Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Życie i śmierć Jolanty Brzeskiej

19-03-2017, ostatnia aktualizacja 19-03-2017 00:02

Tomasz Lec, autor pomnika upamiętniającego Brzeską: – To czerwony granit, najtwardszy kamień, jaki występuje na terenie Polski. Jola też była tak twarda.

Pogrzeb Jolanty Brzeskiej (3 stycznia 2012 r.). Twarz nieustępliwej działaczki stała się symbolem antyreprywatyzacyjnego oporu.
autor: Kuba Kamiński
źródło: Rzeczpospolita
Pogrzeb Jolanty Brzeskiej (3 stycznia 2012 r.). Twarz nieustępliwej działaczki stała się symbolem antyreprywatyzacyjnego oporu.
„Wszystkich nas nie spalicie".
autor: Robert Gardziński
źródło: Rzeczpospolita
„Wszystkich nas nie spalicie".

Pierwszy marca 2017 r., kwadrans po piątej. Powoli zmierzcha, gdy u zbiegu ulic Zakrzewskiej i Iwickiej na warszawskim Mokotowie gromadzi się 250, może 300 osób. Wczoraj był tu po prostu spory kawałek wydeptanej trawy, za chwilę uroczyście stanie się on skwerem im. Jolanty Brzeskiej. Działaczki lokatorskiej najzacieklej walczącej z czyścicielami kamienic na długo, zanim reprywatyzacyjne szambo w końcu wybiło. I jego największej, najbardziej znanej, najbrutalniej potraktowanej ofiary – spalonej żywcem równo sześć lat wcześniej.

Na skwer jej imienia przyszli ci, którzy znali ją od dawna: rodzina, przyjaciele i znajomi z sąsiedztwa, z firm wydawniczych czy Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej, gdzie wcześniej pracowała, z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, gdzie na zajęcia chodziła już na emeryturze. Przyszli też ci, którzy poznali ją prawie dziesięć lat temu, gdy zaczynała obronę swojego mieszkania komunalnego i zakładała Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów (WSL). Wreszcie ci, którzy usłyszeli o niej później: kiedy znaleziono jej zwłoki w Lesie Kabackim, gdy toczyło się śledztwo, albo gdy zostało umorzone.

Ze sceny na tarasie Ośrodka Pomocy Społecznej, z wielkim metalowym neonem w kształcie twarzy Brzeskiej, przemawiają kolejno: Magda Brzeska (córka Jolanty), Piotr Ciszewski (prezes WSL), Antoni Wiesztort (aktywista anarchistycznego kolektywu Syrena, publicysta i, jak sam o sobie mówi, „dyplomowany bezrobotny, dziki lokator"). Wspominają Jolantę, dziękują zgromadzonym, rzucają hasła i postulaty, nawołują do walki o prawa i sprawiedliwość. Czuć też jednak ogromny żal.

Magda Brzeska: – Nie wiem, czy mama by chciała, żeby powstał ten skwer. Wolałaby, żeby nie był potrzebny, żeby każdy z was, który musiał się borykać z tym problemem, już nigdy więcej nie był wyrzucany, żeby nikomu nie musiało być zabierane mieszkanie. Bo skwer jest bardzo fajnym miejscem, ale bezpieczniejszym są własne cztery ściany.

Piotr Ciszewski: – To, że dzisiaj tutaj się spotykamy i że powstał skwer Jolanty Brzeskiej, to nas nie cieszy do końca, bo wolelibyśmy, żeby Jola Brzeska była z nami. Chcemy, żeby skwer był miejscem spotkań lokalnej społeczności, żeby ludzie mający podobny problem jak Jolanta Brzeska mogli liczyć na pomoc.

Antoni Wiesztort: – Bardzo się cieszymy, ale dużo ważniejsze jest, żeby Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami udostępniał mieszkania dla żywych, a nie skwery dla zmarłych. I zabitych.

