r e k l a m a

Lwów w 18 godzin

Piotr Szymaniak 25-06-2009, ostatnia aktualizacja 09-07-2009 21:35

Weekendowy wypad poza miasto nie musi oznaczać grillowania na działce pod Warszawą. Jak wyjechać za granicę bez konieczności proszenia szefa o urlop? Najlepiej wsiąść do pociągu do... Lwowa.

autor: Magda Starowieyska
źródło: Fotorzepa
autor: Magda Starowieyska
źródło: Fotorzepa
autor: Magda Starowieyska
źródło: Fotorzepa

Dlaczego akurat tam? Bo jest blisko, pięknie, tanio i sentymentalnie. Jeśli kogoś te argumenty nie przekonały, dodajmy jeszcze: nie trzeba znać żadnego obcego języka, a rosyjskim wręcz chwalić się nie należy.

Najwygodniej do Lwowa dostać się pociągiem. Właśnie PKP InterCity uruchomiło nowe połączenie relacji Wrocław – Kraków – Lwów. Pociąg z wagonami sypialnymi, który odjeżdża z Krakowa późnym wieczorem we Lwowie jest o szóstej rano. Z powrotem odjeżdża minutę przed północą: mamy więc 18 godzin na zwiedzanie i zabawę. I na hotelu oszczędzamy. Wyjeżdżając z Warszawy w piątek po południu, we Lwowie spędzamy całą sobotę, a już w niedzielę o świcie jesteśmy w Krakowie.

No to w drogę!

Ekspres do Krakowa odjeżdża z Dworca Centralnego o 17.15 lub o 19.12. Wybierając opcję pierwszą, mamy jeszcze czas, by wyskoczyć na krakowski rynek. Jadąc późniejszym pociągiem, przyjeżdżamy 20 minut przed odjazdem pociągu do Lwowa, który wyrusza o 22.39. Jest to opcja ryzykowna – PKP to nie skrót od Punktualne Koleje Państwowe. Dlatego może warto być jeszcze wcześniej. I taniej. Uruchomiony przedwczoraj „Krakus” (godz. 16.15) ma pulę biletów po 19 zł.

Z Krakowa do Lwowa już tak tanio nie jest. Trzeba wysupłać 19,90 euro (ok. 90 zł). Do tego najtańsza miejscówka w trzyosobowym przedziale kosztuje 14 euro (w dwuosobowym – 24 euro, a w jedno- lub dwuosobowym, ale z prysznicem 48 euro). Śpiąc lub nie, w wygodnych przedziałach nawet nie zauważamy, kiedy wagony zostały przestawione na szerokie tory. To dzięki chlubie polskich inżynierów – systemowi SUV 2000 – zmiana odbywa się niemal bezszelestnie. Z jednej strony pozbawia wrażeń związanych z podnoszeniem wagonu, z drugiej czas podróży skraca się dzięki temu o półtorej godziny.

Tramwaj albo taxi

Do Lwowa docieramy o świcie. Na dworcu jest już wielu podróżnych, otwarte są kioski i kantor. Choć Polskę czuć tu na każdym kroku, nigdzie nie zapłacimy złotówkami. W dworcowym kantorze hrywny mają gorszy kurs niż w centrum, dlatego nie warto wymieniać od razu wszystkich pieniędzy. Spod dworca do centrum można się dostać tramwajem linii 1 lub 6. Bilet kosztuje 1 hrywnę (ok. 50 groszy). Warto, bo zza okien można podziwiać kamienice ciasno oplatające wąskie uliczki.

O wiele droższe są taksówki. Zazwyczaj z przyciemnionymi szybami, niespecjalnie, poza kogutem z napisem „taxi”, oznakowane. Na rynek dojedziemy spod dworca za 30 hrywien, a na Cmentarz Łyczakowski za 40. Taksówkarze pomocni są w znalezieniu noclegu. – Najlepsza jest oczywiście u mnie – przekonuje pan Roman z Lviv Taxi. – Wynajmę wam całe mieszkanie. Tylko 200 hrywien za dobę – zachęca.

Paintball przy cmentarzu

Najpierw wybieramy się na Cmentarz Orląt. Podróż z dworca zajmie tramwajem ponad pół godziny (z przesiadką). Otwarty od godz. 9, więc pod drodze można jeszcze zjeść śniadanie. Spacerując pomiędzy setkami maleńkich białych krzyży, dębiejemy, gdy z pobliskiego boiska dobiegają serie z karabinu i śmiechy. Tuż za cmentarnym płotem, poniżej, grają... w paintballa.

Sam Lwów robi wrażenie. Mało ucierpiał w czasie wojny. Bez uszczerbku wyszedł z niej choćby pomnik Mickiewicza, który stanowi teraz dla Polaków jedną z głównych atrakcji miasta.

Spacerując pomiędzy XIX-wiecznymi kamienicami, ma się wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Olbrzymie gmachy Opery czy Akademii Medycznej wyróżniają się, ale nie przytłaczają sąsiedniej architektury. Zwłaszcza że coraz więcej kamienic jest odrestaurowanych.

W pasie zieleni, pomiędzy główną aleją Swobody, na ławkach emeryci grają w domino, warcaby i szachy, dzieci krzyczą, pędząc małymi samochodzikami. Na znajdującym się kilka uliczek dalej targu handlarze namawiają do kupna starych książek, ludowych zabawek czy tradycyjnie haftowanych koszul. Dwa kroki dalej ciszę panującą w cieniu monumentalnej katedry ormiańskiej zakłóca tylko znana z filmu o przygodach Szczepka i Tońka melodia „Tylko we Lwowie”, wygrywana przez niewidomego akordeonistę.

Ceny w restauracjach nie są wygórowane. Za obiad zapłacimy ok. 10 – 15 zł. Mocno zabielane zupy, dużo potraw na mące i ziemniakach – ciężkostrawnie, ale smacznie. Warto próbować wszelkiego rodzaju pierożków, placków czy wody brzozowej. Piwo w lokalach kosztuje od 4 do 6 zł. Rządzą Lwowskie i popularne na całej Ukrainie piwa pszeniczne. Amatorzy mocniejszych trunków także mają w czym wybierać: wódki pieprzowe, miodowe, brzozowe. Wiele lokali serwuje alkohol wyrabiany na miejscu.

Lwów to miasto barwnych targowisk i setek kawiarenek. Nieraz bardzo osobliwych. Możemy się zdziwić, gdy w knajpie o nazwie Krykówka barczysty osobnik w mundurze spyta nas o to, czy nie ma z nami Moskali lub Żydów. Choć miejsce stylizowane jest na schron UPA, na ścianach widnieją antyrosyjskie napisy, a biesiaduje się wśród karabinów i łusek po nabojach, jest to raczej chwyt marketingowy niż lustro politycznych przekonań właścicieli.

Z kolei w Knajpie Żydowskiej w menu nie ma cen. Po konsumpcji negocjuje się je z obsługą. Warto.

Warto też tu jeszcze wrócić. Choćby na kolejnych 18 godzin.

Życie Warszawy