Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Lekarz, który pływał w karetce

Karolina Kowalska 04-07-2017, ostatnia aktualizacja 04-07-2017 00:00

W ładną pogodę zalew odwiedza ok. 10 tys. osób – opowiada Maciej Sterliński, kardiolog i członek Legionowskiego WOPR.

źródło: materiały prasowe

Legionowskie Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (LWOPR) porównywane jest z krajowymi potęgami – mazurskim i sopockim. Jak to się stało, że pogotowie nad mazowieckim Zalewem Zegrzyńskim dorównało potęgom znad naprawdę dużych akwenów?

Maciej Sterliński: Nad zalewem w letnie weekendy wypoczywa od kilku do kilkunastu tysięcy osób, więc LWOPR, jak odpowiedniki sopocki czy mazurski, ma pod opieką również dużą liczbę wypoczywających nad wodą.

Jak zaczęła się historia LWOPR?

Mogę mówić o początku XXI w., kiedy sam trafiłem nad zalew. Namówił mnie mój były nauczyciel z liceum, z którym spotkałem się w gabinecie. Wspomniał, że jest ratownikiem, i zaprosił mnie nad zalew. Postanowiłem odświeżyć znajomość z akwenem, na którym w latach 80. pływałem regatowo na łodzi 470 w Szkolnym Wojewódzkim Ośrodku Sportowym (SWOS) w Zegrzu. Pojechałem i... zostałem. Był wrzesień, koniec sezonu, ale jeździłem tam, dopóki łódki były na wodzie. Wtedy też poznałem Krzysztofa Jaworskiego, przyszłego prezesa LWOPR, który już wówczas był znaczącą postacią w środowisku. Miał cele i wizje, którymi porywał innych. Prócz kilku jednostek ratowniczych na zalewie funkcjonowała wówczas pierwsza karetka wodna na łodzi Atol 550, motorówce, którą wszyscy wspominamy z sentymentem, chociaż mało nadawała się do naszych zadań.

W naturalny sposób zaczął pan pływać w karetce?

To były pionierskie czasy, gdy lekarz w karetce dysponował wyposażeniem jak ze starych filmów, a jej wyposażenie w niczym nie przypominało wnętrza dzisiejszego ambulansu na kołach. Zacząłem się angażować w tworzenie struktur legionowskiego WOPR. Nad zalewem dyżurowałem praktycznie co weekend, zarówno jako lekarz w karetce wodnej, jak i ochotnik-stażysta. Zrobiłem kurs młodszego ratownika wodnego, a potem kursy motorowodne – najpierw młodszego sternika motorowodnego, potem sternika, a na końcu stermotorzysty. To uprawnienia śródlądowe, które umożliwiają pływanie zawodowe, m.in. pływanie na jednostkach WOPR znajdujących się na dyżurze i w akcji. Na początku XXI w. na dyżurach spotykaliśmy się z grupą kolegów, którzy reprezentowali różne drużyny WOPR-owskie.

To wówczas narodziła się idea grupy ratowniczo-poszukiwawczej?

Stwierdziliśmy, że w ładną pogodę zalew odwiedza ok. 10 tys. osób, ale ta liczba wcale się nie zmniejsza zimą. Wówczas mamy do czynienia z wędkarzami łowiącymi podlodowo, bojerowcami, ale także sporą grupą amatorów niebezpiecznego chodzenia po lodzie i rozrywki najbardziej ekstremalnej, czyli wyścigów samochodów na lodzie. Jesteśmy więc potrzebni nie tylko latem, kiedy – oprócz zdarzeń typowo ratowniczych, jak utonięcie, podtopienia, czy medycznych, jak uraz, ukąszenie czy poparzenie – dochodzi do wypadków komunikacyjnych na wodzie – zderzeń motorówek czy skuterów wodnych. Doszliśmy do wniosku, że nasze działania powinny przybrać formę bardziej zorganizowaną. Tak powstała grupa ratowniczo-poszukiwawcza, na bazie której powstało dzisiejsze LWOPR.

To wtedy powstało?

Funkcjonowało już wówczas jako samodzielna organizacja złożona z doświadczonych ratowników wodnych, z których każdy miał specjalizację – sternika, płetwonurka czy mechanika. Byli wśród nas zawodowi żołnierze, policjanci czy tak jak ja – lekarze. Najpierw spotykaliśmy się tylko w weekendy, potem coraz częściej zaczęliśmy pojawiać się na wodzie popołudniami. Zintensyfikowanie działalności spowodowało, że zaczęliśmy myśleć o sprzęcie i własnej siedzibie.

Do tej pory pozostawiały wiele do życzenia?

