Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Boska Ordonka

Agnieszka Niemojewska 10-02-2018, ostatnia aktualizacja 10-02-2018 00:00

Hanka Ordonówna nie była klasyczną pięknością, nie miała też głosu jak dzwon.

źródło: nac

Aby zrozumieć fenomen popularności Hanki Ordonówny, Ordonki (takiego skrótu jako pierwszy użył Tadeusz Boy-Żeleński), trzeba choćby wspomnieć o narodzinach kabaretów literackich, które w okresie międzywojnia w dużych miastach wyrastały jak grzyby po deszczu. To zrozumiałe, że po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości, po 123 latach zaborów zwłaszcza mieszkańcy stolicy spragnieni byli zabawy i rozrywki na poziomie. Premiera pierwszej rewii w odrodzonym kraju „Wiwat wolność" odbyła się... 11 listopada 1918 r. w warszawskim teatrzyku Miraż. Publiczność dopisała, reagowała żywiołowo na kolejne występy. Szybko jednak wymagania zamożnych warszawiaków zaczęły rosnąć, nie wystarczały im już żołnierskie piosenki czy żarty z polityków. Chcieli się dobrze bawić, sycić oczy pięknem i przepychem. W 1919 r. powstał w stolicy, w Galerii Luxenburga przy ul. Senatorskiej, najsłynniejszy kabaret literacki lat 20. Qui Pro Quo, który działał przez następne 12 lat i wyznaczał nowe trendy w sztuce estradowej. Teksty piosenek i skeczy dla artystów pisali m.in. Julian Tuwim, Marian Hemar czy Konrad Tom. A jedną z najjaśniejszych gwiazd tego kabaretu była Hanka Ordonówna. Jej droga na szczyt była jednak niełatwa.

„Szczęście raz się uśmiecha"

Nic nie wskazywało na to, że do Ordonki szczęście uśmiechnie się choćby raz. Była córką biednego warszawskiego kolejarza Władysława Pietruszyńskiego. Gdy miała kilka lat, ojciec zapisał ją do szkoły baletowej tylko po to, by zapewnić córce choć jeden ciepły posiłek w ciągu dnia. Okazało się, że małej Marii Annie – bo takie imiona otrzymała na chrzcie – taniec sprawia ogromną radość, a występowanie na scenie jest jej żywiołem. Przyjęło się uważać, że debiutowała w wieku 16 lat. Ale tu pojawia się kłopot. Według oficjalnych danych urodziła się 25 września 1902 r. Jednakże w leksykonie „Czy wiesz, kto to jest?" pod redakcją Stanisława Łozy z 1938 r. odnajdziemy informację, że Ordonówna urodziła się 11 sierpnia 1904 r. Z kolei w jedynym ocalałym dokumencie – paszporcie konsularnym wydanym w Teheranie w 1943 r. – wpisano 23 września 1905 r. Natomiast nekrologi, które we wrześniu 1950 r. w prasie krajowej i emigracyjnej zamieściła rodzina, podają 1902 r. jako rok urodzenia artystki. „Najprawdopodobniej urodziła się w 1900 r. A może nawet rok lub dwa lata wcześniej? Pierwsze wzmianki o jej występach pochodzą już z roku 1916. A miała właśnie 14–16 lat, gdy jako uczennica warszawskiej szkoły baletowej występowała w przedstawieniach Teatru Wielkiego, co potwierdzają liczne źródła. Najcenniejsze wydaje się wspomnienie Konrada Toma, który po śmierci artystki, gdy uznał, że dyskrecja już go nie obowiązuje, ujawnił, że debiutowali razem jesienią 1915 r. w teatrzyku Miraż, przy Nowym Świecie 63. Musiała mieć wówczas 16–17 lat" (Anna Mieszkowska, „Była sobie piosenka", Muza 2006).

