Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Czarny tydzień wymiaru sprawiedliwości

18-07-2017, ostatnia aktualizacja 18-07-2017 15:26

Miniony tydzień, w którym uchwalono obszerną nowelizację sztandarowych ustaw ustrojowych przejdzie z pewnością do historii polskiego sądownictwa.

autor: Jerzy Dudek
źródło: Rzeczpospolita

Nie dlatego jednak, że oto właśnie „sądy zostaną oddane obywatelom", jak triumfalnie ogłosiło Ministerstwo Sprawiedliwości. Przejdzie do historii jako czarny tydzień polskiego wymiaru sprawiedliwości. Takiej reformy nikt się nie spodziewał. Zamiast walki ze zbyt szeroką kogincją sądów, przeciążeniem sędziów obowiązkami biurowymi, nieracjonalnym procedurami, biurokracją, formalizmem i przewlekłością niektórych postępowań mamy do czynienia z szeroką wymianą kadrową i nieznaną w historii polskich sądów akcją czystki w SN.

Historia ostrzega

Pod hasłem demokratyzacji i „europeizacji" Krajowej Rady Sądownictwa, walki z korporacją sędziowską i układami kumoteryjnymi politycy przejmują faktyczną kontrolę nad procesem powoływania i awansowania sędziów, czyli praktycznie nad KRS. Warto więc przypomnieć, że nie jest ona samorządem zawodowym, lecz konstytucyjnym organem – strażnikiem niezawisłości sędziowskiej i niezależności sądów. Wprowadzony zaś po 1989 r. system powoływania sędziów przez KRS miał doprowadzić do odpolitycznienia charakterystycznego dla PRL procesu powoływania sędziów.

Wybór członków KRS będących sędziami przez Sejm oraz jej podział na dwa nieznane konstytucji organy w istocie doprowadzą do upolitycznienia decyzji Rady. Nie do obrony jest również z punktu widzenia konstytucji wygaszenie mandatów dotychczasowych członków KRS, gdyż ich kadencja jest wprost określona w ustawie zasadniczej i nie może być zmieniona mocą ustaw zwykłych.

Argument, że podobne rozwiązania z powodzeniem funkcjonują w Europie, bo na przykład w Niemczech o powoływaniu sędziów sądów federalnych decyduje minister federalny, pomija jednak to, że sędziowie w Niemczech należą do partii politycznych, a Polska już dawno odeszła od niechlubnych pozaborczych pruskich antywzorów sędziego urzędnika. W Niemczech władza wykonawcza ma bardzo duży wpływ na powoływanie i awans sędziów, a od ponad stu lat kariery sędziów były sterowane przez władzę wykonawczą, która praktycznie organizacyjnie wchłonęła sądownictwo. Konsekwencją też umacniania w Niemczech przez wieki postawy sędziego urzędnika była haniebna postawa sędziów niemieckich w czasach hitlerowskich rządów, którzy nie potrafili rozróżnić lex od ius.

W wyroku norymberskim dotyczącym prawników znalazło się ostre stwierdzenie, że „miecz mordercy był ukryty pod togą prawniczą". Wszyscy sędziowie byli wykonawcami tego systemu i nie stawiali żadnego oporu. Czy taki model kariery urzędniczej dla sędziów faktycznie się sprawdzi w Polsce?

Sędziowie w Polsce nigdy nie byli i nie są urzędnikami. Choć w historii wielokrotnie próbowano uczynić z nich posłusznych wykonawców woli polityków. Do zamachów na niezawisłość sędziowską dochodziło w dwudziestoleciu międzywojennym. Usunięto wówczas wielu sędziów, w tym sędziów Sądu Najwyższego, w tym prezesów Władysława Seydę i Aleksandra Mogilnickiego. Przyczyną dymisji, jak wynika ze wspomnień prezesa Mogilnickiego, była odmowa wyboru na komisarza wyborczego kandydata wskazanego przez Józefa Piłsudskiego. Mogilnicki odwołał się od dekretu przenoszącego go w stan spoczynku do Najwyższego Trybunału Administracyjnego, który czuwać miał nad legalnością posunięć władz administracyjnych. Wniosek nie doczekał się rozpatrzenia przez dziesięć lat, a Mogilnicki nigdy nie powrócił na zajmowane stanowisko1.

Powrót do przeszłości

W okresie PRL o odrębności władzy sądowniczej nie mogło być mowy. Sądy stały się narzędziem legitymizowania poczynań władz bezpieczeństwa, nie wyłączając mordowania przeciwników politycznych, oraz aparatem wszechwładnej kontroli nad zachowaniami obywateli i wszystkimi ich dobrami.

