Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Lekarz z obcym paszportem

Ewa Zwierzchowska 14-10-2010, ostatnia aktualizacja 15-10-2010 17:08

Z Jemenu, Libanu, Ukrainy czy z Armenii przybywają do stolicy lekarze. Coraz więcej zagranicznych medyków decyduje się na pracę w naszych szpitalach. Kuszą ich dobre zarobki i możliwość awansu.

*Ginekolog Jurij Feduniv jest jednym z dwóch lekarzy „z importu“ w Szpitalu św. Zofii
autor: Magda Starowieyska
źródło: Fotorzepa
*Ginekolog Jurij Feduniv jest jednym z dwóch lekarzy „z importu“ w Szpitalu św. Zofii

Dostałem szansę, aby kształcić się pod okiem wybitnych kardiologów. Dlatego wybrałem Polskę – tłumaczy Jemeńczyk Ghassan Abdh Ali Abu-Shawareb, który robi specjalizację na oddziale kardiologii Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego. Skończył studia medyczne w Warszawie i wyjechał do swojego kraju. – Ale gdy okazało się, że u siebie nie mam zbyt wielu możliwości rozwoju, wróciłem do Polski. I mam dobry kontakt z pacjentami – mówi.

Tu dla nich jest raj

W Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie zarejestrowanych jest 302 lekarzy obcokrajowców.

– Ich liczba z roku na rok rośnie. Lekarze napływają przede wszystkim z Albanii, Armenii, Białorusi, Bułgarii, Iranu, Libanu, Libii, Litwy, Mongolii, Palestyny, Rosji, Syrii oraz Ukrainy – wymienia Ewa Gwiazdowicz, rzecznik prasowy OIL. – Zdarzają się też medycy z Austrii, Niemiec i ze Szwecji.

Skąd tak duże zainteresowanie pracą w stołecznych szpitalach? Zagraniczni lekarze, z którymi rozmawialiśmy, nie ukrywali, że skusiły ich wysokie zarobki. Ale nie tylko...

– Wchodzą nowoczesne zabiegi, jest coraz lepszy sprzęt, są świetne warunki do rozwoju zawodowego – tłumaczy dr Jurij Feduniv, który od trzech lat pracuje w Szpitalu św. Zofii. Pochodzi z Ukrainy, gdzie ukończył medycynę.

Aby leczyć w Polsce, musiał najpierw nauczyć się naszego języka i zdać egzamin lekarski. – Było ciężko, ale się opłacało. W tym szpitalu przeszedłem niemal wszystkie szczeble kariery. Zaczynałem od stażysty, a teraz jestem konsultantem i nadzoruję kilka oddziałów. Pełnię też dyżury w izbie przyjęć – opowiada.

Lekarze „z importu” niemal od ręki znajdują zatrudnienie w stołecznych szpitalach. Powód? Lecznicom dramatycznie brakuje specjalistów, głównie anestezjologów czy chirurgów (nasi wyjechali do Europy Zachodniej). – Mamy 15 lekarzy z zagranicy. Przyjechali głównie z krajów arabskich. Wśród nich są m.in. chirurdzy – potwierdza dr hab. Ireneusz Nawrot, zastępca dyrektora ds. medycznych ze szpitala przy ul. Banacha. Zdarzają się też np. diagności laboratoryjni. Jeden taki specjalista pracuje w Szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej.

Pod opieką cudzoziemców można też się znaleźć w większości szpitali ginekologiczno-położniczych. Niektórzy z nich mają już nawet polskie obywatelstwo. Na przykład na Karowej są lekarze pochodzący z Mali, Libii i Białorusi, a na Inflanckiej anestezjolog i dwóch ginekologów z Ukrainy. Podobnie w lecznicy św. Zofii przy ul. Żelaznej. – Mamy dwóch lekarzy z Ukrainy – mówi Agnieszka Gibalska-Dembek z placówki.

– W klinice czuję się jak w domu. Świetni ludzie, idealne warunki pracy i ciągle uczę się czegoś nowego – mówi lekarka Nada Mouallem, ginekolog ze szpitala przy ul. Karowej, która pochodzi z Libanu.

Dyrektorzy przyznają, że niekiedy pacjenci podchodzą do lekarzy z zagranicy z nieufnością. Obawiają się, że specjalista się z nimi „nie dogada“ – nie zrozumie dolegliwości czy wypisze złą receptę. – Kiedy przyjęliśmy do pracy Armeńczyka, na początku kilka osób pytało o możliwość zmiany lekarza – przyznaje jeden z szefów oddziału. – Jednak okazało się, że świetnie sobie radzi i chorzy przekonali się do niego. Potwierdzają to pacjenci. – Gdy dwa lata temu trafiłem do nefrologa arabskiego pochodzenia, zastanawiałem się, czy ma odpowiednie kwalifikacje, zwłaszcza że kaleczył język polski. Ale tak się mną zajął, że do dziś jest moim lekarzem – opowiada pan Jarosław Kański.

– Lekarze z zagranicy szybko zyskują uznanie chorych, bo wytrwale szlifują polski, asymilują się z pacjentami i innymi lekarzami – komplementuje kolegów dr hab. Ireneusz Nawrot ze szpitala przy Banacha.

– Nigdy nie odczułem, że jestem gorzej traktowany czy to przez lekarzy, czy pacjentki, chociaż po polsku wciąż zaciągam – dodaje dr Jurij Feduniv.

Ostra selekcja

Dyrektorzy lecznic przyznają, że lekarzy cudzoziemców mogłoby pracować jeszcze więcej, gdyby nie uciążliwe procedury. – W Polsce ciężko jest uzyskać potwierdzenie prawa do wykonywania zawodu, które jest niezbędne do rozpoczęcia pracy – twierdzi Jarosław Rosłon, szef Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego.

Lekarze spoza Unii muszą bowiem m.in. nostryfikować dyplom oraz zdać egzamin z języka polskiego i odbyć staż.

– Najczęściej przyznajemy prawo do wykonywania zawodu na czas określony, ograniczony prawem pobytu w Polsce – mówi Ładysław Nekanda-Trepka, przewodniczący komisji rejestracji i prawa wykonywania zawodu OIL w Warszawie.

Dodaj swoją opinię

Życie Warszawy