Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Stolica w czołówce transplantacji

Karolina Kowalska 01-09-2017, ostatnia aktualizacja 01-09-2017 00:00

Instytut Kardiologii przeszczepia połowę serc, a trzy stołeczne szpitale plasują się w czołówce zgłaszania dawców.

W Polsce jest nie wiecej niż 600 dawców, od których pobrano narządy.
autor: Robert Gardziński
źródło: Rzeczpospolita
W Polsce jest nie wiecej niż 600 dawców, od których pobrano narządy.

23 transplantacje serca, o cztery więcej niż w tym samym okresie 2016 r., przeprowadzono do 14 lipca tego roku w Instytucie Kardiologii w Aninie. W ubiegłym roku było ich 44 na 101 wszystkich, a w roku 2015 Instytut wykonał 42 na wszystkich 99. Choć w Polsce ten organ przeszczepia pięć ośrodków, lwią część operacji wykonuje się w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu i właśnie w Instytucie. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku, Szpital Przemienienia Pańskiego w Poznaniu i krakowski Szpital Specjalistyczny im. Jana Pawła II wykonują ich po kilka rocznie.

Dobre co piąte

Zdaniem ekspertów zapotrzebowanie na serca do przeszczepu jest efektem polskiego sukcesu w leczeniu zawałów. Jeszcze kilkanaście lat temu na szarym końcu, dziś Polska jest w europejskiej czołówce udrażniania tętnic u chorych z ostrym zespołem wieńcowym. – Choroby układu krążenia pozostają pierwszą przyczyną śmierci Polaków, ale umiera na nie mniej osób. U części chorych rozwija się niewydolność serca, z której skrajnymi postaciami coraz trudniej nam sobie poradzić – tłumaczy prof. Mariusz Kuśmierczyk, kierownik Kliniki Kardiochirurgii i Transplantologii Instytutu Kardiologii w Aninie. I tłumaczy, że w skrajnej postaci niewydolności serca nie działają już tabletki, a chory nawet dwa razy w miesiącu trafia do szpitala, gdzie musi być odwadniany.

Ratunkiem jest często jedynie transplantacja albo wszczepienie pompy wspomagającej lewą komorę serca. Od 2013 r. wszczepiane są one w pięciu ośrodkach wykonujących transplantacje serca. Pompa gwarantuje jednak dwuletnie przeżycie tylko u co drugiego chorego i jest droga (75 tys. euro). Najlepszą metodą leczenia pozostaje przeszczep, który gwarantuje dwuletnie przeżycie 85 proc. osób. – Transplantacja to na razie najlepsza metoda leczenia niewydolności serca – zaznacza prof. Kuśmierczyk.

Kłopot w tym, że dawstwo w Polsce kuleje i przeszczepiamy cztery razy mniej serc niż ledwie dziesięciomilionowe Czechy. Wicedyrektor Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do Spraw Transplantacji Poltransplant prof. Jarosław Czerwiński zapewnia, że liczba przeszczepianych w Polsce narządów jest prostą pochodną liczby dawców. Z kolei wskaźnik 14,1 dawcy na milion mieszkańców jest tylko nieco niższy niż średnia europejska. Od wielu lat liczba dawców rzeczywistych, czyli takich, od których pobrano narządy, nie przekracza w Polsce 600. Wyjątkiem był rok 2012, gdy było ich 615. W 2010 r. dawców było 509, rok później 553, w 2013 i 2014 r. po 594, w 2015 r. – 526, a w 2016 r. – 544.

Jak tłumaczy prof. Kuśmierczyk, serce można jednak pobrać tylko u co piątego z nich. 80 proc. serc jest albo stłuczonych w wyniku uderzenia, np. podczas wypadku lub reanimacji, albo ma wady. Choć dziś przeszczepia się serca nawet u osób starszych, bo w szpitalach można takiemu sercu zrobić koronarografię i sprawdzić przepływy w naczyniach wieńcowych. To jednak wciąż za mało, a trzech na czterech czekających na nowe serce umiera.

