Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Włodek o trzech twarzach

Piotr Szymaniak 19-03-2009, ostatnia aktualizacja 26-03-2009 21:37

Po co wjeżdżać windą na 30. piętro Pałacu Kultury, skoro można się wdrapać na komin elektrociepłowni, a zamiast po galerii handlowej można buszować w opuszczonych fabrykach?

Włodek  Dembowski dla wielu wygląda dziwnie. Oni  dla niego też... Potrafi  zaprowadzić warszawiaków w miejsca dla większości niedostępne.  A w dodatku jest uwielbianym przez pacjentów  wolontariuszem w ośrodku  dla osób  dotkniętych  autyzmem
autor: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Włodek Dembowski dla wielu wygląda dziwnie. Oni dla niego też... Potrafi zaprowadzić warszawiaków w miejsca dla większości niedostępne. A w dodatku jest uwielbianym przez pacjentów wolontariuszem w ośrodku dla osób dotkniętych autyzmem
autor: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

Najważniejsze to tak iść przez życie, żeby mieć zawsze alternatywę – mówi nam Włodek Dembowski, twórca Warszawskiej Turystyki Ekstremalnej i... człowiek orkiestra.

Wydawać by się mogło, że rzeczywistość wolskiego Ulrychowa, na którym Włodek Dembowski się wychowywał i na którym po dziś dzień mieszka, za wiele wolnego wyboru nie pozostawia. – Teraz okolica się cywilizuje, robi się miasto. Ale kiedyś to była enklawa. Gdy przyjechała policja uciszać kibiców, którzy po meczu robili jakieś zadymy, to im radiowóz wywrócili i tyle – przytacza Włodek.

Jak to zwykle w takich miejscach bywa, innych się nie toleruje. A Włodek już na pierwszy rzut oka wygląda inaczej: długie włosy, broda, czapka uszatka i śmieszne kolorowe spodnie, do tego jakieś dziwne buty. – W młodości, gdy mnie chłopaki z dzielnicy widzieli, to ganiali za ten nietypowy wygląd, a to mi dredy chcieli podpalić, a to łomot spuścić.

Ale on był konsekwentny i tym uporem zaskarbił sobie szacunek. Choć do tej pory na dzielnicy nie lubią skrzywień, to Włodka każdy zna i czuje do niego respekt. I taksówkarze, i dresiarze, i policjanci, i lokalne opryszki. Bo on to chłopak z Woli pełną gębą (choć urodzony na Bielanach, ale – jak mówi – nikt nie jest doskonały).

WTE brzmi lepiej

Teraz Włodek, niektórym lepiej znany jako „Paprodziad” z zespołu Łąki Łan, ma trzy pasje: muzykę, pracę z ludźmi chorymi na autyzm i turystykę ekstremalną. Warszawską Turystykę Ekstremalną. W jej ramach od czasu do czasu organizuje wypady do miejsc, które do zwiedzania udostępnione raczej nie są, co nie znaczy, że nie są warte zobaczenia.

– Stare, opuszczone fabryki, jak np. zakłady Róży Luksemburg – które, obok starych tuneli metra w Paryżu, znalazły się nawet na liście siedmiu opuszczonych cudów świata – cmentarze, stare szkoły, tunel średnicowy czy Fort Bema. To miejsca, które odwiedzam razem z uczestnikami WTE – mówi. – To miasto jest pełne niesamowitych miejsc, piwnic, dachów, strychów czy tuneli.

Wystarczy tylko się ruszyć.

Pasje podróżnika zaszczepił mu ojciec, który od dzieciństwa brał go do lasu na Kole, by pokazywać chłopcu lisie nory, czy na cmentarz Wolski karmić sikorki. – Później, gdy już mogłem samodzielnie poruszać się po dzielnicy, ciągnęło mnie właśnie do miejsc, gdzie nie ma ludzi – opowiada.

– W podstawówce mieliśmy taką grupę Cynk Ćwiczenie. Ktoś rzucał cynk, czyli jakieś ćwiczenie do wykonania, i trzeba było to zrobić. Coś jak parkour, ale wtedy nie wiedzieliśmy, że coś takiego w ogóle istnieje.Zamiast bawić się na placu zabaw, Włodek pakował się więc na dach śmietnika albo jeszcze lepiej – podpalał, by móc pobawić się w strażaka i ugasić ogień.

A w miarę jak dorastał, penetrował kolejne miejskie przestrzenie. Z tych doświadczeń zrodziła się WTE. Na swoje wypady zapraszał znajomych, aż w którymś momencie ktoś zasugerował, by zaczął organizować wycieczki. – Jak napisałem o tym na blogu, to zjawiło się ok. 30 osób. Na kolejnym spotkaniu pojawiali się już ludzie z kamerami, którzy zaczęli kręcić amatorski film. Miało to się nazywać WTA (Warszawska Turystyka Andergrandowa) ale kolega, który ten film montował, stwierdził, że „ekstremalna” brzmi lepiej. I tak już zostało.

