Warszawianki na końcu świata
Każdą zaoszczędzoną złotówkę i wszystkie wolne dni poświęcają na podróże. Pociągiem, autobusem, stopem. Najtaniej i najciekawiej, jak się da. Cztery warszawianki opowiadają o tym, jak zdobywać świat na własną rękę.
Backpacking to aktywna forma spędzania wakacji z założeniem: podróżujemy jak najtaniej. W małych grupach lub samotnie, bez zbędnych wygód, ale też bliżej mieszkańców i kultury odwiedzanego kraju. Wydawałoby się, że to męski sport. Nic bardziej mylnego.
Kasia Wrona, Dominika Zielińska, Ania Cymerman i Kasia Jusis przejechały w ten sposób dziesiątki tysięcy kilometrów. Przygodami i doświadczeniami postanowiły podzielić się z innymi warszawiankami podczas warsztatów w kawiarni Sere-nissima.
Same z przymusu
Kasia Wrona, zawsze miła, otwarta, uśmiechnięta. Już w liceum jeździła autostopem. Gdzie się da. Tak przemierzyła cały Stary Kontynent. Szybko okazało się, że to za mało.
– Europa wszędzie wydaje się taka sama, różnice są dyskretne. Wyjechałam więc do południowej Afryki, tam wreszcie poczułam odmienność kulturową. Bo z podróżami to jest tak, że im dalej się jedzie, tym bardziej człowieka pcha w świat i nie może usiedzieć na miejscu – przyznaje. Odwiedziła więc RPA, Lesotho, Swaziland i Mozambik.Na szlaku nie mniej sympatycznej Dominiki Zielińskiej znalazły się m.in. Indie, Indonezja i Chiny.
– Najpierw do Indii pojechała moja siostra, potem koleżanka, więc stwierdziłam, że też pojadę. Był to pierwszy taki wyjazd, byłam bardzo podekscytowana, chłonęłam wszystko – wspomina młoda podróżniczka i dodaje jeszcze, że na początku trochę się bała. – Przed wyjazdem wszyscy znajomi opowiadali, jak niebezpieczne są takie wyjazdy. Kogo zgwałcili. Pytali też, czy na pewno wiem, co robię...
Najtrudniej było jej oswoić się z tym, że jako samotna biała turystka na szlaku była traktowana inaczej. Przede wszystkim to ona stanowiła atrakcję dla hindusów. – Oni nie czytali o Europejkach w przewodniku i nie spodziewali się mnie – wyjaśnia. Oczywiście raz na jakiś czas zdarzał się mężczyzna, który gwizdał, próbował ją molestować. Szybko nauczyła się, jak stawiać takim intruzom stanowczy odpór. Ania Cymerman i Kasia Jusis wspólnie podróżowały przez Amerykę Południową. Pierwsza z nich to dusza towarzystwa. Momentalnie potrafi zdominować rozmowę, szybko też ściąga na siebie rozmaite przygody. Kasia natomiast jest spokojna i doskonale równoważy koleżankę. Ich pierwsze spotkanie z backpackingiem okazało się przymusowe. – Celem wyprawy było Maroko. Wyjazd mieli przygotować koledzy z uniwersytetu, chłopcy jednak przestraszyli się, że w grupie będzie aż 16 dziewcząt. Uciekli, zostawiając planowanie na naszych głowach – wspomina Ania. Wyjechały więc wyłącznie w damskim gronie na spotkanie z nieznanym.
Bez gadżetów
Cała czwórka zdaje się być zaprzeczeniem stereotypu kobiety w podróży. Zanim wyjadą, starannie przygotowują bagaż. Nie zabierają nic ponad najzupełniej niezbędne rzeczy. Wiedzą dobrze, że to, co spakują, będą musiały dźwigać na plecach, idąc nieraz kilka, a nawet kilkanaście kilometrów. Zazwyczaj zresztą w upale.