Debiut z prawdziwego zdarzenia, dostrzeżony przez prasę, Hanka Ordonówna – bo taki pseudonim sceniczny wymyślił jej aktor Karol Hanusz – miała w 1918 r. w kabarecie Sfinks przy Marszałkowskiej 116, gdzie wcześniej działało kino i Biuro Kinematograficzne Aleksandra Hertza (przeniesione w tym czasie na Mokotowską 12). Była jedną z tancerek, wystąpiła w stroju kowbojskim i po raz pierwszy zaśpiewała na scenie piosenkę „Szkoda słów", z muzyką Józefa Zucka i tekstem Artura Tura. Ten ostatni tak to wspominał po latach: „Debiut ten wypadł bardzo niefortunnie. Można było o nim rzeczywiście powiedzieć tylko: »Szkoda słów«. Przypominam sobie recenzję z tego programu. Pewien znany i ceniony krytyk, którego opinia była wtedy wyrocznią, pisał: »a jeżeli chodzi o p. Ordonównę, jestem zdania, że kotów i dzieci na scenie pokazywać nie należy«. Była to, jak łatwo się domyślić, aluzja do dziecinnego wyglądu i bardzo jeszcze wtedy piskliwego głosu Ordonki" (Artur Tur, „Czterdzieści lat pod znakiem piosenki" [w:] „Dymek z papierosa, czyli wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach" pod redakcją Kazimierza Rudzkiego, Iskry 1959). Początek kariery nie wyglądał więc obiecująco.

Przez następny rok Ordonka, być może zniechęcona słabym debiutem w stolicy, występowała w teatrze Wesoły Ul w Lublinie, gdzie zyskała popularność jako wykonawczyni żołnierskich piosenek. Gdy teatr splajtował, wróciła do Warszawy. W czerwcu 1919 r. ponownie występowała w Sfinksie, a od sierpnia podjęła pracę w Mirażu. Przełom w karierze zawdzięczała Karolowi Hanuszowi, który poznał początkującą artystkę z zamożną i wpływową w ówczesnej Warszawie poetką Zofią Bajkowską, u której dziewczyna zamieszkała: „Obszerne mieszkanie w wysokim domu przy ulicy Koszykowej 50 urządzone jest staromodnie, lecz artystycznie. W dużym salonie z żyrandolem obrazy polskich malarzy i rodzinne portrety, zaś na fortepianie stoją w ramkach zdjęcia aktorek i aktorów z wyrazami wdzięczności dla »Kochanej Bajkosi«. Ordonówna odczytuje dedykacje z podziękowaniem za wiersz, za piosenkę lub za poparcie i wie, że ta dziwna pisarka o niewyparzonym języku i złotym sercu na pewno i dla niej zrobi niejedno" (Tadeusz Wittlin, „Pieśniarka Warszawy. Hanka Ordonówna i jej świat", Wydawnictwo Polonia 1990). To właśnie dzięki protekcji Zofii Bajkowskiej Ordonka trafiła do zespołu Qui Pro Quo. Po raz pierwszy na scenie tego kabaretu wystąpiła 21 lipca 1920 r., a kontraktem była z nim związana przez niemal dekadę (1922–1931). Tam spotkała mężczyznę, który nadał bieg jej karierze – Fryderyka Járosyego.

Wcześniej jednak, o czym trzeba choćby wspomnieć ze względu na konsekwencje, zakochała się w Januszu Sarneckim, młodym, ale niezwykle obiecującym aktorze. Choć znali się jeszcze z Warszawy, to ich romans rozkwitł na dobre, gdy artystka zawitała do Wilna, gdzie jej ukochany został dyrektorem teatru. Uczucie rozgorzało na nowo, Sarnecki jednak porzucił Ordonkę dla innej kobiety, z którą wkrótce stanął na ślubnym kobiercu. Pogrążona w rozpaczy i zdesperowana Hanka targnęła się na życie. „W ostatniej chwili, kiedy naciskała na spust pistoletu, musiała się jednak zawahać, bo drgnęła jej ręka i w rezultacie kula tylko drasnęła skroń. Po tej próbie samobójczej pozostała Pietruszyńskiej pamiątka do końca życia – od tej pory zacznie nosić kapelusze nasunięte na lewe ucho, które miały jedynie maskować mankament urody, a stały się rewolucją w modzie" (Sonia Miniewicz, „Hanka Ordonówna: miłości jej życia", www.film.onet.pl).