„Wyjątkowa okazja"

To miał być zwykły weekend. Spokojny obiad w rodzinnym gronie, potem herbata, pewnie ciasto, rozmowy o sprawach codziennych, może spacer albo oglądanie telewizji. Sielankę przerwał dzwonek do drzwi. W ostatnią sobotę kwietnia 2006 roku do mieszkania Jolanty i Kazimierza Brzeskich przy ul. Nabielaka 9 na warszawskim Mokotowie kolejno wlewali się obcy ludzie. Pierwszy. Drugi. Piąty. Dziesiąty. „Radośnie oświadczyli, że właśnie odzyskali nieruchomość. Brzescy kończyli jeść zupę. Gościnna zazwyczaj Jola nie podzieliła się z nimi miską strawy. Nie zaproponowała nawet herbaty. Jakby przeczuwała kłopoty", opisywała Ewa Andruszkiewicz na internetowej stronie Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. „Oszołomiona (Jola) patrzyła, jak obcy myszkują po jej kątach i bawią się we wspominki z dzieciństwa. Nikt z nich nie zbliżał się jeszcze do emerytury, więc nie mogli mieć wspomnień z tego mieszkania".

Wybudowana w 1932 roku kamienica w czasie wojny uległa niemal całkowitemu zniszczeniu, to była „wypalona skorupa", tak jej ówczesny stan opisywała Brzeska. Jej słowa potwierdzają zdjęcia z lotu ptaka datowane na grudzień 1945 roku, jak również archiwa Biura Odbudowy Stolicy, w których pod adresem Nabielaka 9 widnieje adnotacja: „stan: wypalony, wniosek: do rozbiórki". Kreski na budynku nie położyła natomiast Polska Izba Rzemieślnicza, która do 1950 roku odbudowała kamienicę. Jednym z wznoszących ją właściwie na nowo robotników był Franciszek Krulikowski, ojciec Joli. Rok później w ramach pracowniczego przydziału otrzymał w niej mieszkanie komunalne, 5 maja wprowadził się tam z żoną Jadwigą i czteroletnią córką. Przenieśli się tylko raz, w 1962 roku, do sąsiedniego lokalu. Tego samego, do którego 44 lata później pod postacią rzekomych spadkobierców wtargnęła dzika reprywatyzacja.

Niebawem nadeszło pierwsze pismo, że lokatorzy, w tym Brzescy, zajmują mieszkania bezprawnie, w związku z czym nowemu-staremu właścicielowi Markowi M. (liczba „spadkobierców" po drodze stopniała do jednego, czyli do niego) należy się odszkodowanie. Swoją krzywdę z tytułu bezumownego użytkowania nieruchomości wycenił na 1900 zł – od każdego lokalu, za każdy miesiąc.

Dla „dzikich" lokatorów znalazła się marchewka z przypiętą karteczką „wyjątkowa okazja" – za wyprowadzkę po dobroci M. proponował kilkadziesiąt tysięcy złotych, Brzeskim na przykład 80 tys., po tysiąc złotych za metr kwadratowy. Tylko że Brzescy nawet gdyby chcieli, to wyprowadzić się nie mogli. Z kartką i ołówkiem w ręku wyliczyli: „odprawa" za mieszkanie, oszczędności na czarną godzinę i ewentualny kredyt (a pamiętać trzeba, że oboje żyli z cienkich emerytur) nie wystarczyłyby nawet na klitkę na peryferiach Warszawy.

Szósty zmysł

Na Brzeskich znalazły się więc kije: pod postacią nakazów eksmisji i popleczników M. uzbrojonych w szlifierki kątowe, którymi próbowali przeciąć zawiasy i przeciwwłamaniowe zabezpieczenia w drzwiach Brzeskich. A ci zbierali dokumenty, wertowali ustawy, składali pisma, chodzili po sądach. Wyroku stwierdzającego, że M. dłużny jest im zwrot nadpłat za media, z których się nie rozliczył, Jola doczekała już sama. 14 grudnia 2007 roku Kazimierz zmarł na raka.

Śmierć męża nie złamała Joli, w końcu miała już za sobą Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, które wraz z innymi ofiarami dzikiej reprywatyzacji założyła kilka miesięcy wcześniej. Ale jeszcze bardziej WSL miało ją. – Bardzo wiele osób z organizacji odchodziło. Mówili: „co to da", „szkoda się szarpać", „głową muru nie przebijesz". Ale nie Jola – wspomina Wanda Pradzioch ze stowarzyszenia.