– Dobrze, żeby plecak ważył maksymalnie 12 kilogramów – mówi jedna z nich, druga zaraz wtrąca się w rozmowę, wykrzykując „dziesięć!”, trzecia zaś dodaje ze zrozumieniem. – Tak, te dwa kilogramy zdecydowanie mają znaczenie.
Dlatego w ich zestawie wszystkie ubrania przygotowane są pod kątem klimatu, a nawet konkretnych miejsc. – Koniecznie trzeba mieć buty trekkingowe. Chyba że większość czasu będzie się spędzać, chodząc po miastach, wtedy w zupełności wystarczą odpowiednie sandały. Poza tym buty „czeszki”, klapki pod prysznic. Do tego dwie pary spodni – wylicza Kasia Jusis.
Książka opisująca wyprawy pierwszych kobiet podróżników nosi znamienny tytuł „Krynolinę zostaw w Kairze”. Dla współczesnych backpackerek dziewczyny mają podobną radę, a brzmi ona „Sukienkę zostaw w Warszawie”. – Zwiewne sukienki najczęściej można kupić na miejscu – dodaje Ania. To korzyść podwójna – mniej do dźwigania na wstępie i jedna pamiątka z podróży w zanadrzu.
Piersiówka niezbędna
Wyjazd w egzotyczne miejsca niesie zagrożenia zdrowotne. Dziewczyny nie bagatelizują tematu. Bez ubezpieczenia ani rusz. Obowiązkowo też szczepienia. A przed wyjazdem do Indii czy południowej Afryki także kuracja tabletkami na malarię.
– Niektórzy jadą i nie biorą, bo twierdzą, że im to rozwali żołądek. Ja podczas wyjazdu do Mozambiku brałam lariam. Nie miałam kłopotów z brzuchem, tylko fajne sny – wspomina z uśmiechem Kasia Wrona.Ania sugeruje tańsze rozwiązanie: polskie tabletki za 4,5 zł brane raz na tydzień, równie skuteczne. A przynajmniej tak się jej wydaje, bo jak dotąd żadna z podróżniczek nie doświadczyła malarii na własnej skórze. Inne zabezpieczenia? Na przykład piersiówka. – Obowiązkowo! – jak przyznają wszystkie cztery dziewczyny. Na amebę i inne paskudztwa. Odkażanie wewnętrzne oraz zewnętrzne.
– Rewelacyjną sprawą są też gaziki odkażające. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy rozetniemy sobie nogę czy rękę w podróży. Koniecznie mydło do mycia na sucho. Warto mieć też tabletki na dolegliwości kobiece, które można złapać w podróży, bo tłumaczenie na migi panu w aptece może być dość kłopotliwe – radzi Dominika.
Dreszczyk emocji
Przed wyjazdem czytają przewodniki i literaturę podróżniczą, starają się poznać kulturę i jak najlepiej przygotować na nadchodzące niespodzianki, bo te, jak przyznają, zawsze się muszą zdarzyć.
– Takie wyjazdy nigdy nie przebiegają zgodnie z planem. Najważniejsze to zachować spokój i dostosować się do nowych sytuacji – mówią zgodnie.Ania Cymerman i Kasia Jusis przeżyły jedną z takich przygód w Indiach właśnie. Wracały popołudniowym lotem z Nepalu, samolot jednak opóźnił się na tyle, że w Dehli wylądowały o godz. 22. Zapobiegliwie wzięły więc taksówkę, by dostać się do dworca, z którego odjechać miał ich pociąg.
– Pan taksówkarz już po dobiciu targu oznajmił nam jednak, że tego dworca nie ma. Zbombardowany. Pytamy go, jak to możliwe, skoro byłyśmy tam niedawno. Taksówkarz jednak uparcie twierdził, że Pakistańczycy obrócili w drzazgi wszystkie stacje w Delhi – wspomina Ania. Przezorny kierowca zawiózł więc dziewczęta do innego dworca: New Delhi. Ale w nocy był on zamknięty.