„Uliczka w Barcelonie"

Latem 1924 r., gdy do Warszawy zawitał kabaret Niebieski Ptak założony przez rosyjskich emigrantów, pozycja Ordonki w Qui Pro Quo była już ugruntowana. Ale jako najjaśniejsza gwiazda polskiej estrady dopiero miała rozbłysnąć. Stało się tak za sprawą jednego z artystów Niebieskiego Ptaka. Fryderyk Járosy, Węgier urodzony w Grazu, poznał Hankę Ordonównę na uroczystej kolacji w Bristolu. Zakochał się w „Hanećce", jak ją pieszczotliwie nazywał, zakochał się też w Warszawie. Wkrótce para zamieszkała razem w pensjonacie na Nowym Świecie. Żyli niczym małżeństwo, ale o ślubie nie mogło być mowy, ponieważ Járosy miał już żonę, która nie chciała dać mu rozwodu, oraz dwoje dzieci. Ordonce to jednak nie przeszkadzało, zwłaszcza że ukochany miał niebagatelny wpływ na rozkwit jej kariery.

Warszawską publiczność Járosy zachwycał swym urokiem, błyskotliwym dowcipem i inteligencją. Antoni Słonimski wspominał, że choć przystojny Węgier początkowo w ogóle nie znał polskiego, to estradowego tekstu w naszym języku potrafił się nauczyć na pamięć w jeden wieczór. I to właśnie on wykreował Hankę Ordonównę na artystkę wielkiego formatu: „Po pierwszych sukcesach Ordonki, którą w Qui Pro Quo nikt z kierownictwa artystycznego teatru się nie zajmował ani od strony repertuaru, ani interpretacji, garnęli się do niego wszyscy występujący w tym teatrze artyści. Wzbudzał zaufanie, dla każdego miał czas, umiał słuchać i wypowiadać krytyczne nieraz opinie w taki sposób, że nawet najbardziej rozkapryszona gwiazda godziła się na dyskretnie proponowane zmiany w interpretacji tekstu" (Anna Mieszkowska, „Jestem Járosy! Zawsze ten sam...", Muza 2008). Potrafił doradzić nawet w kwestii doboru scenicznego stroju. Przede wszystkim umiał wychwycić słabości artystki i przemienić je w zalety.

Jak czytamy u Ludwika Sempolińskiego („Moje wspominki kabaretowe" [w:] „Dymek z papierosa... op. cit.), „innym rodzajem talentu była Hanka Ordonówna. Każda jej piosenka opracowywana była do najdrobniejszych szczegółów. Obdarzona miłym, maleńkim, ale wyrobionym głosikiem, w pewnym okresie swej burzliwej kariery zniszczyła go, tym bardziej że zawsze była zagrożona chorobą płuc (...). Pozostała jej dziwna skala: bardzo niski dół i cienkie, dziecięce wysokie tony. Stąd piosenka była wykonywana w dziwny – jej tylko właściwy sposób. Z niskich, pełnych nastroju tonów przerzucała się w dziecięco brzmiące górne rejestry. Wychodziły stąd dziwne interwale głosowe z szorstkiego dołu w cieniutką górę: dlatego wykonanie każdej piosenki przez nią było specyficzne, po prostu niepowtarzalne, a przy tym tak sugestywne, że ówczesne młodziutkie piosenkarki mimo woli zaczęły ją naśladować". Gdy była u szczytu sławy, Járosy spotykał się już z młodszą jej koleżanką, Stefanią Górską. Zakończyła więc ten związek bez przyszłości, choć nie zerwała zawodowych kontaktów z Járosym.

Ordonka wypracowała własny, niepodrabialny styl – zarówno artystycznej ekspresji, jak i scenicznego emploi. Jak nikt interpretowała piosenki miłosne, które później nuciła cała Polska. Już w 1927 r. ukazała się jej pierwsza płyta „Hanka Ordonówna znakomita artystka teatru Qui Pro Quo" nakładem wytwórni Syrena. Muzykę pisali dla niej najlepsi kompozytorzy, a teksty – najlepsi ówcześni autorzy, z Hermanem i Tuwimem na czele.