Inny działacz Janusz Baranek mówi: – Była nieustępliwa, nigdy się nie poddawała. Nieustannie rozpatrywaliśmy w WSL sprawy mieszkańców różnych kamienic i często dochodziliśmy do stanowiska, że mamy związane ręce, że już nic nie da się zrobić. Ale nie Jola, dla niej żadna sprawa nie była definitywnie przegrana. Miała jakiś szósty zmysł, zawsze wynalazła lukę prawną, punkt zaczepienia, którego można się było uchwycić i walczyć dalej. Nieraz się na nią wkurzaliśmy, gdy powtarzała wciąż: „ja nie wiem co, ale coś musimy zrobić". Ale to motywowało nas do działania.

Dla Ewy Andruszkiewicz „Jolka była z nich wszystkich najinteligentniejsza". – To ona nas wszystkiego uczyła, studiowała ustawy, uchwały, dokumenty, mówiła nam, jakie mamy prawa – opowiada.

Tomasz Lec, architekt, artysta, członek kolektywu Syrena, autor pomnika upamiętniającego Brzeską: – Kamień waży dwie tony, został wydobyty z głębokości 8 metrów z budowy na Woronicza, szlifowałem go przez kilkanaście godzin, od szablonu wypisywałem postulaty WSL, których była współautorką. To czerwony granit, najtwardszy kamień, jaki występuje na terenie Polski. Trochę to był przypadek, że znaleźliśmy akurat ten kamień, ale coś w tym jest na pewno. Jola też była tak twarda.

Nieustępliwość Brzeskiej była jednym z powodów, dlaczego to właśnie jej twarz – szczupła, w okularach, z ciasno zasznurowanymi wściekłością ustami – stała się symbolem antyreprywatyzacyjnego oporu. Przecież kandydatów na ikonę walki z czyścicielami kamienic było sporo. Lokator ze Śródmieścia, który po przejęciu budynku przez rzekomego spadkobiercę popełnił samobójstwo, bo nie mógł już sprostać zadaniu zapewnienia rodzinie dachu nad głową. Samotna matka wyrzucona na bruk z trójką dzieci w środku zimy. Mistrz jeździecki, położony przez zawał serca w trzy miesiące po tym, gdy nowy właściciel kamienicy eksmitował go do piwnicy. Mieszkaniec Ursusa, który odesłał dzieci do rodziny, bo gdy kamienicznik odciął wodę i kanalizację, od kłębiącego się w ogródku i piwnicy fetoru zaczęły chorować.

Drugim powodem było to, że znalezione 1 marca 2011 roku przez przypadkowego spacerowicza w Lesie Kabackim jeszcze tlące się zwęglone zwłoki po sześciu tygodniach śledztwa i badaniach DNA w kartotekach policyjnych zmieniły status z NN na Jolanta Brzeska.

Wystarczyło zobaczyć torbę

Brzeska zniknęła 1 marca. Wiadomo było, że wracając z uniwersytetu, wstąpiła do banku, później ślad po niej się urwał. Przez kilka dni na własną rękę próbowała zlokalizować ją córka Magda i przyjaciele z WSL. Telefon Joli, który zostawiła w domu, dzwonił bez ustanku. Najbardziej uparta w tym telefonowaniu była Wanda Pradzioch. – Wszyscy wiedzieli, że Jolka była przygłucha, nie zawsze słyszała, jak się do niej dzwoniło. Ale zawsze później oddzwaniała. A teraz telefon milczał. W końcu zadzwoniła do mnie jej córka, że Jola przepadła jak kamień w wodę – wspomina pani Wanda.

Joli szukali też Janusz i Bożena Barankowie. Rozwieszali plakaty w okolicy i dzwonili po szpitalach, bo już wiedzieli, że żadnych dowodów tożsamości przy sobie nie miała. Janusz Baranek: – Sądziliśmy, że uległa wypadkowi, ale nie śmiertelnemu. W niedzielę zaczęliśmy zakładać najgorsze. Ale w Zakładzie Medycyny Sądowej nikt nie mógł nam udzielić żadnej informacji.

Pani Wanda też Joli szukała. Kilka dni wcześniej w lokalnej gazecie przeczytała, że w lesie znaleziono spalone zwłoki. Do głowy by jej nie przyszło, że to może być Jola. Raz, że w artykule była mowa o młodej dziewczynie, dwa – że się najczarniejszych myśli po prostu do siebie nie dopuszcza.

