Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Niewiele brakowało, by udało im się wylądować

ar, Katarzyna Jaroszyńska 07-05-2007, ostatnia aktualizacja 07-05-2007 01:07

  „Cześć!!! Giniemy!!!” – to były ostatnie słowa wypowiedziane przez jednego z pilotów samolotu „Kościuszko”, który 9 maja 1987 roku rozbił się w Lesie Kabackim. Zginęli wszyscy – 183 osoby. Zabrakło dwóch minut, by mogła się uratować choć część z nich.

To była piękna, słoneczna sobota. O godzinie 10.18 rano radziecki Ił-62M „Tadeusz Kościuszko” należący do Polskich Linii Lotniczych LOT wystartował z lotniska Okęcie do Nowego Jorku. Na pokładzie była 11-osobowa załoga i 172 pasażerów. Za sterami siedział kapitan Zygmunt Pawlaczyk, jeden z najbardziej doświadczonych pilotów LOT-u. O godzinie 10.41 nastąpiła awaria jednego z czterech silników. Wtedy też zaczęła się walka załogi o bezpieczny powrót do Warszawy. Walka, którą przegrali po niespełna 30 minutach, rozbijając się o godz. 11.12.– 9 maja? Dokładnie pamiętam ten dzień. Wprowadził zmiany w życiu nas wszystkich – wspomina Bogdan Omieciński, ówczesny kierownik działu rozwoju techniki lotniczej w LOT. – O katastrofie dowiedziałem się z radia, jadąc samochodem. Zamiast na majówkę, pojechałem do pracy. Tam już zaczynał tworzyć się sztab kryzysowy. Na miejsce wypadku nie było sensu na razie jechać – dodaje. Tam w ogóle nie było samolotu

Wybuch maszyny ściągnął do Lasu Kabackiego mieszkańców okolicznych domów. Już kilka minut po katastrofie teren otoczyło wojsko. Pogotowie ratunkowe nie mogło nikomu pomóc. Wszyscy pasażerowie i załoga zginęli na miejscu. – Kiedy zjawiłem się tam jakieś dwa, trzy dni później, to był wciąż makabryczny obraz. Widać było dokładnie tor, po którym spadał samolot. Wykoszone drzewa, które część lasu zamieniły w polanę – opowiada Omieciński. – Wszystkich zaszokowało, że tam w ogóle nie było samolotu. Po wypadku samochodowym zawsze zostaje jakiś wrak. Natomiast miejsce tej katastrofy to była jakaś potworna mieszanina błota, metalu, szczątków maszyny, bagaży. Wśród tego, co zostało po maszynie, były też fragmenty ludzkich ciał. Omieciński niechętnie rozmawia o ofiarach. Żeby zbadać przyczyny wypadku, trzeba było zebrać szczątki samolotu i przewieźć je do hangaru. – Tam buduje się coś w rodzaju makiety samolotu, czyli układa się wszystkie części w miejscach, gdzie były przed katastrofą – mówi Omieciński. – Mimo że tą pracą zajmowali się specjaliści, zdarzało się, że niektóre fragmenty ludzkich ciał były przewiezione razem z kawałkami maszyny – mówi cicho. Większość ludzkich szczątków przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej w Warszawie. Zmieściły się w kilkuset plastikowych workach. Żadne z ciał nie zostało znalezione w całości. To właśnie dlatego udało się zidentyfikować jedynie 121 osób. Rodziny ofiar jeździły na cmentarz w Wólce Węglowej, by tam – w specjalnie do tego celu postawionym namiocie – identyfikować ciała swoich bliskich. Kłopoty ze sterowaniem

Tuż po wypadku rząd powołał komisję, która miała zbadać przyczyny katastrofy. Na jej czele stanął płk Anotni Milkiewicz. Omieciński z ramienia LOT-u wspomagał działania komisji. – Bardzo szybko ustaliliśmy, że nie zawinili piloci. Że nie zawinili ludzie, a technika – mówi płk Milkiewicz. – W silniku eksplodowała turbina. Jej fragmenty znaleźliśmy w okolicach Grudziądza, a więc tam, gdzie rozpoczęły się kłopoty załogi „Kościuszki” – dodaje.

