Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Kijem w piłkę

Bartosz Klimas 30-09-2017, ostatnia aktualizacja 30-09-2017 00:00

Na boisku jednego z warszawskich liceów jeden z graczy trzyma drewniany kij zakończony płasko niczym wiosło, drugi rzuca w jego kierunku niewielką piłkę.

Warsaw Hussars to pierwszy klub krykietowy założony  przez Polaków
źródło: materiały prasowe
Warsaw Hussars to pierwszy klub krykietowy założony przez Polaków

„W marcu 2014 roku grupa entuzjastów doszła do wniosku, że brakuje klubu, którego nadrzędnym celem byłaby promocja tej dyscypliny sportu w Polsce, przekładająca się na zwiększenie liczby naszych rodaków uprawiających krykiet" – piszą o sobie członkowie Warsaw Hussars, pierwszego klubu krykietowego założonego przez Polaków.

– Przez 20 lat mieszkałem na Wyspach, widziałem ten sport w telewizji, ale nigdy nie grałem, wolałem piłkę nożną i rugby – mówi „Rzeczpospolitej" Jerzy Suchodolski, prezes Warsaw Hussars Cricket Club. – Jednak kiedy wróciłem do Polski i skończyłem 40 lat, doszedłem do wniosku, że jestem za stary na sporty kontaktowe. Zgłosiłem się do Warsaw Cricket Clubu (pierwszego klubu krykietowego w Polsce, stworzonego w 1993 roku przez graczy z krajów „krykietowych" – red.). A w 2014 roku, wraz z innymi Polakami, którzy stawiali pierwsze kroki w WCC, postanowiliśmy założyć własny klub.

Od tamtej pory Husarzy zebrało się około 15, rozegrali kilkadziesiąt meczów, wystąpili w kilku turniejach, sami też parę zorganizowali, trenowali w Wielkiej Brytanii. I promowali krykiet, którego zasady nie są łatwe.

Wokół wicketu

Mecz toczy się na tu owalnym boisku o średnicy 120–140 metrów z udziałem dwóch 11-osobowych drużyn. Główna część gry odbywa się w centralnym punkcie pola (pitch) – to ok. 20-metrowy pas odpowiednio przygotowanej ziemi, na jego obu końcach znajdują się wickety, czyli konstrukcje z palików nakrytych poprzeczkami. Właśnie tam stają dwaj batsmani, czyli zawodnicy z kijami – zadaniem jednego z nich jest odbijanie piłek miotanych przez gracza drużyny przeciwnej (bowlera). Drugi (non-striker) będzie bronił swojego wicketa przed ewentualnym atakiem z pola.

W krykiecie punkty zdobywa drużyna odbijająca – na przykład wówczas, gdy uda się wybić piłkę poza granicę boiska, albo wtedy, gdy po odbiciu piłki batsmani przebiegną całą długość pitchu, zamieniając się miejscami (run). Liczba punktów zależy od liczby takich przebiegnięć.

Drużyna miotająca nie zdobywa punktów, może jedynie ograniczać ich liczbę u przeciwnika, może też osłabić rywali poprzez wykluczanie z gry kolejnych batsmanów. Dzieje się tak m.in., gdy bowler rozbije wicket broniony przez batsmana, gdy zawodnik w polu (fielder) złapie w powietrzu piłkę odbitą przez batsmana z przeciwnej drużyny lub gdy rozbije jeden z dwóch wicketów, zanim dotrze do niego jeden z biegnących batsmanów – dlatego też ci, przebiegając pomiędzy wicketami, muszą oszacować ryzyko.

W drugiej części meczu (innings – słowo brzmi tak samo w liczbie pojedynczej i mnogiej) drużyny zamieniają się rolami.

Elita i reszta

To dopiero wstęp do reguł gry, która może toczyć się nawet przez pięć dni – tyle trwają tzw. mecze testowe, do których rozgrywania prawo ma tylko 12 krajów, pełnoprawnych członków Międzynarodowej Rady Krykieta (International Cricket Council): Anglia, Australia, Nowa Zelandia, Indie, Pakistan, Sri Lanka, Bangladesz, Zimbabwe, RPA, Indie Zachodnie (czyli wspólna reprezentacja Karaibów) oraz włączone w tym roku Afganistan i Irlandia.

Dla maluczkich (także zrzeszonych w ICC, chociaż w roli tzw. associated members) pozostają mecze jednodniowe (ODI – One Day International) nazywane też 50/50, które trwają około ośmiu godzin oraz mecze T20 (Twenty 20), czyli najkrótsza i najmłodsza forma krykieta zamykająca się w trzech godzinach.