Jesienią 1929 r. w jej życiu pojawił się młody (i młodszy od niej) hrabia Michał Tyszkiewicz. Czym ją ujął? Wręczył jej piosenkę „Uliczka w Barcelonie" – do hiszpańskiej melodii napisał własny tekst – którą Ordonka wykonywała w Qui Pro Quo (napisał dla niej jeszcze kilka tekstów, m.in. „Jesienną piosenkę"). Jej interpretacje tak wspominał Jerzy Jurandot w „Dziejach śmiechu" (Iskry 1959): „Do dziś wyraźnie słyszę każdą intonację jej niezapomnianego głosu, nieoczekiwane załamania i nieoczekiwane fermaty. Do dziś widzę jej białe, wąskie, utanecznione ręce, które żyły swoim samodzielnym życiem, którymi umiała dopowiedzieć w piosence wszystko to, czego zabrakło w tekście. Zjawiska równej miary, co Ordonka, nie było na scenie polskiego kabaretu ani przedtem, ani potem. Występ Ordonki – występowała zwykle dwa razy w ciągu wieczora – to był moment, kiedy moja ekstaza osiągała punkt szczytowy". Nie może więc dziwić, że 26-letni hrabia Tyszkiewicz zupełnie stracił głowę dla takiej gwiazdy. W efekcie on, dziedzic rodowego majątku, właściciel ponad 15 tysięcy hektarów ziemi, w 1931 r. poślubił córkę kolejarza. Była to jedna z największych sensacji towarzyskich II Rzeczypospolitej. Rodzina hrabiego uznała to małżeństwo za kompromitujący mezalians, choć z czasem młodsze pokolenie polubiło „ciotkę Hankę". Ordonka zaś, mimo że została hrabiną, nadal występowała na scenie, a nawet... jeździła konno w rewii cyrkowej.

„Miłość ci wszystko wybaczy"

Miłość hrabiego Tyszkiewicza do uwielbianej przez rzesze mężczyzn Ordonki nieraz została wystawiona na próbę. Zwłaszcza że gwiazda przedwojennej estrady nie stroniła od adoratorów. Jednym z tych, który stracił dla niej głowę, był Juliusz Osterwa, ówczesny dyrektor Teatru Miejskiego im. Słowackiego w Krakowie. To za jego sprawą w dawnej stolicy artystka występowała już nie tylko z repertuarem rewiowym, ale też w rolach dramatycznych. Zakochany Osterwa postanowił uczynić z Hanki Ordonówny wielką aktorkę – co z góry było skazane na niepowodzenie. W latach 1933–1935 zaangażował ją do kilku spektakli. Diana Poskuta-Włodek ([w:] „Co dzień powtarza się gra...", Wyd. Państwowy Teatr im. J. Słowackiego, Kraków 1993) tak to opisuje: „Pragnący za wszelką cenę namówić Ordonkę do zrobienia kariery w teatrze (a konkretnie w Reducie), Osterwa rzeczywiście postawił ją w niezwykle trudnej, z góry przegranej sytuacji. Widzowie ani na moment nie zapominali o estradowym rodowodzie artystki. Zarówno w »Erosie i Psyche«, jak i w »Wieczorze Trzech Króli«, gdzie jako Viola śpiewała jedną z piosenek Błazna, w trakcie przedstawienia oklaskami wymuszano bisy. Nawiązywała podobno silniejszy kontakt z publicznością niż z partnerami na scenie. Pisano, i słusznie, że Osterwa każąc jej grać, skrzywdził i Ordonównę, i teatr. Sama piosenkarka doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji. Po którymś przedstawieniu »Ptaka« Szaniawskiego doszło do głośnej awantury między nią a Osterwą. Chciała (i doskonale umiała) sama kierować swoją karierą". Zraniony wielbiciel postanowił się zemścić – odesłał miłosne listy pisane przez Ordonkę... jej mężowi.

Kraków huczał od plotek, artystka wróciła więc do Warszawy. W stolicy liczył się tylko jej talent: jak nikt inny interpretowała chwytające za serce piosenki. Jej pozycja gwiazdy była niezagrożona, zwłaszcza odkąd cała Polska śpiewała jej największe przeboje – „Miłość ci wszystko wybaczy" i „Na pierwszy znak". Obie piosenki po raz pierwszy wykonała w filmie „Szpieg w masce" (reż. Mieczysław Krawicz, 1933 r.). I choć sam obraz nie był arcydziełem kinematografii, a Hanka Ordonówna nie najlepiej poradziła sobie w roli Rity Holm, agentki wywiadu, to śpiewane przez nią piosenki okazały się ponadczasowymi szlagierami. Miały nie tylko wpadające w ucho rzewne melodie, napisane przez Henryka Warsa, ale przede wszystkim proste acz piękne teksty, których autorem był Julian Tuwim. Wystarczy przytoczyć choćby ten fragment:

„Miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja".