Prace komisji trwały długo – zakończyły się dopiero 30 czerwca o godzinie 4 nad ranem. Udało się dokładnie ustalić cały przebieg wypadku.– Zatarło się łożysko międzywałowe. To doprowadziło do urwania jednego z wałów, a następnie rozerwania turbiny i eksplozji silnika – tłumaczy Bogdan Omieciński. – Jego rozgrzane kawałki rozerwały kadłub i spowodowały pożar w bagażniku, który w Iłach-62M znajduje się w tylnej części samolotu. Uszkodziły też drugi silnik i elementy sterowania.Eksperci zgodnie przyznają, że to, co udało się zrobić pilotom „Kościuszki”, było prawdziwą sztuką pilotażu. Prowadząc samolot, w którym ledwo działały stery, zawrócili znad Grudziądza, by lądować w Warszawie. I niewiele brakowało, by im się to udało. – Pilot nie mógł utrzymać wysokości lotu, bo nie działał odpowiadający za to ster. To tak jakby prowadzić samochód, w którym nie ma połączenia pomiędzy kierownicą a kołami – wyjaśnia Omieciński. – Załoga wpadła jednak na pomysł, by ster wychylać przy pomocy trymera. I to działało. Ale gdy nad Warszawą wykonywali nawrót, żeby podejść do lądowania, trymer się doszczętnie zniszczył.„Nie denerwuj się, Marysiu!”

Na pokładzie Iła-62M niemal od samego początku lotu rozwijał się pożar. Z powodu dziury w kadłubie nastąpiło rozhermetyzowanie kabiny. Ciśnienie w samolocie było więc tak niskie jak na zewnątrz. Pasażerowie musieli to bardzo dotkliwie odczuć: najpewniej mieli krwotoki z nosów, problemy ze słuchem, niektórzy pewno mdleli. Z zapisów czarnej skrzynki wiemy, że stewardesy pytały kapitana, czy mają zawiadomić pasażerów o awarii samolotu. Jednak kapitan Zygmunt Pawlaczyk zdecydował, by nie mówić ludziom o tym, jak groźna jest sytuacja. Zapewne bał się, że na pokładzie wybuchnie panika. Dopiero na dziesięć minut przed katastrofą mówił do stewardes: „No, będziemy przygotowani, przygotowani wszyscy do awaryjnego... opuszczenia. Wszystkie czynności tak jak powinno być, a wy wszędzie tam, gdzie powinniście być” i „Nie denerwuj się, Marysiu! Wszystko będzie w porządku!”. Rosjanie upierali się przy winie pilotów

Zawracając znad Grudziądza, piloci zastanawiali się, czy nie lądować w Modlinie lub Gdańsku-Rębiechowie. Zdecydowali jednak, że wrócą do Warszawy, ponieważ port na Okęciu mógł zapewnić najsprawniejsze służby ratownicze: straż pożarną, lekarzy itp.

Piloci „Kościuszki” walczyli do końca i do końca zachowali zimną krew. Mieszkańcy Kabat wierzą, że ostatnim wysiłkiem skierowali samolot na las, by ominąć domy. Specjaliści twierdzą, że trudno dociec, jak było naprawdę. Przecież urządzenia w maszynie praktycznie nie działały. Komisja dochodząca przyczyn katastrofy samolotu uznała wszystkie decyzje załogi „Kościuszki” za słuszne. Niestety, radzieccy specjaliści uparcie przekonywali, że samolot nie miał konstrukcyjnej usterki, a winni są piloci. – Kiedy powstał raport z naszych prac, po jakimś czasie Rosjanie musieli w końcu przyznać, że mamy rację. Ale szło im to opornie – wspomina płk Milkiewicz.Iły-62M zniknęły z LOT-u na przełomie lat 80. i 90. Nigdy wcześniej ani nigdy później w Polsce nie było katastrofy lotniczej na taką skalę. – Od tamtego czasu technika poszła znacznie naprzód. Nie chodzi nawet o samą konstrukcję samolotów, ale o elektronikę i automatykę, w które są wyposażone. Moim zdaniem, różnica pod tym względem między maszynami radzieckimi a zachodnimi jest ogromna – mówi kpt. Tomasz Smolicz, który latał na Iłach-62M, między innymi na „Kościuszce”. – Dziś nie trzeba się już raczej bać katastrofy – dodaje.

Rodziny tych, którzy zginęli, a także ludzie, dla których ofiary były obce, do dziś pamiętają dramat pasażerów i załogi „Kościuszki”. W Lesie Kabackim, w miejscu, gdzie spadła maszyna, stoi krzyż i tablica z nazwiskami wszystkich ofiar. Co roku 9 maja odbywają się tam msze w intencji zmarłych. Tak też będzie i w tym roku.

__Archiwum__