Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Gitara w ręku, nostalgia w sercu

Marcin Flint 02-12-2011, ostatnia aktualizacja 02-12-2011 12:12

Bigbit oficjalnie powrócił! Jest teraz zarówno efektowną pocztówką z dawnych lat, jak i dyskretną inspiracją, elementem rockowej mozaiki. Inne jego oblicze odkrywa Ania Rusowicz, inne Nerwowe Wakacje czy Muzyka Końca Lata. Oba są emocjonujące.

Anię Ru­so­wicz (fot. 1),  Mu­zy­kę Koń­ca La­ta (fot. 2) i Ner­wo­we  Wa­ka­cje (fot. 3)  łą­czy sen­ty­ment do lek­kich,  pol­skich gi­ta­ro­wych pio­se­nek o nie­wy­du­ma­nych spra­wach
źródło: Fotorzepa
Anię Ru­so­wicz (fot. 1), Mu­zy­kę Koń­ca La­ta (fot. 2) i Ner­wo­we Wa­ka­cje (fot. 3) łą­czy sen­ty­ment do lek­kich, pol­skich gi­ta­ro­wych pio­se­nek o nie­wy­du­ma­nych spra­wach
źródło: Materiały Promocyjne
źródło: Materiały Promocyjne

W la­tach 90. big­bit po­brzmie­wał w re­per­tu­arze olsz­tyń­skie­go gi­ta­ro­we­go Big Daya. De­ka­dę póź­niej w prze­bo­jach po­cho­dzą­cej z Cheł­ma gu­stu­ją­cej w re­tro po­pie Ani Dą­brow­skiej. Ale tak na­praw­dę dys­ku­sję o nim roz­po­czął skrom­ny ze­spół z Miń­ska Ma­zo­wiec­kie­go – Mu­zy­ka Koń­ca La­ta.

Za­po­mnia­ne pio­sen­ki

Po­cząt­ko­wo był to dys­kurs w gro­nie wta­jem­ni­czo­nych – dzien­ni­ka­rzy i czy­tel­ni­ków no­wych por­ta­li mu­zycz­nych. Z cza­sem do­tarł on jed­nak do dzien­ni­ków ogól­no­pol­skich, a na­wet ma­ga­zy­nów li­te­rac­kich. Moż­na po­wie­dzieć, że na sce­nie nie­za­leż­nej, czę­sto śle­po za­pa­trzo­nej w Wiel­ką Bry­ta­nię czy Ame­ry­kę, za­po­cząt­ko­wał trend na swoj­skość.

– Cie­szę się, że jest za­in­te­re­so­wa­nie ko­rze­nia­mi pol­skie­go rock'n'rol­la. Że co­raz wię­cej osób ko­pie w do­ko­na­niach tam­tej sce­ny, prze­no­si w cza­sie na­praw­dę ka­pi­tal­ne, a czę­sto za­po­mnia­ne pio­sen­ki i ze­spo­ły. I nie ma­my z Mu­zy­ką Koń­ca La­ta wy­łącz­no­ści na tę pa­sję ani pre­ten­sji, że by­li­śmy pierw­si, bo pew­nie nie by­li­śmy – przy­zna­je li­der gru­py Bar­tosz Chmie­lew­ski.

I do­da­je, że w swo­ich pio­sen­kach na­wią­zu­ją do­syć luź­no do lat 60. – bar­dziej na za­sa­dzie pew­ne­go kli­ma­tu, ha­sła niż prze­no­sze­nia i ko­pio­wa­nia pa­ten­tów z tam­tych cza­sów.

– Ta­kie po­dej­ście wy­da­je mi się cie­kaw­sze niż prze­bie­ra­nie się za big­bi­to­wy ze­spół i uda­wa­nie, że ży­je­my w cza­sach fru­wa­ją­cych ma­ry­na­rek – mó­wi.

A jed­nak do­bre wi­zu­al­ne na­wią­za­nie do daw­ne­go sty­lu w ni­czym nie prze­szka­dza. Co wię­cej, „prze­bie­ran­ki" nie wy­klu­cza­ją ob­co­wa­nia z an­ga­żu­ją­cym emo­cjo­nal­nie dzie­łem.

