Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Bezimienne ulice Tirany

Michał Cessanis 27-05-2011, ostatnia aktualizacja 27-05-2011 13:07

Dwadzieścia lat po upadku komunistycznego reżimu Albańczycy nie uporali się z nazewnictwem ulic. W stolicy kraju są dzielnice, w których domy nie mają adresów, a listonosze gubią się, roznosząc pocztę.

autor: Michał Cessanis
źródło: Życie Warszawy
autor: Michał Cessanis
źródło: Życie Warszawy
autor: Michał Cessanis
źródło: Życie Warszawy

Nazwy ulic zniknęły ze stolicy Albanii wraz z obaleniem komunistycznego reżimu w 1992 roku. Mieszkańcy Tirany po latach bezwzględnego podporządkowania dyktatorowi Enverowi Hodży postanowili wówczas zniszczyć to, co kojarzyło im się z minionym systemem. Pozrywali więc tabliczki z nazwami, które obowiązywały od II wojny światowej.

Tymczasem miasto było coraz większe. – W ciągu 15 lat stolica rozrosła się trzykrotnie. Powstawały całe dzielnice bezimiennych osiedli, ulic, którym nikt nie nadawał nazw – tłumaczy Elton Caushi, lokalny przewodnik.

Wprawdzie w życie weszły już przepisy regulujące nazwy, ale na listach i kartach pocztowych nadawcy wciąż dają wskazówki listonoszom. Dopisują na przykład: „szary budynek blisko placu Skanderbega" albo „zielony gmach naprzeciwko Sky Tower".

A gdy pytam przechodniów o ambasadę Polski, zamiast ulicy słyszę: „tuż przed budynkiem byłej ambasady Jugosławii", „przy komisariacie policji nr 3".

– Budynek, w którym mieszkam, właśnie dostał nowy numer, moje mieszkanie też. W tym wszystkim łatwo się jednak pogubić, bo w ostatnim roku setki ulic nazwano na nowo. Trudno wszystko zapamiętać. Listonosze do dzisiaj mają problemy z dostarczaniem listów pod dobre adresy. Niedługo stolica ma też dostać kod miasta, bo tych w ogóle nie było – opowiada Leonard Zissi, dawny radca handlowy Ambasady Albanii w Warszawie, który obecnie mieszka w Tiranie. – Ale nie ma mowy o chaosie, bo Albańczycy posługują się opisami. Zawsze tak robili, dlatego nie mają problemu z tym, że nie znają nazw ulic.

Miejscowi doskonale wiedzą, jak gdzie trafić. Wystarczy, że opiszą budynek. Albańczycy próbują zrobić z tym jednak porządek. Komunistycznych patronów ulic zastępują teraz narodowi bohaterowie.

– Do nazwania jest jeszcze sporo ulic, a rząd musi się z tym uporać do jesieni, wtedy w Albanii odbędzie się narodowy spis powszechny ludności. Poza tym nasz kraj kandyduje do Unii Europejskiej – tak Elton Caushi tłumaczy pośpiech w nadawaniu ulicom nazw.

Opowieść o dwóch miastach

Zakupioną na lotnisku Matki Teresy mapę chowam do plecaka i zdaję się na taksówkarza. A tych tutaj pełno. „Tirana, Tirana" – pokrzykują i wyłapują klientów. Na hasło „centrum" rozklekotany żółty mercedes wiezie mnie 17 kilometrów na główny miejski plac narodowego bohatera Skanderbega (przywódcy albańskiego i powstańca), skąd mam zaledwie kilka kroków do hotelu. Po drodze mijamy bunkry. Rozlokowane za Hodży po całym kraju, dzisiaj w większości są puste. W niektórych Albańczycy urządzili sklepy z pamiątkami albo restauracje rybne.

Aut podobnych do mojej taksówki jest na ulicach mnóstwo. Przez lata rządów Hodży posiadanie prywatnych samochodów było w Albanii prawnie zabronione. Samochody mogli mieć urzędnicy i nieliczni lekarze, reszta korzystała z transportu publicznego.