W małżeństwie Ordonki z Tyszkiewiczem to hrabia musiał nieustannie wybaczać swej żonie kolejne romanse. Jednym z jej wielbicieli miał być przed wojną Igo Sym. Poznali się na deskach warszawskiego teatru rewiowego Banda (w 1932 r. Ordonka występowała w kabaretowym show „Banda, naprzód!"). Faktem jest, że Sym był niezwykle przystojnym mężczyzną i aktorem obytym w świecie – w latach 20. w niemieckich filmach partnerował m.in. Marlenie Dietrich. Okazało się jednak, że jednocześnie był agentem wywiadu niemieckiego, a po wybuchu II wojny światowej stał się konfidentem Gestapo.

Po ataku Niemiec na Polskę Ordonka przyjęła zupełnie inną postawę. Mieczysław Fogg ([w:] „Od palanta do belcanta", Warszawa 2009) tak to wspominał: „1 września zadzwoniła do mnie Hanka Ordonówna: – Mieciu – mówiła do mnie podnieconym głosem – idziemy śpiewać na dworce, dla rannych żołnierzy! [...] nazajutrz udałem się [...] na Dworzec Gdański. Tam też zjawiła się po paru minutach Hanka Ordonówna. Ubrana była po wojskowemu: mundur khaki, peleryna strzelców podhalańskich, głowę zdobił jej kapelusz z piórem, a u pasa aktorki umieszczona była kabura z rewolwerem... Gdy tylko na dworzec zajechał pierwszy pociąg z rannymi, zaczęliśmy chodzić od wagonu do wagonu, śpiewając piosenki. Żołnierze, często w bandażach, byli utrudzeni, ale nie tracili ducha. – Nie damy się! – wołali. Spędziliśmy z Hanką Ordonówną całe godziny na dworcu – także przez następne dni – czekając na przybycie nowych pociągów w kwaterze komendanta wojskowego stacji. To były moje ostatnie spotkania i występy z Hanką Ordonówną (śpiewała swoje piosenki z ogromnym wzruszeniem), znakomitą artystką i wielką patriotką". Ordonka nie poprzestała na śpiewaniu dla żołnierzy. Wraz z innymi warszawskimi aktorami i artystkami w pierwszych dniach wojny kopała rowy przeciwlotnicze. Niestety, 28 września – opuszczona przez sojuszników – Warszawa skapitulowała. Rozpoczął się czas okupacji.

Wróćmy do Igo Syma. W owym czasie władze Generalnej Guberni powierzyły mu prowadzenie Theater der Stadt Warschau (w miejsce Teatru Polskiego przy ul. Karasia 2) oraz zarządzanie kinem Helgoland „Nur für Deutsche" (było to przedwojenne Palladium przy ul. Złotej 7/9). Otrzymał też koncesję na prowadzenie Teatru Komedia przy ul. Kredytowej 14. I to właśnie Igo Sym w listopadzie 1939 r. pomógł zorganizować zasadzkę, w wyniku której Hanka Ordonówna została aresztowana przez Gestapo (tu trzeba nadmienić, że za współpracę z okupantem Wojskowy Sąd Specjalny ZWZ wydał wyrok śmierci na Syma. 7 marca 1941 r. tzw. akcję wyrokową przeprowadził zespół bojowy ZOM kontrwywiadu Okręgu Warszawa-Miasto ZWZ). Aresztowanej Ordonce nie pomógł ani status gwiazdy (jeszcze latem 1939 r. koncertowała w Stanach Zjednoczonych; do kraju powróciła z końcem sierpnia), ani stan zdrowia (w 1937 r. zachorowała na gruźlicę, którą lekarzom udało się zaleczyć, ale w każdej chwili choroba mogła powrócić ze zdwojoną siłą). Na ratunek ruszył mąż, którego wojna zastała w Wilnie.