– Jestem fanem krykieta testowego, to najbardziej wyrafinowana forma tej dyscypliny. Ale nie odpowiem na pytanie o to, czy takie ograniczenie liczby krajów jest dla krykieta dobre, powiem tylko, że jest w tym trochę z towarzystwa wzajemnej adoracji – przyznaje Jerzy Suchodolski, dodając, że są inne kraje, które reprezentują na tyle wysoki poziom, że z powodzeniem mogłyby rywalizować z terytoriami dawnego imperium. – Uważam jednak, że promowanie krykieta w formacie testowym nie zadziała w świecie – należy promować formy krótsze, bo są tańsze i bardziej widowiskowe.

Wieki ewolucji

Sesje podczas meczów testowych tradycyjnie przerywane są na czas lunchu i popołudniowej herbaty – to nieomylny znak, że dyscyplina pochodzi z Anglii. Prawdopodobnie zbliżona gra była tam znana już w XIII stuleciu, jednak najstarsza udokumentowana wzmianka o krykiecie pochodzi z wieku XVI.

– W XVII wieku gra wywodząca się ze środowisk rolniczo-robotniczych została przechwycona przez arystokrację, m.in. dlatego, że była to znakomita machina do uprawiania hazardu, do tego arystokraci mieli ziemię, na której można było budować boiska – wyjaśnia Jerzy Suchodolski. – A podczas kolonizacji krykiet stanowił swego rodzaju narzędzie wychowawcze. Dziś wszystkie kraje, które miały w tym czasie do czynienia z Wielką Brytanią, tworzą International Cricket Council.

W wiekach XVIII i XIX krykiet zyskiwał na Wyspach rolę sportu narodowego, a przepisy wciąż ewoluowały. – Zmieniało się wszystko, łącznie ze sposobem miotania, bo do lat 60. XIX wieku piłkę rzucano od dołu. Jedyna zasada, która się nie zmieniła, to długość boiska – zaznacza prezes Warsaw Hussars.

Drużyna indywidualistów

W Polsce działa dziś kilkanaście drużyn krykietowych, jednak tylko część z nich jest zarejestrowana jako kluby. Regularne rozgrywki organizowane są przez Warsaw Cricket Club na boisku w podwarszawskich Babicach, jednak – przyznaje prezes Hussars – poziom tych meczów jest wysoki.

Dlatego Husarze wpadli na pomysł organizacji środkowoeuropejskiego turnieju z udziałem drużyn złożonych z rodzimych graczy: CEE Native 6s Cricket Cup (gdzie „CEE" to skrót od Central and Eastern Europe)

– To nasz flagowy turniej. Stworzyliśmy go w 2015 roku, żeby spotykać się z drużynami na naszym poziomie, czyli „rodzimymi" zespołami z regionu. Przyjeżdża Estonia, Serbia, Węgry – każdy ma szanse na zwycięstwo, przy okazji widać, jak te zespoły poprawiają się z czasem – wyjaśnia Jerzy Suchodolski. Podkreśla przy tym, że zarówno stworzenie „polskiego" klubu , jak i organizacja CEE Native 6s Cricket Cup, nie wynikła z chęci odizolowania się od klubów tworzonych w Polsce przez obywateli dawnego Imperium.

– Wszyscy zaczynaliśmy w Warsaw Cricket Club i bardzo wiele zawdzięczamy jego członkom, ale ciężko było im nas uczyć – oni dorastali z krykietem, dla nas są na zbyt wysokim poziomie – mówi szef WHCC, dodając, że we własnym klubie zawodnicy mogą wspólnie rosnąć i rekrutować nowe siły (co dzieje się np. podczas dorocznego Pikniku Olimpijskiego).

Obecnie wraz z przedstawicielami WCC i Old Strikers Cricket Clubu z Tczewa Husarze przygotowują wniosek o założenie federacji polskiego krykieta. To pierwszy krok na długiej drodze do występów pod patronatem International Cricket Council.

Na koniec pytanie, które powinno paść na początku: co takiego jest w krykiecie?

– To maraton przeplatany sprintami i wbrew pozorom sport bardzo wymagający fizycznie i psychicznie. Po długim oczekiwaniu trzeba się nagle zerwać do biegu. Piłka potrafi lecieć na ciebie z prędkością 80 km/h (u najlepszych 100–130 km/h). Do tego trzeba myśleć strategicznie – wylicza Jerzy Suchodolski. – To sport drużynowy dla indywidualistów, myślę, że Polacy byliby w nim bardzo dobrzy.

"Rzeczpospolita"