Po zmianie systemu Albańczycy zaczęli masowo sprowadzać m.in. z Włoch i Niemiec używane auta. Jak grzyby po deszczu wyrastały warsztaty samochodowe, na niektórych ulicach jest ich nawet po kilka. Dzisiaj obok „beczek" jeżdżą też jednak luksusowe hummery i porsche cayenne.

Takich kontrastów jest w Tiranie mnóstwo. Obok zbitych z kilku desek ulicznych barów sprzedających borka – lokalny przysmak z francuskiego ciasta nadziewany serem i warzywami – otwierają się luksusowe restauracje i nocne kluby.

I chociaż stolica Albanii wciąż się zmienia – coraz więcej dróg pokrytych jest asfaltem, powstają kolejne hotele i apartamenty do wynajęcia, a w okolicy lotniska rozwija się dzielnica przemysłowa – to nadal widać podział na dwa miasta: bogate i biedne. Na ich granicy stoi olbrzymia betonowa piramida, z której odpadają szklane elementy. – Po skosie od kolorowego bloku – opisuje mi trasę do gmachu jeden z przechodniów.

Parlament zamiast mauzoleum

Kolorowe bloki, takie jak ten w pobliżu piramidy, są wszędzie. A to za sprawą burmistrza miasta, artysty i malarza Ediego Ramy. To on jedenaście lat temu, gdy obejmował swój urząd, wpadł na pomysł, by szarobure miasto zamienić w kolorową stolicę. Zlecił więc przemalowanie fasad budynków na różne kolory. I tak po Tiranie można wędrować według jaskrawych barw – żółtej, zielonej, niebieskiej, różowej...

Kieruję się więc na skos od bloku w kolorach tęczy i docieram do piramidy. To dawna siedziba mauzoleum Envera Hodży, zaprojektowana przez jego córkę Pranverę i zięcia. Do niedawna działał w niej klub muzyczny Mumia. Dzisiaj część piramidy zajmuje stacja telewizyjna. – Ma też powstać teatr – zapewnia po włosku jeden z robotników wychodzących z piramidy. W Albanii po angielsku mało kto mówi.

Jednak rząd ma inny pomysł na pamiątkę po dyktatorze. Gazety w Tiranie rozpisują się o tym, że wielka betonowa budowla ma zostać zrównana z ziemią. W jej miejscu miałby powstać nowy gmach parlamentu.

– Temat wywołał wielkie poruszenie w narodzie. Ale to tylko plany, żadna decyzja nie zapadła, bo zdania są tu podzielone. Protestuje opozycja, ale zburzeniu piramidy sprzeciwiają się też albańscy intelektualiści – mówi Leonard Zissi. – Chociaż Hodża był dyktatorem, który zrobił wiele złego, to jednak jest częścią naszej historii. Piramida w pewnym sensie jest wyjątkowa – dodaje.

Pozostałości po komunizmie w Tiranie jest więcej. Stojąc na placu Skanderbega, patrzę na Pałac Kultury oraz Muzeum Historyczne, nad wejściem do którego wisi olbrzymia mozaika z albańskimi bojownikami walczącymi o niepodległość.

Plac jest właśnie przebudowywany według projektu belgijskich architektów. Ma powstać kilka fontann o zróżnicowanej konstrukcji, a w środku zostanie wybudowana miniaturowa piramida, z wierzchołka której oglądać będzie można panoramę Tirany.

Zegarek George'a W. Busha

Wycieczki szlakiem komunistycznym są jedną z propozycji lokalnych przewodników.

– Zainteresowanie jest spore, bo coraz więcej turystów chce poznać nasz kraj. Niektórzy nawet nie wiedzą, czy Albania leży w Europie czy w Afryce – mówi mi Sadik Malaj, gdy docieram do hotelu. Sadik prowadzi biuro podróży. Zajął się tym biznesem, bo jak mówi, chce zmieniać złą opinię o kraju.

