Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Nazywam się Konrad Kulik

Janina Blikowska, Piotr Szymaniak 16-04-2009, ostatnia aktualizacja 07-05-2009 19:56

Złamane ostrze szpady w jednej sekundzie przekreśliło szanse na sportowe sukcesy Konrada. To pierwszy w Polsce przypadek śmierci szermierza w trakcie walki.

Góry, narty, biegi, nurkowanie. Ruch był dla Konrada całym życiem. Zbierał autografy sportowców.  Jak mówią jego rodzice, sam rozdał dwa...
źródło: Archiwum Rodzinne
Góry, narty, biegi, nurkowanie. Ruch był dla Konrada całym życiem. Zbierał autografy sportowców. Jak mówią jego rodzice, sam rozdał dwa...
źródło: Archiwum Rodzinne

To nie był pierwszy raz, kiedy walczył ze starszymi od siebie. Szermierzy nie ma zbyt wielu, więc każdy taki sparing to nowe doświadczenie. A to ważne, gdy chce się być najlepszym. Stanęli naprzeciw siebie. Włożyli maski. Konrad – niski, nawet jak na swoje 17 lat, z niewielkim zasięgiem ramion, w dodatku w okularach, co też w walce nie pomaga. Za to leworęczny, co w tym sporcie jest atutem. Ten drugi – ponadczterdziestoletni, doświadczony szpadzista. Z boku mogło to wyglądać na pojedynek Dawida z Goliatem. Zaczęli...

O takich jak Konrad Kulik zwykło się mówić „żywe srebro“. Zawsze się do czegoś spieszył. Całe życie w biegu. Kiedy obrał sobie jakiś cel, konsekwentnie go realizował. Zrywał się codziennie wcześnie rano. Kwadrans przed szóstą, kiedy jego koledzy przekręcali się na drugi bok, on wychodził z domu. O szóstej wskakiwał do basenu.

Pływał przez godzinę zmiennymi stylami, święto nie święto, nie ma, że boli. Tak mu zostało od dzieciństwa, gdy na basen zaprowadził go ojciec. – Spieszno mu było nawet do przyjścia na ten świat, więc jako wcześniak pierwsze problemy miał już na porodówce – mówi Jarosław Kulik, ojciec Konrada. – Wątły, z problemami ze wzrokiem, z kiepską koordynacją... Żeby więc temu zaradzić, postanowiłem zaprowadzić go na pływalnię na Polonię.

Nauczył się pływać na tyle dobrze, że dostał się do klasy pływackiej w podstawówce przy ul. Ciasnej. Kiedy klasę zlikwidowano z braku funduszy, przeniósł się na Szegedyńską. Tam trenowano najpierw dwubój (bieganie i pływanie), później doszło też strzelanie i szermierka. – Jego pierwszą trenerką była pani Monika Maciejewska – wspomina mama Konrada. – To ona zachęciła syna do szpady. A kiedy Konrad się do czegoś zapalił, to wchodził w to na całego.

Szli łeb w łeb, punkt za punkt. Konrad był skoncentrowany, za dwa tygodnie miał jechać na kolejne zawody. Aparat rejestrujący trafienia zapalał się to po jednej, to po drugiej stronie planszy. Było 4:4, kiedy jeden i drugi wyprowadzali natarcie...

Z powodu problemów ze wzrokiem kiepsko szło mu strzelanie. Za to coraz ważniejsza stawała się szpada. Pod koniec gimnazjum postanowił, że zajmie się tylko szermierką. Zaczął trenować na AWF-ie. – Jak pojawił się u mnie na pierwszym treningu, to była tragedia – wspomina Wojciech Adamczewski, trener Konrada. – Każde wyprowadzone przez niego pchnięcie trafiało w próżnię. Źle układał rękę, nieprawidłowo trzymał broń, nie mógł mnie trafić. Ale się nie załamał. Spróbował jeszcze raz i wtedy mu się udało.

Adamczewski zgodził się go przyjąć, mimo że poprawianie złych nawyków jest o wiele trudniejsze niż praca od początku. – Wiedziałem, że będzie to wymagało setek godzin pracy, ale ja lubię zawodników, którzy bardzo czegoś chcą, szczególnie gdy są leworęczni i mają jeszcze trochę oleju w głowie – mówi trener.

Konrad był zawzięty. Dość powiedzieć, że przy jego wzroście (175 cm) dostał się do szkolnej reprezentacji w koszykówce. – Miał podobne parametry do Piotra Necza, byłego mistrza Europy. By zniwelować niewielki zasięg ramion, zacząłem z Konradem trenować taki intelektualny, techniczny rodzaj szermierki. Niektóre ćwiczenia doprowadzaliśmy do perfekcji, powtarzając je po kilkadziesiąt tysięcy razy – opowiada Adamczewski. – Takich zawodników podczas mojej 39-letniej kariery trenerskiej miałem kilku. Kończyli nawet z medalami olimpijskimi. On też mógł...