Uchwalone zmiany to odwrót od kierunku ustrojowych przemian 1989 r. Otwierają one czarny okres historii polskich sądów i doprowadzą do uzależnienia sędziów od nacisków przełożonych, a w praktyce głównego przełożonego, jakim stanie się minister sprawiedliwości. Zmiany te unicestwią bezstronność i niezawisłość sędziów. Los polskich sędziów będzie zależał od woli polityków. Rzekome obecne bizantyjskie systemy powiązań i „folwarków prezesów", którzy sami, według własnych pozamerytorycznych opinii, decydowali o podziale funkcji czy awansów, zastąpią folwarki polityczne i partyjne. Awans sędziów będzie zależał od polityków. Minister będzie dysponował nie tylko systemem nagród, ale i kar. To wystarczające środki łamania niepokornych sumień sędziowskich.

Nie wiadomo, co gorsze

Najbardziej chyba dotkliwy cios dla wymiaru sprawiedliwości to masowa czystka w Sądzie Najwyższym. Cyrograf ministra sprawiedliwości ma oznaczyć sędziów, których uznaje za dyspozycyjnych i odpowiednich do dalszej współpracy. I nie wiadomo, co jest gorsze: czy być usuniętym z Sądu Najwyższego czy znaleźć się na liście sędziów uznanych za dyspozycyjnych. Ale chyba najgorsze, co może się przydarzyć, to przejąć stanowiska usuniętych sędziów Sądu Najwyższego. Nie mam jednak złudzeń: chętnych do budowy nowego Sądu Najwyższego wśród elit profesorskich i sędziowskich z pewnością nie zabraknie. Podobnie zresztą jak było w poprzednich okresach.

Trudno w świetle tych zmian nie dostrzec podobieństwa do okresu PRL, kiedy to sędziowie byli wybierani przez Radę Państwa na wniosek ministra sprawiedliwości i musieli dawać rękojmię należytego wykonywania obowiązków sędziego w Polsce Ludowej. Żaden sędzia nie mógł być niezawisły od polityki państwa, którą wyrażał w wyrokach.

Przypomnijmy więc, że w poprzednim okresie sędzia partyjny czy bezpartyjny nie mógł być jedynie „ustami ustawy", lecz miał prawo i obowiązek stosować prawo zgodnie z założeniami partii. Jak podkreślano, niezawisłość nie oznacza wolności od społeczeństwa, opinii publicznej, od polityki partii i rządu. Jak wówczas rozumiano niezawisłość sędziowską, doskonale obrazują słowa ministra sprawiedliwości z narady z prezesami sądów wojewódzkich z 1975 r.. Stwierdził wówczas, że dyskusja o sprawie społecznie ważnej przed wydaniem wyroku nie jest naruszeniem niezawisłości sędziowskiej. Nie można bowiem dopuścić do tego, by sędzia w swoich rozważaniach pominął jakąś społecznie ważną okoliczność. Nie może być spełniona funkcja społeczno- polityczna sędziów, jeśli prezesi sądów nie będą świadomie sterowali ich działaniami. Prezesi nie mogą uchylić się od odpowiedzialności za nieprawidłowe orzeczenie, które nie realizuje społecznego celu przepisu2.

Oficjalnie podczas narady z prezesami minister sprawiedliwości nakłaniał do ingerowania w sferę niezawisłości sędziowskiej, nie tylko nakazując prowadzenie rozmów, ale nawet posuwając się do wywierania nacisku na sędziów w kwestii wydania określonego orzeczenia.

Niezawisłość zawisła w próżni

Jeśli w tych warunkach są jeszcze sędziowie w Polsce, którzy głoszą, że nie interesuje ich ustrój ani kto jest ministrem i uważają, że będą niezawiśli w wyrokowaniu, są w błędzie. Nie ma się co łudzić: nie ma niezawisłych sędziów bez niezależnych sądów. Sędziowie muszą mieć gwarancje ustrojowej i organizacyjnej niezależności, aby niezawiśle orzekać in concreto w danej sprawie. Bez tych gwarancji niezawisłość sędziowska jest zawieszona w instytucjonalnej próżni.

Sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.

1. A. Mogilnicki, Wspomnienia, Warszawa 2008, s.218–230.

2. J. Szarycz, Sędziowie i sądy w Polsce 1918–1988, s. 334.

"Rzeczpospolita"