Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Na tropie krakowskiej Madonny

Marek Kozubal 22-01-2017, ostatnia aktualizacja 22-01-2017 08:19

Czy zaginiony w czasie wojny tryptyk Jana Matejki „Królowa Korony Polskiej" jest w Wiedniu? Tam zaprowadziło mnie dziennikarskie śledztwo.

„Królowa Korony Polskiej” dostępna w sieci i w kolorze
autor: Dorota Nowacka
źródło: Fotorzepa
„Królowa Korony Polskiej” dostępna w sieci i w kolorze
Tryptyk Matejki jeszcze u Tarnowskich
źródło: archiwum prywatne
Tryptyk Matejki jeszcze u Tarnowskich

Na przełomie roku otworzyłem załącznik do poczty elektronicznej. Zdjęcie. Wyjątkowe. Trzy obrazy zamknięte pozłacaną (trochę podniszczoną) ramą, złączone zawiasami niczym ołtarz. Od razu było widać, że tryptyk wyszedł spod pędzla Jana Matejki.

Wcześniej obraz ten oglądałem przecież nieraz, ale zawsze w czarno-białych barwach na niewyraźnej reprodukcji z przedwojennych katalogów. Tymczasem trzy lata temu bloger ukryty pod Nickiem Piter1974 wstawił do internetu kolorowe, niezbyt dobrej jakości zdjęcie tryptyku. Skąd Piter1974 wziął fotografię? Czy miał dostęp do oryginału?

Znawcy malarstwa Matejki nie mieli wątpliwości, że odtąd historia obrazu zaczyna być pisana od nowa. Wcześniej przez kilkadziesiąt lat jego losy okryte były tajemnicą.

Dar dla hrabiego

Na monitorze komputera mam teraz inną, lepszej jakości fotografię obrazu „Królowa Korony Polskiej". Tron Matki Boskiej z Dzieciątkiem unosi królewicz Kazimierz i dominikanin św. Jacek, procesja w katedrze krakowskiej idzie w otoczeniu rozmodlonego tłumu świętych. Matejko sportretował m.in. królową Jadwigę, księcia Henryka Pobożnego oraz króla Władysława Warneńczyka, hetmana Stanisława Żółkiewskiego, świętego Wojciecha, świętego Stanisława. Na lewym skrzydle tryptyku malarz uwiecznił zstępującego z nieba Michała Archanioła z płonącym mieczem. Na prawym zaś archanioła Gabriela z gałązką, pod nim męczenników za wiarę – unitów podlaskich, nawracanych na prawosławie.

Obraz główny został namalowany na desce, boczne na płótnie. Jak na Matejkę nie jest duży – wysoki na 79 cm, szeroki – licząc trzy elementy – na 114 cm. Powstał na przełomie lat 1887/1888. Krakowski malarz dedykował go przyjacielowi. Aby nie było wątpliwości, dla kogo jest przeznaczony, na odwrocie umieścił napis: „Stanisławowi Tarnowskiemu – Najgodniejszemu – zawsze niezmiennemu – dar pictor quod habet 1891 r.".

Tę fotografię przysłał mi niedawno historyk sztuki, koneser i ekspert (nie mogę ujawnić jego danych). On zaś otrzymał ją od osoby, która późną jesienią ubiegłego roku uczestniczyła w osobliwym spotkaniu. Doszło do niego w jednej z instytucji kościelnych w Polsce. Przedstawiciel krakowskiego domu aukcyjnego proponował sprzedaż tego właśnie obrazu. – Padła cena 8 mln zł. Oferta została odrzucona. Przede wszystkim dlatego, że cena była wygórowana – opowiada „Plusowi Minusowi" historyk sztuki. Inni eksperci też nie mają wątpliwości, że nawet tak wyjątkowego obrazu nikt nie kupi za kilka milionów złotych.

Historyk sztuki nie wie, czy dzieło dziś może być w Polsce. Z innego źródła słyszę: – Ktoś oferuje dzieło wybranym placówkom muzealnym za 2 mln euro, ale obraz jest za granicą.

Analizuję fotografię. Z umieszczonych na cyfrowym zdjęciu danych wynika, że zostało wykonane 6 października poprzedniego roku, profesjonalnym i nieobecnym w masowej sprzedaży w Polsce sprzętem fotograficznym. W USA taki aparat można kupić za ok. 45 tys. dolarów. Urządzenia tak wysokiej klasy służą do wykonywania zdjęć np. do katalogów dzieł sztuki.

Na kolorowym zdjęciu oddającym doskonałość pociągnięć pędzla mistrza Jana odnajduję nazwę krakowskiego domu aukcyjnego.

