Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Ostatnia ofiara Krwawego Feliksa

Maciej Miłosz 12-11-2009, ostatnia aktualizacja 26-11-2009 20:02

„Nazywam się Emil Barchański. 6 czerwca 1982 r. skończę 17 lat. 13 grudnia 1981 r. dla milionów Polaków był potężnym ciosem w tył głowy. Jedni, upadłszy, zostali pojmani, inni jedynie się skulili (...). Ja należę do tych, którzy próbują stawiać kroki do przodu nawet w trudnej pozycji, w kuckach” – to fragment wspomnień, których większa część zaginęła. Emil 17. urodzin nie dożył.

*Klasa 5b. Szkoła Podstawowa nr 233. Emil z gwiazdą  szeryfa
źródło: archiwum prywatne
*Klasa 5b. Szkoła Podstawowa nr 233. Emil z gwiazdą szeryfa
*Emil w 1981 roku
źródło: archiwum prywatne
*Emil w 1981 roku

On był intelektualistą. Ciągle czytał książki, uwielbiał historię. Chciał opowiadać proste historyjki o ludziach. Tak jak ja chciał być reżyserem filmowym – wspomina Małgorzata Imielska, która chodziła do tej samej szkoły, a na Scenie Faktu Teatru Telewizji zrealizowała „Sprawę Emila B.”.

Barchański był uczniem Liceum im. Mikołaja Reja. Od 1980 r. Jak mówi jego matka, to właśnie tam, pod wpływem jednej z nauczycielek, zradykalizował się jego światopogląd. – Przynosił ze szkoły wiele informacji na temat nowo powstałego Związku („Solidarności” – przyp. red.). Czasami wiedział więcej ode mnie i od męża, chociaż my też mieliśmy kontakt z ludźmi z opozycji – wyjaśnia we wspomnieniach opublikowanych w „Karcie” Krystyna Barchańska.

Mołotow w butelce po ptysiu

Skąd wziął się pomysł ataku na pomnik Dzierżyńskiego?

– Dziś wydaje mi się, że Emil na to wpadł. Inspiracją był wcześniejszy zamach po zamknięciu tygodnika „Po Prostu”. Wtedy ręce Feliksa pomalowano czerwoną farbą – opowiada dowodzący całą akcją Artur Leon Nieszczerzewicz. – Chcieliśmy jakoś zaprotestować, pokazać swój sprzeciw wobec systemu. Jednym z pomysłów było ostrzelanie gmachu KC koktajlami Mołotowa z katapulty. Szukaliśmy już nawet odpowiedniego dachu do jej umiejscowienia, ale jakoś to rozeszło się po kościach – dodaje.

Atak przeprowadzili 10 lutego 1982 r. Po godz. 17 już było ciemno. Najpierw poleciały butelki z farbą. Białą i czerwoną. Drukarską, niezmywalną, z Holandii. Potem pełne benzyny, pękate flaszki po ptysiu. Na koniec dwa koktajle Mołotowa trzymane w pudełkach kartonowych po alkoholu. Mieli uciekać ulicą Corazziego. – Tam był taki wąski przesmyk, obok od zawsze budowanego Błękitnego Wieżowca. I w tym miejscu miałem rzucić kolejny koktajl Mołotowa, by odciąć pogoń – tłumaczy Nieszczerzewicz, który nosił pseudonim Prut.

Cała akcja była drobiazgowo zaplanowana. „Piłsudczycy” – bo tak samych siebie nazywali – mówili do siebie tylko pseudonimami. Do dziś nazwiska trzech z pięciu członków „zamachu” są nieznane. Jednego z nich – Marka Marciniaka – „Prut” zwerbował w kolejce do popularnego kiedyś lokalu Iglo na Nowym Świecie. Kontaktowali się przez kartki przyklejone plastrem do spodu ławki w kościele św. Anny. Drugi albo trzeci rząd od końca po prawej stronie. Na wzór AK operowali „piątkami”, nikt nie znał zbyt wielu członków organizacji. Rzuty butelkami do celu ćwiczyli nad Wisłą. – Pamiętam, że wszystko stanęło. Ludzie, samochody, autobusy – wspomina akcję „Prut”. – Stałem pod palącym się pomnikiem. Z domowej roboty kominiarką na twarzy i biało-czerwoną opaską na ramieniu. Później biegłem po pasach na drugą stronę ulicy. Byłem tak wyszkolony, że nawet w takim momencie wybrałem pasy!