Na pytanie o wynik, jaki chce osiągnąć na zawodach, zawsze miał tylko jedną odpowiedź – chcę wygrać. Choć zanim pojawiły się te pierwsze sukcesy, musiał wylać hektolitry potu na treningach, basenie, podczas biegów czy jazdy na rowerze. – Wystarczyło, że uwierzył, iż może przenieść górę, a od razu się do tego zabierał – mówi ojciec chłopaka.

Konrad odsłania przedramię, by sprowokować przeciwnika. Ćwiczył często takie zagranie. Odkrycie – wykonanie zasłony i natychmiast wyprowadzenie pchnięcia do przodu. Nie zdążył. Klinga trafia w rękę i łamie się. Wszystko dzieje się w zwarciu. Gdy Konrad podnosi rękę, zaostrzona teraz szpada przeciwnika przebija rękaw i wbija się w ciało. Konrad upada...

Na spotkanie z nami rodzice Konrada przynoszą zdjęcia. Wygląda jeszcze bardzo dziecinnie. Na nartach. – Czy państwo uwierzą, że on nawet po zejściu ze stoku szedł biegać? – pyta ojciec. Tu podczas nurkowania. – Zaliczył 70 zejść pod wodę. Instruktor nazywał go Mister Army – uśmiecha się matka.

Tu w stroju szermierza, gdzie indziej z piłką. – Był łowcą autografów. Nazbierało się tego cztery klasery. Wysyłał e-malie i listy do klubów z różnych części świata z prośbami o autografy. Do tej pory jeszcze przychodzą. Tamtego dnia zadzwonił do męża, że Legia gra sparing z Olimpią Elbląg. Był bardzo zadowolony, gdy udało mu się dorwać Iwańskiego, Rybusa i Magierę. Potem wsiadł na rower i pojechał na trening...

Telefon zadzwonił przed godz. 21. Na komórce wyświetliło się, że to Konrad, ale w słuchawce odezwał się głos trenera Adamczewskiego. – Wyjechaliśmy właściwie tak, jak staliśmy. Po dziesięciu minutach byliśmy już na miejscu. Karetka właśnie odjeżdżała z naszym synem do Szpitala Bielańskiego.

– Nic mi nie jest, tylko trochę boli – mówi Konrad i wstaje. Ale oddycha coraz ciężej i po chwili upada. Podbiega trener i zaczyna akcję ratunkową. Jak się później okaże, szpada wbiła się na głębokość 45 cm. Ale na ciele Konrada nie było śladu krwi. Dopiero po chwili zaczyna pluć krwią. Gdy zabiera go wreszcie karetka, jest przytomny, ma wyczuwalny puls i oddycha. Jeszcze w ambulansie na zadane przez lekarza pytanie odpowiada: Nazywam się Konrad Kulik. Być może to były jego ostatnie słowa...

To pierwsza śmierć szermierza w Polsce. Wcześniej zdarzały się wypadki, ale żaden nie miał tak tragicznych konsekwencji. Na ironię zakrawa fakt, że Konrad zginął, mimo że ćwiczył w atestowanym kombinezonie i używał atestowanego sprzętu. Jego strój miał wytrzymałość 800 N, wielu jego kolegów, nawet na zawodach, używało strojów o znacznie gorszych parametrach.

Śmierć Konrada zmusiła też do działania Polski Związek Szermierczy. – Do tej pory żaden z kolejnych zarządów PZS nie wydał pisma, w którym byłyby określone wymagania co do sprzętu, jaki jest dopuszczony do użytku – grzmi Adamczewski. – Dopiero po śmierci Konrada związek w oświadczeniu „przypomina”, że zawodnicy muszą ćwiczyć w atestowanych strojach o odporności co najmniej 800 niutonów (maska 1600 N) i używać atestowanej broni. Wynika z tego, że do 15 marca można było walczyć w strojach uszytych nawet z prześcieradła – dodaje.

– Przepisy o tych strojach obowiązywały od 100 lat, chodzi o to, by je egzekwować – ripostuje Jacek Bierkowski, prezes związku. Andrzej, feralny partner z tamtego wieczora, nie chciał z nami rozmawiać. Bardzo przeżył śmierć Konrada. Po wypadku sprowadził psychologa dla kolegów, którzy byli na tym treningu. Na spotkanie oprócz szermierzy przyszli prawie wszyscy uczniowie z klas Konrada w gimnazjum i liceum. Pomagał przy załatwieniu grobu na Powązkach.

Żoliborska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie śmierci młodego zawodnika. To na jej zlecenie przeprowadzono sekcję zwłok Konrada. Choć od tamtego piątkowego wieczoru minęło już dziesięć tygodni, do dziś nie ma jej wyników. – Postępowanie jest w toku. Na razie nikt nie usłyszał zarzutów – mówi Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury. Konrad pochowany został w stroju szermierza. W przyszłym roku 15 – numer Konrada w dzienniku szkolnym – zostanie pusty. AWF zorganizuje memoriał jego pamięci.

Życie Warszawy