Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Warszawiak w kolorze żałobnem

Maciej Miłosz 16-12-2010, ostatnia aktualizacja 06-01-2011 22:18

Kiedyś byli atrakcją na dworach. Między wojnami było ich w stolicy kilkunastu, a wśród nich późniejszy powstaniec. Ukazała się pierwsza książka poświęcona historii Afrykańczyków w Warszawie.

*Jan Lapierre
źródło: fot xxx
*Jan Lapierre
*August Agbali
źródło: fot xxx
*August Agbali
P. Średziński, M. Diouf red. afryka w warszawie. dzieje afrykańskiej diaspory nad wisŁą wyd. Fundacja „Afryka Inaczej“
źródło: materiały prasowe
P. Średziński, M. Diouf red. afryka w warszawie. dzieje afrykańskiej diaspory nad wisŁą wyd. Fundacja „Afryka Inaczej“

Historia czarnoskórych warszawiaków jest długa. Próbując dotrzeć do jej korzeni, trzeba by cofnąć się w czasie o cztery stulecia. Właśnie wówczas, na weselu zerkającego dziś na nas z kolumny Zygmunta III Wazy – jak odnotowali kronikarze – dla uświetnienia uroczystości pojawił się Murzyn.

Czy był to pierwszy przybysz z Afryki nad Wisłą? Pewnie nie, ale pewnym być nie można. W każdym razie od jego pojawienia się ciemnoskóre postaci nie znikają już ze stołecznych ulic. Ich losy można teraz poznać dzięki redaktorskiej pracy Pawła Średzińskiego i Mamadou Dioufa, której efektem jest książka „Afryka w Warszawie. Dzieje afrykańskiej diaspory nad Wisłą“.

Maskotki i bojownicy

Kolejną wzmiankę o afrykańskich mieszkańcach Warszawy zawdzięczamy królowi Janowi III Sobieskiemu, który w liście do ukochanej Marysieńki zrelacjonował bitwę pod Wiedniem. Pisze w nim ze smutkiem: „Mnie prawie wszyscy chłopcy poginęli. Owego Murzyna Józefa Holendra Turcy, w ręku mając go, ścięli.“

Do końca XVII wieku Afrykańczyków spotyka się jednak w stolicy sporadycznie, od początku następnego stulecia zaludniają oni coraz gęściej stołeczny krajobraz. Jednego z nich podglądał Canaletto na Zamku Królewskim, co można do dziś oglądać na obrazie „Widok Warszawy z tarasu Zamku Królewskiego“.

Inny, niejaki „Murzyn Ambroży“, pojawił się w spisie wydatków Izabeli z Czartoryskich Lubomirskiej. Choć tu można dyskutować, czy Ambroży był istotnie warszawiakiem. Jak by nie patrzeć, posiadłość księżnej leżała już poza miastem, bo na... Mokotowie. W sporej liczbie Afrykańczycy przebywali też na dworze Augusta II. Monarcha ten zasłynął jako gorliwy miłośnik wina, kobiet i śpiewu, nic też dziwnego, że jego ciemnoskórzy poddani tworzyli kapelę dworską.

Ale Afrykanie byli nie tylko maskotkami na dworach monarszych czy możnowładczych. U schyłku XVIII stulecia pojawiają się w nowej roli: bojowników. Choćby gen. Władysław Jabłonowski, mulat, który wsławił się obroną Saskiej Kępy przed wojskami Suworowa.

Ciemną karnację miał również adiutant Tadeusza Kościuszki – Jan Lapierre. Jak pisał we „Pamiętnikach dziecka Warszawy i innych wspomnieniach warszawskich“ Kazimierz S. Wójcicki, stał się on mimowolnym bohaterem historii, która przytrafiła się w 1812 roku pewnej parze szlacheckiej, gdy ich powóz utknął w błocie: „Budzi się szlachcianka, budzi się i szlachcic, trzeźwi, jak może i z wielkim kłopotem sama wydostaje się na drogę. Zobaczywszy światełko w oknie dworskim, śpieszy z żądaniem pomocy. Lapierre czytał właśnie jakąś powieść francuską, gdy usłyszał mocne kołatanie do drzwi z ganku w sieni. Mając związaną główkę białą chustką, w krótkiej koszuli zrywa się co prędzej z łóżka i drzwi otwiera, trzymając w ręku świecę. Szlachcianka, która była najpewniejsza, że ich diabeł zaprowadził w błoto, na widok Murzyna, którego oczy błyszczały jak u kota, z okropnym okrzykiem: „Wszelki duch Pana Boga chwali!“ padła zemdlona. Lapierre wylaniem karafki wody otrzeźwia ją, ale ta na widok schylonego Murzyna, pewna, że się znajduje w szponach diabła, mdleje napowrót.“

Jak widać, w tamtych czasach nawet wśród elit spotkanie człowieka o innym kolorze skóry było wydarzeniem niecodziennym.

Walczył w Śródmieściu

Jeśli chodzi o wiek XIX, to jednym z nielicznych wątków afrykańskich w stolicy było pojawienie się aktora, pierwszego czarnoskórego tragika szekspirowskiego, Iry Aldridge’a. Wystąpił on w Teatrze Wielkim w dniach 23, 24 i 26 maja 1862 r.