Tak sta­ło się w przy­pad­ku Ani Ru­so­wicz, cór­ki słyn­nej Ady, dzię­ki któ­rej po­wrót do big­bi­tu mo­że być udzia­łem szer­szej pu­blicz­no­ści. Te­le­dysk do sin­glo­wej „Śle­pej mi­ło­ści" świet­nie się oglą­da. Na ra­zie ma na por­ta­lu YouTu­be 30 tys. wy­świe­tleń. Tyl­ko od wy­twór­ni Uni­ver­sal, wy­daw­cy so­lo­we­go al­bu­mu Ani za­ty­tu­ło­wa­ne­go „Mój big-bit", za­le­ży, czy uda się licz­bę tę zwie­lo­krot­nić.

– Czy sta­łam się w tym te­le­dy­sku Adą? Trud­no mi obiek­tyw­nie na to spoj­rzeć, bo je­stem cór­ką swo­jej ma­my i naj­le­piej mi w tej sty­li­sty­ce – mó­wi Ania Ru­so­wicz. – Nie każ­dy umie wejść w ten kli­mat. Ja to lu­dziom uła­twiam, da­jąc im ro­dzaj baj­ki.

Ale nie każ­dy chce ją wziąć.

Po­ru­sza­jąc su­mie­nie

– Dla mnie wy­znacz­ni­kiem big­bi­tu w pio­sen­kach są te spe­cy­ficz­ne, ner­wo­wo jaz­zo­we przej­ścia na per­ku­sji, a te­go prak­tycz­nie na sce­nie nie sły­chać. Sty­li­za­cja na la­ta 60. w wy­ko­na­niu Ani Ru­so­wicz, gru­py Czar­no-Czar­ni czy Po­mo­rzan nie wno­si nic no­we­go do te­ma­tu, za­wsze bę­dą to wy­ko­na­nia i brzmie­nia gor­sze od pier­wo­wzo­ru, rze­czy dzia­ła­ją­ce na za­sa­dzie cie­ka­wost­ki i ce­pe­lii – twier­dzi Chmie­lew­ski, któ­ry nie bez po­wo­du twór­czość Mu­zy­ki Koń­ca La­ta wo­li na­zy­wać neobig­bi­tem.

– Nie sty­li­zu­je­my – od­po­wia­da Ru­so­wicz. – Gdy­by­śmy sty­li­zo­wa­li, z pew­no­ścią każ­dy by to wy­czuł. A lu­dzie przy­cho­dzą po kon­cer­tach, mó­wiąc, że to szcze­re. Po­ru­szam ich su­mie­nie.

Ania do nie­daw­na nie słu­cha­ła na­wet płyt ma­my, ucie­ka­ła od tej mu­zy­ki. To ty­le nie za­wsze faj­nych wspo­mnień... Ale prze­mo­gła się. Wie­lo­let­nie po­szu­ki­wa­nia do­pro­wa­dzi­ły ją od stu­dio­wa­nia far­ma­cji, przez etap po­szu­ki­wa­nia kon­tak­tów w gru­pie r'n'b Dez­i­re, do so­lo­we­go „Mo­je­go big-bi­tu". – Nie mia­łam ma­my ca­łe ży­cie, te­raz mam ją w so­bie – mó­wi ar­tyst­ka.

I opo­wia­da o tym, że za­le­ża­ło jej po pro­stu na tym, by przy­po­mnieć do­ko­na­nia Ady. W tym ce­lu mu­sia­ła wziąć spra­wy w swo­je rę­ce. Wbrew po­zo­rom na­zwi­sko wca­le nie otwie­ra­ło drzwi. Bo mło­dym Ru­so­wicz ko­ja­rzy się z... Jo­lą Ru­to­wicz.

Zwło­ka wy­szła na do­bre. Z cza­sem, w trak­cie prze­ra­bia­nia pio­se­nek, ar­tyst­ka od­kry­ła, że umie kom­po­no­wać. I to jak! „Mój big-bit" – w po­ło­wie opar­ty na pio­sen­kach Ady Ru­so­wicz, w po­ło­wie au­tor­ski – chwa­lo­ny jest głów­nie za „wkład wła­sny".

