Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Samobójstwo demokracji

Paweł Łepkowski 28-01-2018, ostatnia aktualizacja 28-01-2018 00:00

85 lat temu Adolf Hitler został mianowany kanclerzem Niemiec. Przyjęło się uważać, że NSDAP doszła do władzy w sposób demokratyczny. Jest to jednak opinia bardzo dyskusyjna.

To prawda, że na początku 1933 r. narodowi socjaliści tworzyli najliczniejszą frakcję parlamentarną (230 mandatów) w 608-osobowym Reichstagu, ale nawet 37 proc. głosów nie pozwalało im na praworządne przejęcie władzy. To polityczne intryganctwo środowiska centrum oraz populistycznych formacji prawicowych w rodzaju Deutschnationale Volkspartei Alfreda Hugenberga, a także nieformalne wsparcie lobby przemysłowego otworzyły nazistowską puszkę Pandory. W wyniku nacisków byłego kanclerza Franza von Papena prezydent 28 stycznia 1933 r. odwołał Kurta von Schleichera ze stanowiska kanclerza, żeby dwa dni później oddać władzę Hitlerowi.

Faktycznymi architektami sukcesu Hitlera byli zatem ludzie stojący w jawnej opozycji do jego programu politycznego. Karmili się naiwnym przekonaniem, że po dojściu do władzy wódz NSDAP będzie się skrupulatnie stosował się do konstytucji weimarskiej. Wierzyli, że kiedy Hitler jako kanclerz napotka ogrom problemów społeczno-gospodarczych, błyskawicznie się załamie i sam odda władzę. Jego rezygnacja przyczyni się do ogłoszenia nowych wyborów do Reichstagu, w których NSDAP nie zdobędzie ani jednego mandatu. Któż bowiem będzie głosował na populistów, którzy obiecywali złote góry, a nie byli w stanie niczego zmienić? To rozumowanie byłoby całkiem logiczne, gdyby dotyczyło człowieka, który szanował prawo i konstytucję.

Cena, jaką zapłaciła elita polityczna Republiki Weimarskiej za swoją skrajną naiwność, była naprawdę wysoka. Wystarczy prześledzić losy byłych kanclerzy Republiki Weimarskiej. Kanclerz Philipp Scheidemann, który proklamował jej powstanie, uciekł na początku 1933 r. do Czechosłowacji, a w 1938 r. do Danii. Gustav Adolf Bauer został aresztowany z powodu sfałszowanych podejrzeń o korupcję, Karl Joseph Wirth uciekł do Szwajcarii, Hans Luther i Heinrich Brüning uciekli do Stanów Zjednoczonych. Świadomie używam tu określenia „uciekli", a nie „wyemigrowali". Tysiące przedstawicieli niemieckiej awangardy porzucało majątek całego życia i w pośpiechu wyjeżdżało z kraju, często z jedną tylko walizką. Ostatni kanclerz Republiki Weimarskiej Kurt von Schleicher, który zdecydował się zostać w III Rzeszy, został zamordowany 30 czerwca 1934 r. w Neubabelsberg podczas nocy długich noży. Franz von Papen o włos uniknął jego losu. A przecież to właśnie on w styczniu 1933 r. przekonywał niemiecką arystokrację i lobby przemysłowo-finansowe, że Hitler jest tylko niegroźnym dyletantem i drobnomieszczańskim agitatorem, zdolnym jedynie do wygłaszania łzawych patriotycznych kazań w podrzędnych monachijskich piwiarniach.

Wszyscy ci ludzie naiwnie wierzyli też, że prezydent Paul von Hindenburg będzie trzymał Hitlera na krótkiej smyczy. Od marca 1930 r. zgodnie z art. 48 konstytucji weimarskiej władzę w Niemczech formalnie sprawował bowiem prezydent, który miał nadzwyczajne uprawnienia do wydawania dekretów. W rzeczywistości akty te redagowała zgromadzona wokół starego marszałka koteria cwaniaków i intrygantów. 84-letni zwycięzca spod Tannenbergu niczym stary kajzer mieszkał odizolowany od świata w swojej operetkowej rezydencji przy Wilhelmstraße 73. Żył już tylko wspomnieniami przeszłości i rzadko udzielał audiencji. Nie był jednak głupcem. Wielokrotnie ostrzegał, że ustrój prawny Republiki Weimarskiej jest niefunkcjonalny i wymaga zmiany konstytucji, aby unikać niebezpiecznych kompromisów.

Niestety, wszelkie próby uporządkowania procesów wyborczych były torpedowane przez wiecznie skłóconych takich polityków ugrupowań demokratycznych, jak Heinrich Brüning, Franz von Papen czy Kurt von Schleicher. Rozdrobnienie parlamentu sprzyjało ich intrygom i kombinatorstwu. Rozgrywając swoje małe roszady, całkowicie zignorowali drapieżnika czającego się w mroku sceny politycznej. Za ich brak wyobraźni cały świat zapłacił straszną cenę.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: p.lepkowski@rp.pl

"Rzeczpospolita"

Najczęściej czytane