„Zapomniana piosenka"

Hrabia Tyszkiewicz, gdy tylko dowiedział się, że jego ukochana żona została uwięziona na Pawiaku i oskarżona o szpiegostwo na rzecz Anglii, uruchomił swoje dyplomatyczne kontakty. Niewykluczone, że w sprawie Ordonki u samego Führera interweniował spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II. W każdym razie w lutym 1940 r. artystka została zwolniona z więzienia i natychmiast wyjechała do męża, do jego rodowego majątku w Ornianach. Stamtąd małżonkowie udali się do pobliskiego Wilna. Jak czytamy na stronie www.culture.pl (Janusz R. Kowalczyk, „Hanka Ordonówna"), „jej pierwszy występ w sali Teatru na Pohulance stał się manifestacją narodową. W latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym. Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu jego politycznego zaangażowania – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie – i wywiozło na Łubiankę w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwała wojna niemiecko-sowiecka (22 czerwca 1941 r.)".

Pomimo artystycznego zaangażowania nie uniknęła aresztowania: gdy odmówiła przyjęcia obywatelstwa ZSRR, za „nieposiadanie przynależności państwowej" zesłano ją do sowchozu pod Kujbyszew nad Wołgą. Wystarczyło kilka tygodni, by z powodu dramatycznych warunków życiowych Ordonównie odnowiła się choroba płuc. Pomogła jej wówczas miejscowa lekarka, Rosjanka, która zatrzymała Ordonkę dłużej w szpitalu, by mogła odzyskać siły. Od niechybnej śmierci uratował ją podpisany 30 lipca 1941 r. układ Sikorski–Majski, dzięki któremu została uwolniona. Dotarła do polskiego ośrodka w Taszkencie (stolica Uzbekistanu), gdzie zaopiekowała się polskimi sierotami. By im zapewnić lepszy byt, odwiedziła jedną z polskich placówek – w Aszchabadzie (obecnie stolica Turkmenistanu). I właśnie tam, po miesiącach rozłąki, spotkała swego męża, który zarządzał tą placówką. Pomimo złego stanu zdrowia Ordonka pomogła ewakuować polskie sieroty – przez Bombaj, Teheran, Jerozolimę i Tel Awiw – do Bejrutu w Libanie. Tam jej mąż został pracownikiem Poselstwa Polskiego. Nadal opiekowała się dziećmi i koncertowała dla żołnierzy II Korpusu gen. Andersa.

Po wojnie Hanka Ordonówna rzadko występowała – uniemożliwiała jej to postępująca gruźlica. Za to chętnie malowała (np. cykl „Zamki na lodzie"), pisała wiersze, wydała także książkę poświęconą polskim wojennym sierotom, którymi się opiekowała. „Tułacze dzieci" ukazały się w Bejrucie w 1948 r. pod pseudonimem Weronika Hort (od: Hanna Ordonówna Tyszkiewicz). Ze swych wspomnień, gdy opiekowała się gromadą kilkudziesięciu dzieci, artystka utkała wzruszającą opowieść o losach kilkorga sierot uratowanych z wojennej zawieruchy. Co ją skłoniło do napisania tej książki? Sama ujęła to najlepiej: „Chociaż w morzu nieszczęść, w jakich utonęła ludzkość, ta historia garstki tułaczych dzieci jest kroplą, niemniej może trafi do serc tych wszystkich, którzy walczą o sprawiedliwy, miłosierny, ludzki świat".

Hrabia Tyszkiewicz opiekował się żoną do ostatnich chwil – Ordonka przegrała jednak walkę z gruźlicą. Zmarła 8 września 1950 r. w Bejrucie i tam została pochowana. Po latach do miasta zawitała Mira Zimińska-Sygietyńska ze swym zespołem Mazowsze. Odnalazła zaniedbany i opuszczony grób artystki (Michał Tyszkiewicz zmarł w 1974 r. w Monachium). Gdy wróciła do Warszawy, wzburzona powiadomiła o tym Jerzego Waldorffa, znanego z opieki nad Powązkami. To z jego inicjatywy prochy Hanki Ordonówny sprowadzono do Polski i z honorami pochowano 12 maja 1990 r. w Alei Zasłużonych na Powązkach.

"Rzeczpospolita"