Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Dom – mówi to panu coś?

Jolanta Gajda-Zadworna 04-11-2010, ostatnia aktualizacja 25-11-2010 19:12

Najbardziej znany i najdłużej realizowany warszawski serial po cichu obchodzi podwójny jubileusz. Właśnie mija 30 lat od jego premiery i dziesięć od zakończenia produkcji. Miasto, którego plenery, historię i mieszkańców w „Domu” sportretowano, o serialu nie pamięta

Marcin Łomnicki przed filmową kamienicą numer 3 przy ul. Marszałkowskiej 45, z ostatnim klapsem serialu
autor: Magda Starowieyska
źródło: Fotorzepa
Marcin Łomnicki przed filmową kamienicą numer 3 przy ul. Marszałkowskiej 45, z ostatnim klapsem serialu
Sąsiedzkie odwiedziny, pośrodku stoją Edmund Wrotek (Jan Englert) i Andrzej Talar (Tomasz Borkowy)
źródło: EAST NEWS
Sąsiedzkie odwiedziny, pośrodku stoją Edmund Wrotek (Jan Englert) i Andrzej Talar (Tomasz Borkowy)
Główny bohater Andrzej Talar (Tomasz Borkowy) na początku warszawskiej opowieści
źródło: EAST NEWS
Główny bohater Andrzej Talar (Tomasz Borkowy) na początku warszawskiej opowieści

Koniec świata – mawiał dozorca Ryszard Popiołek (Wacław Kowalski). Jednak kiedy uzbrojony w miotłę stawał w bramie przy Złotej 25, żaden koniec nie groził.

Z takim Aniołem Stróżem, z mieszkańcami, których pokochali widzowie, i determinacją ekipy „Dom” przetrwał najtrudniejsze chwile. A tych nie brakowało.

Co tu robisz, człowieku?

Premiera pierwszego odcinka, zatytułowanego zaczepnie: „Co ty tu robisz, człowieku”, odbyła się 9 listopada 1980 roku. Ale pomysł na serial wpisany w historię Warszawy i powojenne losy kraju zaczął się zarysowywać wcześniej.

W połowie lat 70. powstało zamówienie na wieloodcinkową produkcję ukazującą kolejne sukcesy PRL. Roboczy tytuł brzmiał „22 lipca”. Przedstawiciel TVP, który zwrócił się do cenionych scenarzystów Andrzeja Mularczyka i Jerzego Janickiego, skrzętnie ukrył polityczne oczekiwania „góry”. Autorzy wykorzystali więc brak wyraźnych wytycznych i zamiast na propagandę sukcesu postawili na historię zwyczajnych ludzi. Mieszkańców jednej kamienicy.

– Serial nazwaliśmy „Dom”, ponieważ w naszym zamierzeniu przez opowieść o kamienicy chcieliśmy opowiedzieć o Warszawie, a poprzez Warszawę o Polsce. Nasz dom stał się pryzmatem, przez który wszystko widać. Tytuł można więc uznać za symboliczny – tłumaczył mi w wywiadzie sprzed kilkunastu lat Jerzy Janicki.

Mimo czujności cenzury scenarzystom udawało się przemycać nie do końca prawomyślne opinie. Choćby na temat systemu. Choćby w anegdotycznej już wypowiedzi dozorcy Popiołka w czasie sporu o bramę: „Ustrój to rzecz nabyta. Brama, rzecz stała”.

Nieżyjący już reżyser Jan Łomnicki oraz współscenarzysta Jerzy Janicki, podobnie jak Andrzej Mularczyk, twierdzili zgodnie, że realizacja serialu przypominała niekiedy taniec na linie. Ekwilibrystykę wymuszała najpierw cenzura, a potem pogłębiający się kryzys.

Pierwsza seria powstała w latach 1979 – 1981. Stan wojenny przerwał produkcję na odcinku 11., zatytułowanym „… Nie wychylaj się”. Poważne kłopoty, z cenzurą właśnie, miał w nim Rajmund Wrotek (Jan Englert), realizujący dokument o żołnierzach AK. Odcinek 12., w pierwotnym zamierzeniu zamykający cały serial, a opowiadający o planach rozbiórki kamienicy, udało się nakręcić w 1986 roku. Następnie musiało minąć prawie dziesięć lat, by ekipa wróciła na plan i opowiedziała o wydarzeniach końca lat 60., doprowadzając akcję do roku 1977.

My z tamtych lat

Długa przerwa w zdjęciach przyniosła niepowetowane straty. Z obsady wykruszyli się aktorzy starszego pokolenia. Nieodżałowanego Ryszarda Popiołka, któremu scenarzyści wymyślili „warszawską” śmierć – zginął od niewypału – zastąpił nowy dozorca Prokop (Jerzy Bończak). Zabrakło rodziców Andrzeja Talara, granych przez Barbarę Rachwalską i Józefa Nowaka, a także doktora Lawiny (Stanisław Zaczyk).