Wanda Pradzioch zamartwiała się więc: może zasłabnięcie, może wylew, zanik pamięci, może, nie daj Boże, ktoś ją napadł, jak z banku wychodziła? Pewnie gdzieś leży w szpitalu, tylko jeszcze rodzina niepoinformowana. W poniedziałek rano zajechała do mieszkania Brzeskiej, spotkała się z jej córką Magdą. Razem poszły na komendę prosić, żeby się ktoś pofatygował, przeszukał lokal. Jednemu z funkcjonariuszy wpadły w oko okulary Joli, podpytywał też o zamki w drzwiach, poprosił o pokazanie klucza. Później zabrał ją i Magdę z powrotem na komendę. – Nie zapomnę tego chyba do śmierci – mówi pani Wanda.

Wspomnienie pierwsze to stół. Na nim czarny worek. Swąd spalenizny atakujący nozdrza po jego rozchyleniu. Kolejno wykładane: biała torba płócienna z nadrukiem, okulary, klucze do mieszkania, zegarek, białe skarpetki, buty. Choć na torbie funkcjonariusz mógł poprzestać. Wanda: – Krew ze mnie od razu spłynęła. Już wiedziałam, że to Jolka. Ona się nigdy z tą torbą nie rozstawała, ale zawsze miała czyściutką, świeżo wypraną. Nosiła w niej dokumenty, wycinki z gazet, wszystkie pisma, swoje i innych lokatorów.

Sześć lat później kołowrót wspomnień pani Wandy wciąż nakręca tamten obraz. Jeszcze bardziej – tamten zapach. – Czasem zdarza mi się zajechać z kimś na stację benzynową i od razu mi to wszystko wraca. Nie mogę znieść smrodu benzyny ani spalenizny, jak tylko poczuję, że coś się przypala, od razu staje mi przed oczami tamten dzień.

Mimo pewności, że Jola nie żyje, trzeba było czekać sześć tygodni na wyniki badań DNA.

Śledczy przyjęli hipotezę, że Brzeska popełniła samobójstwo. Sama, w oddalonym o kilkanaście kilometrów od domu lesie, na kilka dni przed licytacją ruchomości z jej mieszkania na poczet wynoszącego już wtedy kilkadziesiąt tysięcy złotych długu wobec kamienicznika. Po dwóch latach biegli z Instytutu Sehna w Krakowie w sporządzonym na potrzeby śledztwa jej profilu psychologicznym orzekli: denatka nie miała skłonności samobójczych. Rodzina i przyjaciele Joli wiedzieli o tym od początku. Janusz Baranek: – Czy miewała chwile zwątpienia? Nie. Lokatorzy, którzy przychodzili do stowarzyszenia, nieraz mówili, że jedyne wyjście to powiesić się albo skoczyć z mostu. Joli się to bardzo nie podobało, nawet gdy się mówiło tak w żartach.

Kpina z prawa

Po czterech miesiącach akta sprawy powędrowały z komendy rejonowej do wydziału walki z terrorem kryminalnym i zabójstw Komendy Stołecznej. Przez kolejne dwa lata w ramach czynności śledczych m.in. przeszukano mieszkanie Brzeskiej, przeprowadzono badania biologiczne, fizykochemiczne, daktyloskopijne i mechanoskopijne, przejrzano nagrania monitoringu ulicznego i komunikacji miejskiej, przewertowano akta wszystkich postępowań sądowych, w których jedną ze stron byli Brzescy, przesłuchano ponad 40 świadków, w tym Marka M. (bo to z nim i jego ekipą Jolanta miała na pieńku).

Krakowscy biegli orzekli, że Brzeska spłonęła żywcem, sprawców było dwóch lub trzech, cechowali się „co najmniej przeciętną sprawnością fizyczną i silną budową ciała" oraz „poważnymi zaburzeniami osobowości", przypuszczać można również, że ich celem było „zastraszenie Jolanty Brzeskiej przez oblanie jej substancją łatwopalną, w celu nakłonienia jej do rezygnacji z działań mających na celu odzyskanie mieszkania lub wycofania się z aktywności w Stowarzyszeniu Lokatorów", a do zabójstwa „doszło przypadkowo, wskutek nieprzewidzianego przez sprawców przebiegu zdarzenia". Po 770 dniach postanowieniem z 8 kwietnia 2013 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie śledztwo umorzyła „wobec niewykrycia sprawców czynu zabronionego". W grudniu 2014 roku mieszkanie po Brzeskich wystawiono na sprzedaż jako „unikalną okazję w przedwojennej kamienicy w stylu art déco". Cena w ogłoszeniu wynosiła 960 tys. zł.

