria. Wszystko, co było cenną pamiątką dla rodziny: bransoletki, mamy medaliki i ten pierścionek, który był zaszyty w mundurze Tadzia. Mama to miała przy sobie w momencie, kiedy została ranna. Z tych pamiątek do czasu obecnego przetrwała tylko torebka. Kosztowności skradziono podczas włamania już po wojnie – mówi.

Powstanie? Milczenie

Przez całe lata Alina Balińska nie chciała mówić o powstaniu. Nawet swojej córce. Na Dolną przychodziła kilka razy, ale nigdy nie miała dość sił, by wejść w podwórze. – Teraz, gdy po 64 latach zobaczyłam to zdjęcie w gazecie, coś we mnie pękło. To jest jakaś moja cząstka. Bardzo intymna, głęboka. Przecież nieopodal była gdzieś na pewno moja mama. Może ktoś, kto wykonał to zdjęcie, ma jeszcze inne.

Choć podczas wojny straciła całą najbliższą rodzinę, nie czuje żalu. – Raczej smutek i tęsknotę. Im jestem starsza, tym bardziej tęsknię za rodzicami. Przecież oni walczyli za naszą wolność – tłumaczy pani Alina. – Nigdy też nie zagościła w moim sercu nienawiść. Ja się Niemców bałam, ale ich nie nienawidziłam.

Życie Warszawy