Komunista Jasiński (Wirgiliusz Gryń), z jego powtarzanym przez całą Polskę: „Mówi to panu coś?”, pojawił się w 13. odcinku tylko dzięki wmontowaniu do filmu archiwalnych materiałów, odrzuconych kilkanaście lat wcześniej przez cenzurę.

Realizacja tej części serialu była bardzo burzliwa nie tylko ze względu na wydarzenia polityczne, jakie odnotowano na ekranie. Pojawiły się kłopoty z pieniędzmi. Przesuwano terminy realizacji i wstrzymywano zdjęcia, co wywoływało protesty ekipy i widzów, ślących petycje w obronie „Domu”. Po wielu perturbacjach serię finalizującą, czyli odcinki od 21. do 25., udało się ukończyć w roku 2000.

– Pierwsze skojarzenie, kiedy dziś myślę o „Domu”? Napięcie i odrzucenie – komentuje tamten czas Andrzej Mularczyk. – Ten serial wymagał od nas straszliwej odporności na ciosy, które nam zadawano. Obaj z Jurkiem Janickim, a także reżyser, przypłaciliśmy jego realizację wręcz fizyczną chorobą. Zdarzało się, że Janek dzwonił: – Stoję już trzy miesiące. Kamienicę opłacam i gaże aktorom, a nie dają pieniędzy. Wkładaliśmy wtedy z Jurkiem garnitury i szliśmy żebrać do kolejnego prezesa. Po tych przejściach, nazwijmy to administracyjnych, powiedziałem, że dla TVP nie będę już pracował.

Mimo tych złych doświadczeń „Dom” budzi w nim także ciepłe reakcje. Nakreślone z epickim rozmachem losy bohaterów odwołują się przecież do prywatnych doświadczeń Andrzeja Mularczyka oraz Jerzego Janickiego.

– Kiedy patrzę na stare odcinki, przypominam sobie siebie z tamtego okresu takiego, jakim byłem, kiedy zacząłem przyjeżdżać do Warszawy – mówi scenarzysta. – Tamta Warszawa wiele dała zarówno mnie, jak i Jurkowi, który też był warszawiakiem przyjezdnym, ale mając lwowska naturę, niebywale szybko się z tym miastem zaprzyjaźnił, złapał jego melodię.

Na serialowe epizody przekładały się konkretne sytuacje i zdarzenia. Takich scen, jak podpatrzona w nocnym lokalu Paradis, z którego wyrzucono ludzi, gdy zaczęli tańczyć do melodii „Czerwone maki na Monte Cassino”, było wiele.

Jerzy Janicki zapewniał mnie w jednym z wywiadów: – „Dom” to kawał naszego życia. Zaczynaliśmy podobnie: jako dziennikarze, reporterzy, przybliżaliśmy i ten czas, i ten kraj. Od 1946 roku poznaliśmy ogromną liczbę ludzi. To nieprawda, że wszystko się bierze z powietrza czy z wyobraźni. W każdej postaci, która występuje w „Domu”, tkwi jakiś atom ludzkiego życiorysu i naszych własnych biografii. Dopiero ten zlepek dawał filmową postać – dodawał.

Bohaterowie bez fałszu

Nie sposób wymienić wszystkich znaczących dla „Domu” postaci, ale niektóre z nich dosłownie zrosły się z serialem. Obok dozorcy Popiołka czy filmowca Wrotka trudno wyobrazić sobie Złotą 25 bez twardej Halinki (Bożena Dykiel), cwaniaka Henia Lermaszewskiego (Zbigniew Buczkowski) czy głównego bohatera Andrzeja Talara (Tomasz Borkowy).

Galerię pierwszoplanowych bohaterów dopełniała cała plejada postaci epizodycznych, zagranych jednak tak, że wciskały w fotel. Bo kto zapomni mowę wygłoszoną przez granego przez Tadeusza Łomnickiego warszawskiego prawnika? Albo pożegnalne ujęcie, w którym wystąpił już mocno schorowany Tadeusz Janczar? Jako doktor Kazanowicz stanął on na parapecie, by ze swoim bohaterem wykonać samobójczy skok.

– Patrzyliśmy na to oniemieli – wspominał Jan Łomnicki.

– Myślę, że Tadzio zdecydował się na ten wielki już wtedy dla niego wysiłek, by nikt nie sknocił mu finałowej sceny – dodawała Bożena Dykiel.

Aktorka wciąż podkreśla, że tym, co „Domowi” zapewniło miłość i przywiązanie widzów reprezentujących przecież wiele pokoleń, jest prawda. W bohaterach nie ma fałszu. To ludzie jak w życiu. Ich role zostały świetnie napisane, obsadzone, wyreżyserowane i zagrane.

