r e k l a m a

Nie jest łatwo odzyskać czesne

Janina Blikowska 01-02-2012, ostatnia aktualizacja 01-02-2012 23:21

Już po pierwszych zajęciach studentka zrezygnowała z nauki na prywatnej uczelni. Ale do tej pory nie dostała zwrotu czesnego. Sprawa otarła się już o ministerstwo

Jak długo można czekać na zwrot czesnego przez warszawską uczelnię? Pół roku? Dłużej? Na razie nie pomogły nawet interwencje w resorcie. Przekonała się o tym nasza czytelniczka – pani Monika. W październiku 2011 r. postanowiła studiować na kierunku ekonomicznym w Wyższej Szkole Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Fryderyka Skarbka w Al. Jerozolimskich.

– Wybrałam tę uczelnię z powodu specjalności: gospodarka finansowa przedsiębiorstw, którą oferuje mało wyższych uczelni – tłumaczy studentka. Zaraz po zapisaniu przelała na konto szkoły 1,8 tys. zł – tyle bowiem wynosiło wpisowe łącznie z czesnym za cały pierwszy semestr.

Ale Monika była tylko na kilku pierwszych zajęciach.

– Szybko zrozumiałam, że poziom nauczania w tej szkole nie jest zbyt wysoki, dlatego zdecydowałam się odejść – opowiada. I 4 października złożyła pisemną rezygnację ze studiów oraz prośbę o zwrot nadpłaty.

– W dziekanacie od pracownicy uczelni usłyszałam, że muszę ponieść koszty pierwszego miesiąca oraz wpisowego, ale pozostała kwota, czyli 1,3 tys. zł, zostanie mi zwrócona – opowiada pani Monika. Pieniądze szkoła miała wysłać na konto swojej byłej studentki.

Czas mijał, a przelewu nie było. I nie ma.

– Regularnie dzwoniłam do dziekanatu i kwestury. Jednak nikt nie potrafił mi tam wyjaśnić, kiedy dostanę zwrot czesnego – opowiada nasza czytelniczka.

22 listopada złożyła ponowny wniosek o zwrot pieniędzy. Wyraźnie w nim zaznaczyła, że  to już drugie takie pismo. Podkreśliła też, że zgodnie z regulaminem uczelni jej podanie powinno zostać rozpatrzone w ciągu miesiąca.

W listopadzie była studentka WSHiFM rozmawiała też z panią dziekan dr Wandą Pełką. Ta zapewniała ją solennie, że „zajmie się sprawą".

W grudniu sprawa otarła się o rektora uczelni. – Ten przyznał, że uczelnia ma zawirowania finansowe, ale pieniądze mam dostać jak najszybciej – dodaje pani Monika.

Jest luty i... – Sprawa jest w trakcie załatwiania – poinformował nas w imieniu władz uczelni Jacek Dąbrowski, specjalista ds. marketingu i reklamy. Ale nie potrafił wyjaśnić, dlaczego to tak długo trwa.

Zatem pani Monika powiadomiła o swojej sprawie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

– Dostaliśmy skargę od tej studentki – potwierdza Bartosz Loba, rzecznik resortu. Dodaje, że ministerstwo wystąpiło z prośbą do władz uczelni o zbadanie sprawy oraz o przekazanie mu wyjaśnień.

– Uczelnia oczywiście powinna studentowi, który zrezygnował z nauki, zwrócić nadpłatę. Nawet jeśli placówka podpisuje ze studentem umowę wykluczającą zwrot czesnego, taki zapis jest niezgodny z przepisami, znajduje się w rejestrze niedozwolonych klauzul umownych – tłumaczy Bartosz Loba.

Zwraca jednak uwagę, że spory o charakterze cywilnoprawnym między uczelniami a studentami dotyczące opłat czesnego rozstrzygają sądy cywilne. – Ministerstwo nie posiada kompetencji w tym zakresie – dodaje rzecznik.

Studentka może też jeszcze zwrócić się o pomoc do miejskiego rzecznika konsumentów. – W ub. roku podobne sprawy zdarzały się u nas sporadycznie, ale jeszcze kilka lat temu było ich całkiem sporo – przyznaje Małgorzata Rother, warszawski rzecznik konsumentów.

Dodaje, że w wielu sytuacjach wystąpienie z jej urzędu do uczelni okazuje się skuteczne. – Jeśli nie, sprawa z naszą pomocą trafia do sądu. Tam wygraliśmy we wszystkich postępowaniach, w których występowaliśmy – podkreśla pani rzecznik.

Życie Warszawy