Działacze Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów nie kryli rozczarowania śledztwem. – To jest kpina z naszego prawa, żeby zamieść pod dywan morderstwo – mówiła na przykład Wanda Pradzioch. Ewa Andruszkiewicz: – Ja w międzyczasie przeżyłam raka, dokładnie rok po morderstwie byłam operowana. Myślę, że to śmierć Joli sprawiła, ten stres, ja przecież pół roku nie spałam. Z przejęcia, oburzenia i niezrozumienia.

Teraz z kolei nie kryją nadziei. W sierpniu ubiegłego roku prokurator generalny i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział bowiem, że dochodzenie w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej zostanie wznowione. – Zrobimy wszystko, co jest możliwe, aby ta sprawa została wnikliwie wyjaśniona. To jest naszym obowiązkiem – zapowiedział.

Niespełna miesiąc później do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku wpłynęły „materiały sprawy dotyczącej okoliczności zgonu Jolanty Brzeskiej" w związku z uznaniem przez Prokuratora Krajowego wcześniejszego umorzenia sprawy za przedwczesne i z uwzględnieniem „jej medialnego charakteru".

Z kolei 10 października w Wydziale Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej zostało wszczęte „postępowanie ws. niedopełnienia obowiązków przez warszawskich policjantów i prokuratorów, którzy mieli nieprawidłowo prowadzić i nadzorować śledztwo ws. śmierci Jolanty Brzeskiej".

Coś tam w prokuraturze mają?

Dziś rzecznicy prasowi obu prokuratur „ze względu na dobro śledztwa" mogą udzielić jedynie lakonicznych odpowiedzi. W Warszawie, w „krajówce" – że „śledztwo w tej sprawie się toczy", „przesłuchiwani są kolejni świadkowie", „na bieżąco są analizowane inne niż osobowe źródła dowodowe". W Gdańsku – że czynności prowadzi specjalna grupa śledcza, powołano biegłych różnych specjalności, pod uwagę branych jest kilka wersji, w tym ta zakładająca zabójstwo Brzeskiej ze szczególnym okrucieństwem w związku z jej aktywną działalnością w WSL, oraz że śledztwo zostanie przedłużone. I że nikomu nie postawiono zarzutów. Przynajmniej na razie.

Janusz Baranek: – My wiemy, kto mógł stać za zabójstwem Joli, pośrednio czy bezpośrednio. Z kamienicznikiem i licencjonowanym zarządcą Hubertem M. (z ekipy Marka M.) Jola miała zatargi. Moim zdaniem do jej śmierci przyczynili się też urzędnicy. Przecież Jola starała się o mieszkanie komunalne, nie żądała luksusów, żyła skromnie, mały pokój z kuchnią by jej wystarczył. I tak po śmierci Kazimierza w mieszkaniu przy Nabielaka było dla niej za dużo pustej przestrzeni. Ale lokalu nie dostała, chociaż spełniała wszystkie kryteria. Urzędnicy, tak jak wcześniej sąd w sprawie eksmisyjnej, nie przyznali jej lokalu socjalnego, twierdząc, że z 1400 zł emerytury może sobie wynająć mieszkanie na wolnym rynku.

Według Wandy Pradzioch chodzą słuchy, że „coś tam w prokuraturze mają". – Ambicjonalnie może podchodzą, bo jak się śledztwo wznawia, to żeby doprowadzić do końca, prawda? – mówi. Ale dodaje: – Jak dojdą do prawdy, jakim sposobem, przez kogo – to już jest nieważne. Byleby wiadomo było, kto za tym stoi. Mówi się, że nie ma zbrodni doskonałej, przecież policja wyciąga sprawy z archiwum X, sprzed 20 lat, i łapie zbrodniarzy. Może i my się doczekamy. I wreszcie będziemy mogli spać spokojnie.

Plus Minus