Teraz na niektóre wypady przychodzi nawet 60 osób. To najczęściej znajomi, ale są też tacy, którzy dowiedzieli się o WTE z sieci. Atmosfera jest tak przyjazna, że trudno ocenić, kto jest na WTE pierwszy raz, a kto jest weteranem.

Ostatni wypad zorganizowaliśmy do budynku jednej z nieczynnych szkół. „Zwiedzanie” dogadane jest z ochroniarzem, dla którego robiona jest zrzutka. W piwnicach na ścianach powywieszane są zdjęcia i grafiki. Można wejść na dach, skąd rozciąga się widok na okolicę, lub na zdewastowanej sali gimnastycznej zagrać w piłkę. To, że gra się wśród tynku i potłuczonego szkła, nikomu nie przeszkadza. Liczy się zabawa.Kto może wziąć udział we WTE? Każdy. – To nie jest przedsięwzięcie komercyjne. Z założenia ma poetycko-punkowy charakter – wyjaśnia Dembowski. – Jeśli pojawią się jakieś pieniądze, to będzie oznaczało koniec WTE.

Trójkąt „bergamudzki”

W słowniku Włodka słowo „normalność” ma pejoratywne znaczenie. Normalna jest np. praca od godz. 8 do 16, oglądanie potem telewizji i robienie zakupów w centrum handlowym. Nuda.

– Imałem się rozmaitych zajęć, legalnych i mniej legalnych. Nazbierało się tego z 40 różnych prac. Od przeprowadzek po sadzenie kwiatków w Miejskim Przedsiębiorstwie Robót Ogrodniczych. Każde zajęcie coś mi dało, jakoś wzbogaciło – opowiada. Miał zostać aktorem, potem trochę studiował (m.in. filozofię), aż upomniało się o niego wojsko.

– Nie to, że nie chciałem iść, ja wszędzie chcę iść – zarzeka się. Ale wtedy grałem już koncerty z Łąki Łanem, robiłem WTE, a w wojsku za często urlopów bym nie dostawał. Więc pozostała mi służba zastępcza.

Na komisji trzeba podać jakieś motywy filozoficzne lub religijne, które uniemożliwiałyby służbę ojczyźnie. Włodek takowych nie miał, więc wypalił, że „chlać i ćpać to już umie, bo się nauczył na osiedlu”, a jak się nie zgodzą na służbę zastępczą, to on wyjedzie do Barcelony i wojska nie odsłuży. I tak trafił do ośrodka zajmującego się chorymi na autyzm.– Zawsze ciągnęło mnie do różnego rodzaju „wyczesów”. Miałem np. taką sąsiadkę fiśniętą. Godzinami mogłem słuchać jej pokręconych historii. A autystycy są naturalni, nigdy nie udają – opowiada Włodek.

Służba zastępcza skończyła się pół roku temu, ale Dembowski został w ośrodku jako wolontariusz. Jeździ na Służew dwa razy w tygodniu. – Można tam nabrać pokory do życia i dystansu do rzeczywistości. Praca z nimi, WTE i muzyka tworzą taki mój trójkąt „bergamudzki”, jak to nazywam.

Dzięki temu mam znikomy kontakt z normalnym światem. Gdy oglądam wiadomości, wszystko jest takie dziwne i odległe, że czuję się tak, jakbym film oglądał.Co najważniejsze – sprawdza się. Podopieczni go uwielbiają, rodzice i terapeuci są nim zachwyceni. Niektórzy przychodzą nawet na WTE.

Na zielony łąki łan

Trzecią pasją Włodka jest muzyka. Jest wokalistą w zwariowanej stołecznej kapeli Łąki Łan. W czasach, gdy zespół szukał wokalisty, na próby przychodzili różni ludzie. W tym czasie Włodek chwytał mikrofon i wrzeszczał swoje teksty. No i przy tym mikrofonie został, a z jednego z tekstów zrodziła się nazwa zespołu – „Wyjścia plan z między ścian na zielony łąki łan”. Tekst charakterystyczny dla idei WTE zdefiniował też stylistykę, w jakiej obraca się zespół.

Muzycy występują na scenie poprzebierani za owady i grają funkowo-punkową energetyczną mieszankę. Niebawem wydadzą drugą płytę. – A tak naprawdę pierwszą, bo ta debiutancka to była straszna partyzantka. Nagraliśmy ją w jakieś trzy dni. Brzmienie fatalne, nic dziwnego, że szybko przepadła – wspomina „Paprodziad”. Choć album „Łąki Łan” z 2005 roku pozostaje na razie jedyną fonograficzną pamiątką po zespole, to zupełnie nie oddaje tego, co prezentują na żywo. Teraz ma się to zmienić. Bo zawsze jest jakaś alternatywa.

Życie Warszawy