Do wojny tryptyk znajdował się w Krakowie u rodziny Tarnowskich, potem ślad po nim zaginął. Sprawdzam bazę dzieł utraconych w czasie wojny. Tryptyk Matejki w niej nie figuruje. Pytam znajomego policjanta specjalizującego się w odzyskiwaniu utraconych w czasie wojny lub skradzionych z muzeów dzieł sztuki, w którym urzędzie mógłbym znaleźć ślad, gdyby obraz został przywieziony do Polski. – Zabytki, dzieła sztuki można wwozić, nikt tego nie rejestruje, dopiero na wywóz trzeba mieć zgodę konserwatora zabytków – tłumaczy policjant.

Obraz rzeczywiście może być za granicą. Taka sugestia pojawia się w kilkuzdaniowej informacji umieszczonej w katalogu dzieł Jana Matejki z 1993 roku. Krystyna Sroczyńska w swojej publikacji umieściła następujący opis: „Dar artysty dla hr. Stanisława Tarnowskiego w Krakowie w 1891 r. W zbiorach jego spadkobierców był co najmniej do 1940 r. Według informacji Andrzeja Ryszkiewicza, w latach sześćdziesiątych pojawił się na wiedeńskim rynku antykwarycznym i był wówczas zakupiony przez osobę prywatną. W latach osiemdziesiątych w antykwariacie Czesława Bednarczyka w Wiedniu".

Andrzej Ryszkiewicz, który zmarł w 2005 r., był cenionym historykiem sztuki, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wychował dziesiątki ekspertów malarstwa polskiego. Ale skąd miał tak precyzyjną wiedzę na temat obrazu? Czy mógł podać nieprawdę?

O antykwariuszu Czesławie Bednarczyku więcej można dowiedzieć się z relacji prasowych dotyczących głośnej sprawy karnej z lat 70. Przed sądem stanął tzw. gang marszandów. Zostali oni oskarżeni m.in. o przemyt złota do Polski oraz nielegalny wywóz dzieł sztuki za granicę, dodatkowo odpowiadali za handel walutą – zakazany w PRL. W 1976 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał liderów grupy: Witolda Mętlewicza i Mieczysława Młynarczyka na kary po 25 lat więzienia. Pozostałych na kary o mniejszym wymiarze.

W 2012 roku Bogdan Wróblewski opisał w „Gazecie Wyborczej" kulisy procesu. Na podstawie akt IPN dziennikarz ustalił, że Mętlewicz współpracował z komunistycznym wywiadem. Miał donosić na Czesława Bednarczyka, zresztą przyjaciela rodziny.

Wiedeński antykwariusz

Bednarczyk wywodził się z rodziny żydowskiej. W czasie okupacji niemieckiej należał do Armii Krajowej. Po wojnie najpierw został zastępcą kierownika wydziału kwaterunkowego w Warszawie, a potem był rzeczoznawcą dzieł sztuki w antykwariacie przy Marszałkowskiej. Podlegał mu też antykwariat Veritas przy placu Trzech Krzyży, w którym pracował Mętlewicz. Panowie się zaprzyjaźnili.

W 1960 r., gdy władze PRL pozwoliły Bednarczykowi wyjechać z Polski, ten osiadł w Wiedniu, gdzie otworzył galerię. Upodobali ją sobie dyplomaci – pisał Wróblewski. Bednarczyk kontaktów z krajem nie zerwał. Mętlewicz do jego antykwariatu wywoził dzieła sztuki. A Bednarczyk w Szwajcarii otworzył głównym aktorom afery przemytniczej konta w Zurychu. Na każdym zgromadzono po 100–150 tys. dolarów.

W czasie procesu Mętlewicz ujawnił, że żona Bednarczyka, podążając za mężem, wywiozła z Polski „dwa wagony dzieł sztuki i antycznych mebli". – Na granicy celnej pokazała zezwolenie Urzędu Konserwatorskiego. Czesław mi się zwierzał, że załatwienie papieru kosztowało go wiele pieniędzy – sypał wspólnika Mętlewicz.

Bednarczyk miał wywieźć m.in. 100 obrazów, a także serwis łabędzi, wykonany w 1737 r. w manufakturze miśnieńskiej dla ministra Henryka Brühla.

Czy właśnie wtedy do Wiednia trafiła „Królowa Korony Polskiej"? Trudno to udowodnić, bo nie ma spisu rzeczy, które zostały wywiezione.