Emil miał dokumentować akcję i sprawdzić, czy wszystkim udało się uciec. Marciniakowi się nie udało. Został zatrzymany w dramatycznych okolicznościach, przygwożdżony samochodem do ściany. Już miał przeskakiwać przez płot, za którym byłby bezpieczny. Siedział kilka miesięcy, był torturowany. Nikogo nie wydał. Po akcji spiskowcy unikali wzajemnych kontaktów.

Wracaj albo skacz!

Trzy tygodnie po akcji, Emil udał się na „robotę”. – 1 marca 1982 r. rano, około godziny 9, do moich drzwi ktoś zadzwonił. Przede mną stał chłopiec, którego widziałam po raz pierwszy. Przedstawił się, że jest od ciotki Kryśki z Wałowej i nazywa się Krzysztof Kownas. Powiedział, że przychodzi, aby w imieniu Emila zawiadomić, iż nie ma go w szkole, bo poszedł „na robotę” i będzie w domu dopiero za trzy dni – relacjonuje Krystyna Barchańska. Kownas był kolegą Szymona Pochwalskiego, z którym Emil miał drukować bibułę Adama Michnika „Będę krzyczał”.

Drukarnia mieściła się na 13. piętrze wieżowca przy rogu ulic Kijowskiej i Targowej. Owego trzeciego dnia w mieszkaniu pojawili się funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. „Upewniwszy się, że to ktoś dobija się do drzwi, po sekundzie wahania dostałem się na balkon. Tak jak stałem, zacząłem przeskakiwać z balkonu na balkon, wciąż jednak na tym samym poziomie. Na którymś z nich przykucnąłem, trzęsąc się cały, mniej z zimna, a bardziej ze strachu. (...) Wychyliłem się przez barierkę, zerknąłem na tamten balkon i wtedy... »Jest mam go!

Wracaj, bo zastrzelę jak psa! Wracaj albo skacz!« Pistolet gotowy do strzału, przerażający krzyk, okrutne oczy, zdeterminowana twarz” – tak widział to Emil.

Mimo że był niepełnoletni, przez kilka dni przetrzymują go w pałacu Mostowskich. „Przede mną stoi sześciu drabów, każdy pod krawatem, łapy jak moja twarz, metr osiemdziesiąt wzrostu... »Uciekał, skurwiel!« – »A to... jego mać!« Bili, jak popadło. Każdy z nich chciał uderzyć, kopali, bili po twarzy, w żołądek. Ciągłe obelgi, obrażali wszystko, co mogło być dla mnie ważne. W śmiechu któryś wpadał w szał i bił, aż upadnę. W twarz nie kopali, bo »to zostawia ślady«”. Co ciekawe, pełnoletniego Szymona Pochwalskiego, zatrzymanego w tym samym czasie, SB wypuściło już dzień po zatrzymaniu.

17 marca odbyła się rozprawa w sądzie dla nieletnich. Barchański został oskarżony o znieważanie pomnika Dzierżyńskiego, „udział w związku, którego istnienie i działalność miały pozostać tajemnicą wobec organów państwowych” i „sporządzanie w celu rozpowszechnienia nielegalnych wydawnictw”. Dostał dwa lata w zawieszeniu i dozór kuratora.

W zeznaniach Emil winą za atak na pomnik Dzierżyńskiego obciążył Tomka Sokolewicza, którego rozprawa odbyła się 17 maja. Syn Barchańskiej zeznawał jako świadek. Na sali sądowej wielka niespodzianka. Emil twierdził, że jego relacje są nieprawdziwe, bo wymuszone szantażem i biciem. Sędzia prosił o nazwiska tych, którzy wymusili zeznania. – Ci panowie, kiedy biją, nie przedstawiają się, ale jestem gotów w każdej chwili ich rozpoznać – mówił Emil. Czy to drugie zdanie było przyczyną jego śmierci?

Dziwne okoliczności

Oficjalnie zwłoki znaleziono na 500. kilometrze Wisły 5 czerwca 1982 r. – na dzień przed 17. urodzinami. Dokumenty z zakładu medycyny sądowej: „skóra w zakresie twarzy, tułowia i kończyn o zabarwieniu brudnozielonkawoczarnym pozbawiona w wielu miejscach płatami schodzącego naskórka”. Jak Emil znalazł się nad wodą? Trzeciego czerwca pojechał się uczyć nad Wisłę ze swoim znajomym, kilka lat starszym Hubertem Iwanowskim. Zabrali swoje psy. Wieczorem Krystyna Barchańska zaczęła się niepokoić.