Obecnie na przeszczep serca czekają 402 osoby, w tym 42 na tzw. liście pilnej, czyli tacy, którzy na operację zmuszeni są czekać w szpitalu. Dla nich wiadomość o potencjalnym dawcy jest na wagę złota. Po serca kardiochirurdzy z Instytutu Kardiologii wyruszają w najodleglejsze miejsca Polski, a ponieważ w przypadku tak wrażliwego organu czas od stwierdzenia śmierci pnia mózgu do pobrania nie może być dłuższy niż cztery godziny, najczęściej korzysta się z transportu lotniczego. Kardiolodzy najczęściej korzystają z uprzejmości wojska, które zaangażowane jest w tę sprawę już od czasów pierwszych przeszczepów prof. Zbigniewa Religi „wylatującego" w ten sposób godziny w powietrzu. Kiedy jednak samolot wojskowy jest niedostępny, Instytut płaci za transport przewoźnikom prywatnym – ok. 15–20 tys. zł. Stołeczni kardiochirurdzy latają do Suwałk, Białegostoku, Olsztyna, Lublina i Kędzierzyna-Koźla.

Liderzy z Warszawy

Leczeni w Aninie są jednak w o tyle w dobrej sytuacji, że wśród 14 szpitali, w których w 2016 r. było najwięcej pobrań od żywych dawców, znalazły się trzy placówki warszawskie. Na drugim miejscu, po Szpitalu Miejskim im. Strusia w Poznaniu, znalazł się Szpital Kliniczny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego przy Banacha. Zgłosił 22 dawców, od których pozyskano 95 narządów. Piątą pozycję, za Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku i sosnowieckim Szpitalem im. św. Barbary, zajmuje Szpital Kliniczny Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przy Wołoskiej. Tam od 16 dawców pozyskano 51 narządów. Ósme miejsce, po szczecińskim Szpitalu Zespolonym i Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Olsztynie, zajmuje natomiast Międzyleski Szpital Specjalistyczny. Z Międzylesia od 15 dawców do biorców trafiły w ubiegłym roku 44 narządy. Żadne inne miasto nie jest tak aktywne w zgłaszaniu dawców.

Kardiochirurdzy z Anina cieszą się, że w przypadku stołecznych szpitali jest inaczej. Szpitale na Banacha i przy Wołoskiej na liście zgłaszających najwięcej dawców znajdują się od dawna. Międzyleski Szpital Specjalistyczny jest nowy na tej liście. Jak zapewniają lekarze, liczba zgłaszanych dawców gwałtownie tam wzrosła, od kiedy zmienił się szef oddziału intensywnej terapii. Dawstwo w Polsce opiera się często na dobrej woli lekarzy i chęci współdziałania ze strony zespołu. W Warszawie one istnieją.

Mniejszą aktywność pozostałych 900 polskich szpitali eksperci tłumaczą problemami logistyczno-organizacyjnymi związanymi ze zgłoszeniem potencjalnego dawcy, zwołaniem konsylium, które orzekłoby śmierć pnia mózgu, a następnie podtrzymywaniem go przy życiu. Jak przyznaje prof. Tomasz Grodzki, torakochirurg i transplantolog, autor pierwszego w Polsce przeszczepu płata płuc od żywego dawcy, to bardzo ciężkie postępowanie, zarówno pod względem medycznym i technicznym, jak i emocjonalnym. Anestezjolog podtrzymujący funkcje życiowe dawcy na oddziale intensywnej terapii musi wiedzieć, jakie podać leki, i często pogodzić wymagania lekarzy przeszczepiających serce i płuca z interesami przeszczepiających nerki i narządy brzuszne. W przypadku tych pierwszych chory powinien być odwodniony, w przypadku tych drugich – odwrotnie.

Międzylesie dołączyło

Procedura nie jest też najbardziej opłacalna dla szpitala. Rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie sposobu ustalania kosztów czynności związanych z pobieraniem, przechowywaniem, przetwarzaniem, sterylizacją i dystrybucją komórek, tkanek i narządów oraz sposobu zwrotu tych kosztów przewiduje niskie stawki dla szpitali. Za pobranie od dawcy nerek placówki dostają 7 tys. zł, a za pobranie nerek i czterech innych narządów – 10,8 tys. zł. 4,8 tys. zł z tej kwoty w założeniach pokrywa koszty osobowe, czyli pracę personelu i przyjazd członków konsylium, którzy nie mogą być w żaden sposób związani z transplantacją. Jak przyznają lekarze, w wielu placówkach pieniądze te trafiają do wspólnej kasy szpitala i nie ma to żadnego przełożenia na pracę zespołu na oddziale intensywnej terapii. Pieniądze idą np. na pralnię lub stołówkę, podczas gdy zespół ma poczucie, że ich tytaniczny wysiłek nie został doceniony.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: karolina.kowalska@rp.pl

"Rzeczpospolita"