Bogdan Wróblewski znalazł w teczce Bednarczyka, informację, że w latach 70. wywiad PRL szacował jego majątek na 4–5 mln dolarów. SB-ecy twierdzili, że dorobił się, odsprzedając z zyskiem biżuterię i złoto kupione od emigrantów żydowskich, którzy po 1956 r. przez Polskę jechali do Izraela.

Czy tylko? W 1969 r. tygodnik „Polityka" w artykule „Sztuka bez granic" przedrukował fragment numeru branżowego czasopisma „Weltkunst" ukazującego się w języku niemieckim, w którym Bednarczyk zamieścił ogłoszenie o wyprzedaży ze swojego antykwariatu 90 obrazów polskich mistrzów z XIX i początku XX w. Na liście znalazły się płótna: Jana Matejki, Aleksandra Gierymskiego, Józefa Mehoffera, Leona Wyczółkowskiego, Alfreda Wierusza-Kowalskiego, Juliusza i Wojciecha Kossaków, Artura Grottgera, Józefa Chełmońskiego.

W reakcji na tą publikację Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum Narodowego, napisał do redakcji pełen oburzenia list: „Prawdą jest, że Bednarczyk, wykorzystując swoje stanowisko w antykwariacie Veritasu, zgromadził cenne zbiory i wywiózł je nielegalnie do Wiednia. Prawdą też jest, że kontaktów z krajem nie zerwał i nie są to kontakty bynajmniej towarzyskie" – pisał między innymi Lorentz.

Sam Bednarczyk jednak się bronił, twierdząc, iż jego rzekomy udział w aferze to „prowokacja komunistyczna". Twierdził, że „nawet jeden procent" jego zbiorów nie pochodzi z Polski. Utrzymywał, że zbiór malarstwa polskiego kupił w Nowym Jorku za 30 tys. dolarów.

– Czy z tego źródła mogą do dzisiaj „wypływać" dzieła utracone w czasie wojny? – pytam urzędników Ministerstwa Kultury, którzy tropią utracone dzieła sztuki.

„Możliwości takiej nie należy wykluczać. Historie odzyskanych zabytków potwierdzają, że polskie straty wojenne mogą być odnajdywane w wielu miejscach na świecie, a osoby lub instytucje będące w ich posiadaniu nie muszą być kojarzone z rabunkiem dzieł sztuki. W celu wychwycenia tego typu przypadków Wydział ds. Strat Wojennych codziennie monitoruje międzynarodowy rynek dzieł sztuki. Współpracuje również z policją i służbą celną w celu ustalenia tożsamości obiektów o nieznanym pochodzeniu zabezpieczonych w trakcie działań operacyjnych" – otrzymuję odpowiedź.

Milczenie córki marszanda

Gdy pytam krakowskiego antykwariusza Ś. o współczesne zdjęcie obrazu Matejki z logo jego domu aukcyjnego słyszę, że u niego obrazu nie ma. – Chociaż wielkim splendorem i powodem do chluby byłoby, gdyby znalazł się w moim domu aukcyjnym – dodaje zaraz. – Ten obraz nie jest na sprzedaż. Nie był oferowany na rynku komercyjnym. Jeżeli ktoś tak twierdzi, kłamie.

Skąd zatem logo jego domu aukcyjnego na zdjęciu? – Zdjęcie zostało wykonane w celu przygotowania opracowania na temat obrazu, chcieliśmy zebrać informacje na jego temat w pewną całość – tłumaczy się Ś. Twierdzi, że obraz jest dziś w prywatnych rękach w Austrii. Przyznaje, że przed laty znajdował się w wiedeńskiej galerii Czesława Bednarczyka. – Obraz ten wyjechał do Austrii w czasie I wojny światowej i nigdy tego kraju nie opuścił. Został kupiony przez Czesława Bednarczyka w latach 60. – utrzymuje krakowski marszand. Ale nie ujawnia, kto dzisiaj jest jego właścicielem i gdzie konkretnie się znajduje. Radzi, aby skontaktować się z wiedeńską galerią Bednarczyka.

O obraz pytam więc Elisabeth Sturm, córkę nieżyjącego już założyciela galerii Czesława Bednarczyka. Jej odpowiedź zaskakuje. – Ten obraz nie był nigdy w galerii mego ojca – zapewnia Sturm stanowczo. Dodaje, że po ostatnich informacjach na ten temat musiała je prostować. Obraz jej zdaniem jest w rękach prywatnych. A ona nie rozumie, dlaczego różne osoby pytają ją o to dzieło.

Czy to forma obrony? Próba uchronienia dzisiejszego właściciela obrazu?

Zaginiony w czasie wojny

Ostatnim przedwojennym właścicielem obrazu był Hieronim hr. Tarnowski. Jan Tarnowski, jeden z przedstawicieli spadkobierców, nie potwierdza wersji, według której obraz od I wojny światowej był w Wiedniu.