– Wciąż nam szkodzą stereotypy. Że gdy Albańczyk spotka turystę, to go oszuka, okradnie i pobije. Że nie ma prądu, że jest niebezpiecznie, bo są zamieszki. A to nieprawda, tak samo jak to, że gdy gościł u nas prezydent Bush, ktoś ukradł mu zegarek – opowiada mi Sadik w drodze na Sheshi Frederik Shopen, czyli plac Fryderyka Chopina, gdzie od 2003 roku stoi popiersie naszego kompozytora. Towarzystwo Chopinowskie w Albanii otrzymało je od Polski. Dzisiaj na skwerze organizowane są koncerty chopinowskie.

Sadik Malaj to postać znana w Tiranie. Oprócz biura podróży ma salon kosmetyczny, klub fitness i restaurację 1 Maji. Tak dobrej jagnięciny, jak podana w tej małej knajpce, nie jadłem nigdy wcześniej. Albańczycy lubią dobrze zjeść i godzinami biesiadować. Zapach pieczonego mięsa, ostrych przypraw i warzyw unosi się w całym mieście. Pachnie nawet w rodzimych fast foodach – Kolonatach serwujących hamburgery. W Albanii nie ma sieci McDonald's.

Puste meczety

Wieczorem do restauracji Sadika przy skwerze George'a W. Busha schodzą się miejscowi. Wino i rakija leją się litrami, a na stołach pojawia się coraz więcej dań: oprócz jagnięciny duszonej w cebuli i papryce są marynowane pomidory, ryż pieczony z bakłażanami i dynią, papryczki nadziewane białym serem i zapiekana feta.

Zabawa nie kończy się szybko. Po kilku głośnych toastach biesiadników trudno nad ranem wygonić z parkietu, gdy w głośnikach zamiast folku dobiegają nowoczesne bity. W 1 Maji śpiewa Soni Malaj, podobna do Edyty Górniak czarnowłosa córka Sadika i największa gwiazda albańskiego popu próbująca robić międzynarodową karierę...

„Gezuar!" i stukanie kieliszków po zmroku słychać zresztą w wielu miejscach. Blokk – dawna dzielnica komunistycznych aparatczyków – to dziś najmodniejsze miejsce nocnej rozrywki. Wyprawa tam to niemal jak przejście na drugą stronę lustra. Z luksusowych samochodów wysiada rozkrzyczana, modnie ubrana młodzież.

Głośne rytmy atakują z każdej strony, a kelnerzy wyczarowują kolorowe drinki. Nikt się tu nie przejmuje, że Albania to muzułmański kraj i wiara zakazuje spożywania alkoholu. Można go zresztą kupić w każdym sklepie, restauracji i na bazarze.

Religię niełatwo dostrzec nawet na ulicach. Wiele Albanek nie nosi już chust, a młodzi mężczyźni zapominają o owinięciu dłoni tespihem – muzułmańskim różańcem złożonym z 33 paciorków.

Można odnieść wrażenie, że ważniejsze od wiary jest dla nich zarabianie pieniędzy. Niemal na każdym kroku spotykam sprzedawców kasztanów, papierosów, długopisów, parasoli i pamiątek, na których obowiązkowo musi być chociażby najmniejsza czerwona flaga z czarnym orłem o dwóch głowach. Godłem oklejone są też stragany na targach i nocne kluby.

W meczecie Ethem Beja w centrum miasta – za rządów Envera Hodży jedynej świątyni w kraju otwartej tylko dla obcokrajowców – tłumów na modłach też nie ma. Kilku starszych mężczyzn siedzi na dywanach i studiuje Koran, przed głównym ołtarzem modli się trzech młodszych. Modlą się po albańsku, Koran został przetłumaczony. Jak duży wpływ miało na to ogłoszenie przez Hodżę w 1967 roku, że Albania to pierwsze w historii państwo ateistyczne?