– Ok. godz. 21 poszłam do Huberta. Właśnie przed chwilą wrócił. Miał mokre do kolan spodnie, pobrudzone piaskiem. Wręczył mi smycz i obrożę psa, szkolną torbę z książkami syna, jego zegarek, sportową letnią koszulkę i legitymację szkolną. Ze słów Huberta zrozumiałam, że Emil został po godzinie milicyjnej gdzieś tam, na lewym brzegu Wisły, w samych szortach oraz sandałach. (...) Hubert opowiadał to wszystko, patrząc mi spokojnie w oczy. Twierdził, że na przeciwległym brzegu widział jakiś samochód, a przy nim dwoje ludzi. Widział chyba idącego w ich stronę Emila.

Wersje Iwanowskiego potem się jeszcze zmieniały. W filmie dokumentalnym „Poszedłem po słońce” z 1997 r. twierdził, że najpewniej Emil wskoczył do rwącego nurtu za topiącym się psem. Jedno jest pewne. To Iwanowski widział Emila jako ostatni. Dlaczego jego wersja zdarzeń jest mało wiarygodna? Barchański nie znosił wody, miał hydrofobię. Rok wcześniej, w czasie wakacji na Wybrzeżu, ani razu nie wszedł do morza. Nigdy nie chodził na basen. Po wyłowieniu ciało Emila było w kostnicy, ale nie włożono go do chłodni. Ktoś chciał zatrzeć ślady?

Pogrzeb odbył się 16 czerwca. Po stypie Barchańska raz jeszcze poszła do Iwanowskiego. Mówił: „A czy pani chce, by spotkał mnie taki sam los jak pani syna? Ja mam żonę i dziecko. Czy pani chce, abym zapłacił życiem jak Emil? Czy to zwróci pani syna?”.

Epilog

– Jestem przekonana, że Emil Barchański został zamordowany – nie ma wątpliwości wicedyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN Agnieszka Rudzińska.

– Prawdopodobnie jest to związane z tym, że na kolejnych rozprawach miał być poruszany wątek bijących go funkcjonariuszy.

Oprócz dwuznacznej postawy Iwanowskiego niejasna jest także rola Szymona Pochwalskiego, chłopaka, który zorganizował drukowanie bibuły. Dwa tygodnie po pogrzebie wyjechał do Francji. To o tyle zdumiewające, że w czasie stanu wojennego, mimo zatrzymania podczas nielegalnego drukowania, zdobycie paszportu zajęło mu niecały miesiąc. Pochwalski oficjalnie zginął w wypadku we Francji w 1989 r. A jednak człowiek o tym imieniu i nazwisku w 2007 r. był współwłaścicielem firmy produkującej programy telewizyjne.

– Gdy tam dzwoniliśmy, słyszeliśmy, że pan Szymon właśnie wyszedł – uzupełnia Rudzińska. Na stronie internetowej firmy było aktualne zdjęcie Pochwalskiego. Drugim współwłaścicielem był Krzysztof Kownas, ten sam, który powiadomił Krystynę Barchańską, o tym, że Emil poszedł na „robotę”. Po tym, jak kilka osób zaczęło się sprawą interesować, dane z sieci szybko usunięto. Jednak do dziś po wpisaniu w Google „Szymon Pochwalski, film” natkniemy się na nazwę firmy założonej sześć lat po oficjalnej śmierci Pochwalskiego.

W Instytucie Pamięci Narodowej toczy się dziś kolejne postępowanie. – Myślę, że śledztwo uda się zamknąć w ciągu roku – mówi prokurator Mariusz Rębacz. Jak sprawę podsumowuje Imielska? – Nie wiem, czy uda się znaleźć winnych. Pewne jest, że pani Barchańska dużo wycierpiała. Straciła nie tylko syna, ale i wnuki. Powinna teraz chodzić z nimi do piaskownicy, odprowadzać do szkoły. A ona tego nie ma. Zabrano jej radość z tego, co by mogła mieć dzisiaj.

Przy pisaniu korzystałem ze wspomnień Krystyny Barchańskiej zebranych przez Izabelę Górnicką-Zdziech, a wydanych w kwartalniku historycznym „Karta” nr 51.

Dodaj swoją opinię

Życie Warszawy