– W rodzinie nigdy nie pojawiła się informacja, aby został sprzedany – mówi Jan Tarnowski „Plusowi Minsowi". – Owszem, była mowa o sprzedaży obrazu Jana Matejki przez Hieronima Tarnowskiego, ale innego. Chodzi o „Kasztelankę" (portret Stanisławy Serafińskiej, namalowany w 1876 r., co najmniej do 1938 r. w zbiorach Tarnowskich w Krakowie – red.), ale o tryptyku nie było nawet takiej wzmianki – zapewnia Tarnowski.

– Zgodnie z relacją naszego śp. ojca Stanisława Tarnowskiego oraz jego siostry Zofii z Tarnowskich Moss do ich wyjazdu z Polski we wrześniu 1939 roku obraz ten miał się znajdować w Krakowie w Pałacu na Szlaku (centrum miasta na Kleparzu – przyp. red.). W kwietniu 1942 roku pałac przejęły niemieckie władze okupacyjne (mieściło się tam lokalne dowództwo młodzieżowej organizacji Hitlerjugend – red.). Co dalej działo się z obrazem, niestety, nie jesteśmy w stanie stwierdzić. Ojciec walczył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, m.in. u generała Maczka. Ich ojciec, a mój dziadek Hieronim zmarł w 1945 roku. Do Polski wszyscy wróciliśmy w maju 1962 r. Szkoda, że ojciec nie próbował ustalić, co stało się z tryptykiem Matejki. Jedyne, co mówił, to to, że zaginął podczas wojny. Zapewne coś w tej sprawie miałaby do powiedzenia siostra Bora-Komorowskiego (dowódcy Armii Krajowej, naczelnego wodza Polskich Sił Zbrojnych – red.) śp. Jadwiga Komorowska, która aż do przejęcia przez Niemców zarządzała pałacem. Gdy w latach 60. mój ojciec prowadził starania zmierzające do odnalezienia gobelinów szlakowskich, pani Komorowska zeznawała w tej sprawie. Udowadniała m.in., że nie było to mienie podworskie, ale z nieruchomości miejskiej, a wobec tego niepodlegające nacjonalizacji – wspomina Jan Tarnowski.

Dlaczego obraz nie został zgłoszony do bazy dzieł utraconych w czasie wojny, którą prowadzi Ministerstwo Kultury?

Przedstawiciel spadkobierców tłumaczy, że nigdy nie było pewności, w jaki sposób i kiedy zaginął. To zaniedbanie chcą teraz naprawić i zgłosić dzieło do bazy. Gdyby zdecydowali się na taki krok, obraz byłby poszukiwany przez służby na całym świecie. Legalnie nikt nie mógłby go sprzedać.

Ministerialna baza dzieł utraconych w czasie wojny liczy 63 tys. pozycji. Za zaginione uważa się m.in. prawie 7 tys. obrazów polskich twórców, w tym np. 47 obrazów Gierymskiego, 36 Matejki, 59 Malczewskiego. To także 7,5 tys. dzieł malarstwa obcego. Są wśród nich takie nazwiska, jak: Rubens, Rembrandt czy Dürer. MSZ szacuje, że w czasie wojny utraciliśmy dzieła sztuki o wartości około 20 mld dolarów.

Ministerstwo Kultury prowadzi dziś w sumie 49 postępowań restytucyjnych dotyczących zaginionych dzieł, które zostały namierzone w Polsce, Francji, Włoszech, Niemczech, USA oraz Rosji.

* * *

Czy obraz, który Jan Matejko ofiarował profesorowi Stanisławowi hr. Tarnowskiemu został zrabowany przez Niemców? A może już po wojnie przez szabrowników i dopiero wtedy oddany na sprzedaż do domu aukcyjnego? Dzisiaj na to pytanie nie odpowiem.

Poszlaki wskazują, że „Królowa Korony Polskiej" trafiła do Wiednia. Nie ma wątpliwości, że w ostatnich tygodniach w Polsce ktoś próbował, jeżeli nie sprzedać, to przynajmniej sondować możliwość sprzedaży tego dzieła. Tylko u nas cenę obrazu można bowiem podbijać. Za granicą nie ma na to szans. Tryptyk zbyt mocno wpisany jest w polską kulturę, naszą wrażliwość historyczną i religijną.

Czy kiedyś dopiszę ciąg dalszy tej historii, a „Królową Korony Polskiej" Jana Matejki za jakiś czas obejrzę w muzeum? Cały czas mocno w to wierzę.

"Rzeczpospolita"