Nie umiesz, nie pracujesz

Do anegdoty przeszedł sposób, w jaki reżyser prowadził aktorów. – Bardzo dużo od nas wymagał. Jeśli ktoś nie potrafił się wcielić w rolę, to: „Noga. D…a. Brama. Wynocha z planu. Nie umiesz – nie pracujesz” – opowiadała nam Bożena Dykiel.

– Łomnicki był człowiekiem bardzo nerwowym – przyznaje Andrzej Mularczyk. – Kiedy ponosiły go emocje, wyrastała mu na szyi żyła, ale miał też wielkie serce. I znakomicie nadawał się do realizowania tego serialu.

Scenarzysta wspomina, jak po zaakceptowaniu scenariusza do pierwszych dwóch odcinków spytano autorów, kto mógłby wyreżyserować serial. Właściwie bez zastanowienia wskazali na Jana Łomnickiego jako wspaniałego dokumentalistę, varsavianistę i autora wybitnych filmów fabularnych takich jak „Ocalić miasto” czy „Akcja pod Arsenałem”.

– Janek był człowiekiem, który przyjmował nasze najbardziej karkołomne propozycje, np. nakręcenie sceny, kiedy w zrujnowanym zoo bohater ciągnie na taczkach zwierzę – opowiada Mularczyk. – Inny by się załamał, bo trzeba było stworzyć klimat miasta obróconego w perzynę, a Janek nakręcił wspaniałą scenę.

Gdzie jest Złota 25?

Przy kilkakrotnych przerwach w produkcji przydawała się też umiejętność łączenia – zarówno wątków, jak i miejsc.

Filmowa kamienica to w rzeczywistości trzy lokalizacje. Do 12. odcinka zdjęcia powstawały przy ul. Pańskiej 85.

– Kiedy po przerwie podjęliśmy decyzję, by realizować ciąg dalszy, spotkaliśmy się pod tym adresem, ale w miejscu, gdzie Popiołek miał swoją kanciapę, przywitała nas wytworna knajpa ze złotymi klamkami, w odbudowanej kamienicy – wspomina Marcin Łomnicki, syn Jana, który na plan „Domu” trafił jeszcze jako student reżyserii. Z czasem został drugim reżyserem, a pod koniec współtworzył serial.

Podobne w charakterze miejsce udało się znaleźć w... częściach. Od odcinka 13. Złotą 25 grały dwa obiekty. Przy Marszałkowskiej 45 kręcono wnętrza, a na ulicy Kowelskiej 6 – plenery.

– Kiedy jeżdżę dziś po Warszawie, łapię się na tym, że na co drugim rogu stał statyw od kamery „Domu” – stwierdza Marcin Łomnicki. – Obfotografowaliśmy Warszawę na wiele sposobów. A ponieważ był to film historyczny, pokazywał wydarzenia wcześniejsze od czasu emisji o jakieś 20 lat, musieliśmy jeszcze dbać o precyzyjną adaptację miasta.

Ekipie „Domu” zdarzało się zamykać całe Krakowskie Przedmieście w czasie scen z marca 68 roku czy Trasę W-Z, ale mimo utrudnień, jakie niekiedy sprawiali, filmowcy wszędzie przyjmowani byli życzliwie. – Nawet na Pradze – zapewnia Łomnicki.

Kamienica życia

Od czasu premiery ostatnich odcinków „Domu” wiele się w Warszawie zmieniło. Pewne miejsce trwa jednak w zaskakującym marazmie. To oplombowana i zagrodzona kamienica, do której nie sposób dotrzeć ani od strony Marszałkowskiej, ani od podwórka przy Nowowiejskiej. Filmowy dom coraz bardziej przypomina ruinę z pierwszych odcinków serialu.

– Szlag mnie trafia, jak widzę coś takiego. Budynek powinien zostać oddany właścicielowi, a nie trzyma się taką zrujnowaną plombę w środku miasta. Od tylu lat – mówi Marcin Łomnicki.

Andrzeja Mularczyka boli inna sprawa. Władze miasta, przyznając tyle różnorodnych nagród, do tej pory nie uhonorowały tak warszawskiego serialu.

Nie potrafił się z tym pogodzić reżyser, który „Domowi” poświęcił ponad 20 lat życia. Kochał tę filmową opowieść i był z niej szczerze dumny. W 2002 roku, już leżąc w szpitalu w Aninie, pytał scenarzystów: – Jak myślicie, czy nam się nie należy Nagroda Miasta Warszawy za ten serial? W odpowiedzi słyszał: – Jasiu, tobie się należy.

Życie Warszawy