Za to w okresie międzywojennym było ich co najmniej kilkunastu. Tak pisał katolicki tygodnik „Posiew“ w publikacji zatytułowanej „Murzyni w Warszawie“: „Jak wynika ze spisów obywateli państw obcych, złożonych starostwom grodzkim, ma w stolicy prawo pobytu sześciu Murzynów. Dwóch z nich jest szoferami, czterech zaś zatrudniono w przedsiębiorstwach rozrywkowych. Są to obywatele USA“.

– Jeśli doliczyć do tego kilku innych Afrykańczyków, o których wiemy, to musiało być ich kilkunastu – uzupełnia statystyki varsavianista Krzysztof Wittels, współautor książki „Afryka w Warszawie“.

Nie wiadomo, czy spis uwzględniał Józefa Diaka, o którym w 1939 r. tak pisał „Kurjer Warszawski“: „Białe jak słoniowa kość zęby, płomienne lśniące oczy, potężna gibka postać o przystojnej i b. dobrodusznej twarzy – tak wygląda p. Józef Diak, Murzyn plemienia Faszoda. Czarna, jego połyskująca twarz malowniczo się odcina na tle kremowych ścian modnej kawiarni, w której p. Diak pracuje, jest bowiem z zawodu portierem. Świetnie mówi po polsku – przebywa w Polsce od 1914 r., kiedy to pewien hrabia rosyjski przywiózł małego Murzynka – służącego z dalekiego Sudanu“. W rejestrze nie ma też Nigeryjczyka Augusta Agbali, który grał na perkusji w zespole jazzowym, a później brał udział w Powstaniu Warszawskim. Tak pisze o nim historyk Zbigniew Osiński: „walczył w batalionie Iwo na terenie Śródmieścia Południowego w rejonie ulic Wspólnej, Wilczej, Marszałkowskiej, Hożej, to jest tam, gdzie mieszkał jeszcze przed wojną i podczas niej“. Agbala przeżył wojnę i w latach 50. wyemigrował do Wielkiej Brytanii.

Warsiawiak pełną gębą

Powstańcem na pewno nie była postać, która stała się pierwowzorem Jumbo Johnsona – bohatera napisanej w 1947 r. powieści Stanisława Wiecheckiego „Cafe pod Minogą“.

Jak wspominał „Wiech“: „Kiedyś dawno przed wojną na rogu Złotej i Zielnej spotkałem dziwną parę. Ona mała pulchna blondynka, on wysoki barczysty Murzyn. Teraz taki widok nie stanowi żadnej sensacji, wówczas budził ogólne zainteresowanie. Murzyna mieliśmy w Warszawie tylko jednego, najwyżej dwóch. Para spotkana przeze mnie była najwyraźniej pokłócona, on szedł z ponuro spuszczoną głową, a ona miała do niego tak zwaną mowę. Wreszcie Murzyn zatrzymał się i zawołał: – A dajże ty mnie, do wielkiej cholery, spokój! Było to powiedziane najczystszą polszczyzną z wyraźnym akcentem z okolic Kercelaka. To mnie naprowadziło po latach na pomysł ukazania w powieści Murzyna władającego pięknie klasyczną warszawską gwarą“.

Żeby uzmysłowić sobie niepospolitość Jumbo, warto jeszcze raz zacytować „Wiecha“, który opisuje jego przygodę w pewnym wyszynku. Właściciel na jego widok zaczął zamartwiać się, że nie ma do podania małpy ani papugi. Kiedy podzielił się swoimi troskami z Jumbo, ten odparował: – Z kogo że pan tu humorystyczną drakie odstawisz, panie szanowny, jaki że ja dzik jestem, o wiele dwadzieścia pięć lat w Warszawie mieszkam. Małpy ani papugi cholery za żadne pieniądze do ust bym nie wziął. Formalną zakąską tak jak i pan się posługuję.

– A w takim razie przepraszam i widzę, że z pana szanownego legularny warszawiak, chociaż w kolorze żałobnem – odpowiedział stojący za barem. Osiem lat po tej publikacji Warszawa zobaczyła rzecz niebywałą: na Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów przyjechało aż 911 reprezentantów Afryki. Specjalnie na tę imprezę wydano pierwszą po wojnie mapę stolicy (wcześniej była to tajna informacja wojskowa). Mieszkańcy zaczepiali na ulicy ciemnoskórych przechodniów i prosili o autografy. „Polityka“ wspominając tamto wydarzenie, przypomniała że w 1956 r. „pojawiło się pokaźne stadko czekoladowych niemowląt“.

W latach 60. pojawiają się w Warszawie studenci z Afryki, kształci się u nas m.in. przyszły prezydent Mali Alpha Oumar Konare. Dwie dekady później przyjeżdża sporo przybyszów z Czarnego Lądu, by handlować na Stadionie, jeszcze później wdzierają się przebojem do polskich klubów piłkarskich. Dziś Afrykańczycy są częścią wielokulturowej Warszawy, mają miejsca, gdzie się spotykają, jest mnóstwo afrykańskich koncertów. Widok czarnoskórego warszawiaka raczej nikogo nie dziwi, a to, że stolica ma radnego „w kolorze żałobnem“, a w Sejmie jest poseł o korzeniach afrykańskich, jest najlepszym dowodem na to, że dziś przygoda Lapierre’a raczej nie ma szans się powtórzyć.

Więcej na www.afryka.org

Życie Warszawy