Bli­skie spra­wy

U Ani mo­ty­wa­cje są oczy­wi­ste. Co jed­nak urze­kło w big­bi­cie ze­spo­ły nie­za­leż­ne?

– Chy­ba to, że chło­pa­ki z gi­ta­ra­mi śpie­wa­li wte­dy o bli­skich so­bie spra­wach, kło­po­tach z ro­dzi­ca­mi, z dziew­czy­na­mi, że by­wa­li dow­cip­ni, że pio­sen­ki re­ago­wa­ły na co­dzien­ne sy­tu­acje – wy­ja­śnia Bar­tosz Chmie­lew­ski. – Na przy­kład Ka­rin Sta­nek śpie­wa­ła pio­sen­kę za­in­spi­ro­wa­ną ar­ty­ku­łem w „Prze­kro­ju", mó­wią­cym o tym, że nie ma ko­lo­ro­wych snów, a Klen­czon na­rze­kał, że nie ma na ki­no. Po­za tym da­ło się do te­go tań­czyć w pa­rach.

Na­gra­nia Mu­zy­ki Koń­ca La­ta rów­nież sta­ły się apo­te­ozą zwy­czaj­no­ści. By­ło w nich miej­sce na oran­żad­kę w prosz­ku, drze­wa owo­co­we, wie­czor­ne po­wro­ty do cze­ka­ją­cej „przy ga­ra­żach" dziew­czy­ny i „Ta­kie ład­ne oczy" Czer­wo­nych Gi­tar. Naj­now­sza pły­ta ze­spo­łu – „PKP Anie­li­na" (wyd. Thin Man) – rów­nież nie roz­cza­ru­je sen­ty­men­tal­ne­go słu­cha­cza, uj­mu­jąc go no­stal­gicz­ną, wa­ka­cyj­ną at­mos­fe­rą.

Ta­kie­go od­bior­cę ująć mo­że rów­nież nie­co smut­niej­szy „Po­lish rock", krą­żek Ner­wo­wych Wa­ka­cji – „ko­la­żu mu­zycz­nych wra­żeń, do­świad­czeń, sen­ty­men­tów, któ­re­mu aku­rat przy oka­zji tej pły­ty po­zwo­lo­no roz­wi­nąć jed­ną ni­by­nóż­kę w kie­run­ku pol­skie­go big­bi­tu".

– Ja od­naj­du­ję w so­bie ta­kie sfe­ry emo­cji, któ­re moż­na ko­ja­rzyć z at­mos­fe­rą lat 60. w Pol­sce. Któ­re ja tak ko­ja­rzę – mó­wi Ja­cek Sza­brań­ski, w Ner­wo­wych Wa­ka­cjach au­tor zarówno me­lo­dii, słów, jak i wo­ka­li­sta. – Słu­cha­nie płyt za­wsze wy­wo­ły­wa­ło w mo­jej gło­wie sil­ne wi­zu­ali­za­cje sy­tu­acji, hi­sto­rii, o któ­rych by­ła mo­wa w pio­sen­kach, oraz to­wa­rzy­szą­cych im na­stro­jów. Z per­spek­ty­wy cza­su te wspo­mnie­nia „pły­to­we" zle­wa­ją się w jed­no z re­al­ny­mi.

Te­raz Sza­brań­ski sam nie wie, czy to on stał na pe­ro­nie, cze­ka­jąc i za­pusz­cza­jąc już ko­rze­nie, czy to Kra­jew­ski w pio­sen­ce. A to dla­te­go, że tak do­brze zna ten pe­ron i ten po­ciąg, któ­ry nie chciał przy­je­chać. To jed­nak nie­waż­ne.

Dla słu­cha­cza istot­ne jest to, że on, Bar­tosz Chmie­lew­ski, i Ania Ru­so­wicz skie­ro­wa­li ro­dzi­mą mu­zy­kę roz­ryw­ko­wą na nie­co in­ne to­ry.

 

 

 

Życie Warszawy