W pierwszej dekadzie XXI w. nasza baza sprzętowa i lokalowa stanowiła dwa stanowiska portowe w Emper Yacht, potocznie zwanym Emperem, (obecnie Port Jachtowy Nieporęt – PJM) i dwa miejsca parkingowe dla samochodów osób przyjeżdżających na dyżur. Naszą szatnią był bagażnik samochodu. Wszystko opierało się na entuzjazmie, dobrej woli i często własnych nakładach ratowników. W pewnym momencie zaczęliśmy szukać miejsca na bazę. Mieliśmy dosyć tymczasowości – do Emperu wracaliśmy dwukrotnie, mieliśmy epizod w porcie Pilawa czy w porcie Kruszywa. W 2005 r. dostaliśmy w dzierżawę teren w Zegrzu Południowym, który wówczas był kompletnym ugorem – zaniedbaną dziką plażą, którą uporządkowaliśmy praktycznie własnymi siłami. Przez pierwsze pięć lat naszą siedzibą była duża przyczepa, tzw. holenderka. Potem powstał hangar na sprzęt pływający i techniczny. Dopiero w 2008 r. położono kamień węgielny pod budowę profesjonalnej bazy, oddanej w 2011 r.

Dziś jest ona imponująca.

Tak. Jest jedną z najnowocześniejszych w skali krajowej, a nawet europejskiej. W tej chwili mamy kilkanaście jednostek pływających, w tym poduszkowiec, skuter wodny i kilka motorówek typu RIB. Od samego początku w bazie jest też miejsce wyczekiwania karetki wodnej warszawskiego Meditransu, stacja wyczekiwania naziemnego zespołu Legionowskiego Pogotowia Ratunkowego i całodobowe, tzw. przyszpitalne lądowisko śmigłowca LPR. To ewenement na skalę krajową, a nawet europejską.

Częścią kursu kwalifikowanej pierwszej pomocy (KPP) organizowanego przez Legionowskie WOPR jest reanimacja z zastosowaniem automatycznego defibrylatora zewnętrznego AED. To pański pomysł?

Reanimacja z zastosowaniem AED (Automated External Defibrillator) to standard w przypadku kursów KPP, choć pewnie rzadko obecny jest na nich kardiolog specjalizujący się w zaburzeniach rytmu serca. Ja kursów nie prowadzę, robią to doświadczeni ratownicy-instruktorzy, ale zawsze chętnie odpowiadam na pytania kursantów, a nawet częściej – kolegów czynnych ratowników.

Jeszcze niedawno ratowników wodnych uczono wyłącznie klasycznej resuscytacji krążeniowo-oddechowej za pomocą wdechów i uciśnięć.

Zwykła akcja resuscytacyjna, czyli uciśnięcia klatki piersiowej i wentylacja, która jest standardowo stosowana w podejrzeniu nagłego zatrzymania krążenia, zazwyczaj nie wystarczy do przywrócenia prawidłowej akcji serca, szczególnie jeśli zatrzymanie krążenia spowodowane jest migotaniem komór, które zdarza się najczęściej. Możliwość zastosowania AED, który po podłączeniu elektrod do klatki piersiowej analizuje rytm serca i w razie konieczności wydaje polecenie wyzwolenia impulsu elektrycznego, daje szansę na powrót krążenia. To istotne, bo w czasie 5–15 sekund od ustania krążenia następuje utrata przytomności, ustaje oddychanie i mózg zaczyna obumierać. Już około czterominutowa przerwa w dopływie krwi do mózgu może spowodować nieodwracalne zmiany w jego strukturze, a pozostawienie poszkodowanego bez pomocy przez 7–10 minut prowadzi do jego śmierci. By użyć AED, nie trzeba specjalistycznego przeszkolenia medycznego, a urządzenia znajdują się w wielu miejscach użyteczności publicznej  – na stacjach metra i kolei, na lotniskach, w szkołach czy urzędach.

Dawniej możliwość defibrylacji miał tylko zespół karetki wodnej.

Nawet dziś, gdy karetka wodna w sezonie jest w całodziennej gotowości, nie jest w stanie być w kilku miejscach jednocześnie. A nad zalewem w słoneczne dni wypoczywa nawet kilkadziesiąt tysięcy osób, nie wszyscy na dozwolonych kąpieliskach i zgodnie z zasadami bezpieczeństwa nad wodą. Powszechny dostęp do AED w zatłoczonych miejscach i dyspozycji ratowników wodnych to szansa na uratowanie wielu ludzi.

CV

Dr hab. n. med. Maciej Sterliński – kardiolog z Instytutu Kardiologii w Warszawie, przewodniczący elekt Sekcji Rytmu Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK), od kilkunastu lat członek Legionowskiego WOPR i przewodniczący komisji rewizyjnej LWOPR.

"Rzeczpospolita"