Wina od fryzjera

Razem z Leonardem Zissi jedziemy na Kopile, Wzgórza Bohaterów, na których odbywają się uroczystości państwowe i z którego widać panoramę miasta.

– Buduje się u nas bardzo dużo, ale czasem strasznie chaotycznie. Wycinane są lasy, w ich miejscu stawiane są domy – opowiada Leonard. Dopytuję, kto zamieszka w nowych budynkach, skoro w Tiranie mieszka niewiele ponad 600 tysięcy ludzi?  – Ci, którzy wracają z Włoch – odpowiada mój przewodnik.

Wielu Albańczyków wyjechało bowiem za chlebem, głównie do Grecji i Włoch. – Rolnictwo i przemysł są u nas słabo rozwinięte, turystyki wciąż się uczymy. Mówi się nawet, że w Albanii mieszka mniej Albańczyków niż poza jej granicami – wyjaśnia Zissi.

Kraj stawia jednak na produkcję wina i oliwek. „Rząd chce posadzić dwieście milionów krzaków winogron i drzew oliwnych" – czytam w jednym z albańskich dzienników. W okolicy Tirany powstaje coraz więcej małych rodzinnych winiarni. W całej Albanii jest siedemnaście większych zakładów, w których również wytwarzana jest rakija.

Przed odlotem do Warszawy odwiedzam jeszcze winiarnię w Shesh w regionie Leskovik, 40 kilometrów od stolicy. O produkowanych w niej winach słyszałem wiele dobrego od moich albańskich znajomych. Założył ją kilka lat temu Ekrem Bardha, z zawodu fryzjer, który w latach 50. uciekł z Albanii do Ameryki, gdzie prowadził kilkanaście barów McDonald's. Do ojczyzny wrócił po upadku komunizmu.

Przywiózł fortunę i założył winnicę produkującą białe i czerwone wina Bardha. W jednej z książek poświęconej m.in. jego działalności czytam, że specyficzny szczep winny Shesh, dający owoce zarówno białe, jak i czerwone, jest dość wymagający i nie udaje się go nasadzać w innych częściach Europy. Stąd wyjątkowość leskovikowego wina.

Po degustacji zabieram kilka butelek do walizki. Po przylocie do Polski okazuje się, że moje bagaże doleciały z Albanii, ale po trunku ani śladu. Kiedy indziej poczęstuję znajomych albańskim winem...

Podróż samolotem

Najdogodniejsze i najtańsze połączenie do Albanii oferują węgierskie linie lotnicze Malev (www.malev.com, www.malevgsa.pl). Polacy mogą przekraczać granicę z Albanią na dowód osobisty.

Gdzie odpocząć i mieszkać

Podczas pobytu w Albanii warto odpocząć na złocistej plaży np. w kurorcie Durres. Od wiosny do jesieni busy ze stolicy kursują tam codziennie od świtu do zmierzchu.

Można też wybrać się znacznie dalej na południe do leżącej nad uroczą zatoką Sarandy (podróż autobusem trwa osiem godzin). Z wyspy Korfu pływają tam promy i wodoloty. Saranda to także idealne miejsce do nurkowania. Działa tam polska baza nurkowa (www.nurkowaniealbania.pl).

Powstaje coraz więcej wypożyczalni rowerów, skuterów i dżipów (www.albaniantrip.com). Nie ma też problemu z noclegami, ponieważ rozwija się agroturystyka.

Cena noclegu w takim miejscu od osoby to ok. 25 euro. Są także hotele, jednak ceny pobytu są w nich zdecydowanie wyższe (ok. 50 euro za noc).

Albania w Internecie

W Internecie mało jest stron w języku polskim poświęconych Albanii. Warto zajrzeć na stronę www.albania.com.pl. Informacji można też szukać na oficjalnej stronie kraju www.albaniatourism.com.

 

"Rzeczpospolita"