Podróżniczki poprosiły więc o zawiezienie do dzielnicy hosteli. Kierowca jednak wywiózł je na przedmieścia do punktu informacji turystycznej. Stamtąd nie było ucieczki. Koledzy taksówkarza wiedzieli już, o co chodzi. Musiały wykupić wycieczkę... I tak zamiast do świętego miasta Waranasi trafiły do nieświętego Dżajpuru.
Kasia Wrona przyznaje, że na szlaku rzeczywiście bywa niebezpiecznie. RPA pod tym względem potrafi zmrozić krew w żyłach, bo to normalne, że ktoś może przyłożyć ci lufę pistoletu do głowy.
– Trzeba być świadomym tego, co się może zdarzyć, na przykład, że możemy zostać okradzeni. Oczywiście napad to już gorsza kategoria. Dlatego na wszelki wypadek zawsze wożę ze sobą taką atrapę portfela, gdzie trzymam drobne sumy – mówi spokojnie Wrona.
Sama przeżyła kradzież podczas spaceru ulicą jednej z miejscowości w Mozambiku. – Nagle nie mogę iść. Okazuje się, że jeden człowiek trzyma mnie za jedną rękę, drugi za drugą, a trzeci obmacuje po kieszeniach. Nic tam nie było oprócz kanapki, którą panowie zabrali.
Kasia Jusis mniej zabawną przygodę przeżyła na Madagaskarze. Straciła pieniądze i dokumenty wraz z całym bagażem. Plecak zniknął z auta w czasie jednego z postojów. Mimo wszczętej awantury, interwencji na policji, musiała udać się do ambasady Francji – jedynej placówki dyplomatycznej w pobliżu – i wrócić do Polski z wyrobionym tam paszportem zastępczym.
Za garść Daha
Z podróży dziewczyny przywożą jednak także i wesołe wspomnienia. Kasia Wrona wspomina dwie sytuacje z Lesotho. Zwiedzała je z miejscowym przewodnikiem. Sympatyczny Afrykanin zaprosił ją z resztą grupy do domu na nocleg. To było miłe wyróżnienie, rodzina bardzo się ucieszyła, przewodnik postawił tylko jeden warunek. Kasia musi upiec chleb. Dziewczyna nie miała zielonego pojęcia, jak to zrobić.
Wyrabiała tradycyjny chleb niemal do pierwszej w nocy. – Rano przewodnik, jego żona, dzieci, wnuki i my zasiedliśmy do śniadania i był to chyba najsmaczniejszy posiłek w moim życiu, choć składał się wyłącznie z wyrobionego przeze mnie pieczywa i herbaty – opowiada.
Druga przygoda miała miejsce w jednej z górskich wiosek. Podróżniczka dotarła tam późną nocą, poszła spać w chacie wskazanej przez mieszkańców. Wnętrze wypełniały dziesiątki wielkich worków, najpewniej z paszą lub kukurydzą – tak przynajmniej sądziła dziewczyna. Rano zapytała gospodyni, co tam jest. To Daha – wyjaśniła kobieta. – Zapytała, czy nie chcę trochę, a ja myśląc, że to jakieś ziarna, nadstawiłam ręce. Patrzę, a ona wyciąga dwie garści marihuany – wspomina rozbawiona Kasia.
Opowieści o wyprawach w dalekie kraje rozbudzają wyobraźnię. Podczas warsztatów dla kobiet w kawiarni Serenissima przy Chmielnej słuchało ich ponad 150 uczestniczek. – Jestem 60-letnią dziewczyną i chcę ruszyć na koniec świata – zadeklarowała jedna z nich. Inne dwie emerytki, zamiast pójść w przerwie na malowanie henną dłoni, na gorąco planowały podróż dookoła świata. A co, należy im się!
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.



DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook