Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Cud niepodległości

Dariusz Baliszewski 11-11-2017, ostatnia aktualizacja 11-11-2017 08:17

„Polski nie da się ani wymodlić, ani wygadać, ani wyżebrać, ani wyszachrować. Trzeba ją zdobyć krwią własną i cudzą" – mówił Józef Piłsudski.

Twórca Niepodległej Józef Piłsudski w 1926 roku dokonał przewrotu. Zdjęcie wykonane w Warszawie
źródło: nac
Twórca Niepodległej Józef Piłsudski w 1926 roku dokonał przewrotu. Zdjęcie wykonane w Warszawie

Nagle w listopadzie 1918 r. Polska była wolna. Ludzie śpiewali; „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego". Wszyscy oszaleli ze szczęścia. Po 123 latach niewoli, podziałów i rozbicia Polska znowu była wolna i znowu wszyscy byli razem. Zaborcy przegrali, wszyscy razem i każdy z osobna. To był cud, najprawdziwszy cud. Nikt nie rozumiał, jak to było możliwe, ale taka już jest natura cudu, że nie wszystko da się wyjaśnić.

Jak to się stało, że ci sami ludzie, którzy nie tak dawno witali cara Mikołaja II ze łzami w oczach i rękami spuchniętymi od oklasków, teraz skakali z radości na wieść, że cara już nie ma i nigdy więcej nie będzie? Nie da się tego rozsądnie wyjaśnić. Ta sama Warszawa, która niedawno w akcie hołdowniczym zebrała w darze dla cara milion rubli w złocie (podczas gdy na skarb narodowy ledwie ułamek tej kwoty) i uniżała się przed rosyjskim okupantem, sięgając dna upodlenia, ta sama Warszawa, która napisała: „W sławie i potędze monarchii cały naród polski widzi promienistą przyszłość i gotów jest w szczęściu, jak i w doświadczeniach losu wiernie i niezachwianie służyć Tobie, ukochanemu monarsze swemu", ta sama Warszawa teraz rozbrajała Niemców, strzelała pod ratuszem do tych, którzy nie chcieli się poddać, a chłopców w legionowych mundurach nosiła na rękach. Czyżby wszyscy nagle zapomnieli tezy Romana Dmowskiego, że „polityka polska w państwie rosyjskim (...) musi uznać grunt narodowy rosyjski przez zadeklarowanie, że naród rosyjski, zaspokajając żądania narodu polskiego, pozyska w nim życzliwego współpracownika na gruncie jednego, wspólnego państwa"? Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne Romana Dmowskiego było najbardziej antypowstańczą i najbardziej kontrrewolucyjną partią w Kongresówce, pokładając wszystkie nadzieje na polską autonomię (bo z niepodległości już dawno zrezygnowali) w łaskawości cara.

I jak to możliwe, że ci sami mieszkańcy Kraju Przywiślańskiego (bo tak car kazał nazywać Królestwo Polskie), którzy w sierpniu 1914 r., w pierwszych dniach wojny, zamykali drzwi i okna przed strzelcami Piłsudskiego, pluli im pod nogi i obrzucali błotem, teraz na widok szarych legionowych czapek składali ręce do oklasków i obrzucali żołnierzy kwiatami. To przecież była ta sama Warszawa, która w akcie rozpaczy całowała buty kozakom, gdy w sierpniu 1915 r. Rosjanie po raz pierwszy po 120 latach opuszczali Warszawę. Jak to było możliwe w patriotycznej, romantycznej Polsce?

Niezależna polska historia, szukając odpowiedzi na to pytanie, odnotuje fakt gigantycznej fali lojalizmu, która zalewała Królestwo Polskie zwłaszcza od 1894 r., czyli od wstąpienia na tron cara Mikołaja II. „Bo czegoż żąda każdy z nas wzięty w odosobnieniu? – pytał Aleksander Świętochowski. – Czy własnych żołnierzy, bitew, zwycięstw, zaborów, parlamentów, posłów, ministrów, słowem aparatu politycznego? Nie! Każdy marzy o tym tylko, ażeby żyć szczęśliwie, z prawami osobistej i zbiorowej natury zgodnie. Niepodległość nie jest potrzebna narodowi".

„Polski nie da się ani wymodlić, ani wygadać, ani wyżebrać, ani wyszachrować. Trzeba ją zdobyć krwią własną i cudzą" – mówił natomiast Piłsudski. Jemu wszystko wydawało się proste. Dla niego pojęcie niepodległości ani przez chwilę nie stało się retoryczne. Jeżeli uda się wprowadzić strzelców do Królestwa Polskiego, jeśli Polska podejmie powstańczą rękawicę, jeśli Pierwsza Kadrowa rozrośnie się w tysiące i dziesiątki tysięcy Polaków śniących tak jak on o niepodległości, to ta niepodległość przestanie być tylko snem. Ale Królestwo Polskie nawet nie drgnęło. Cały misterny plan Piłsudskiego, który miał mu przynieść szybkie i zdecydowane zwycięstwo, spalił na panewce. Nie było powstania, nie było dziesiątków tysięcy walczących Polaków. Polska w 1914 r. nie marzyła już o niepodległości. Udało się wprawdzie ocalić Legiony i polski znak, ale – jak to po latach gorzko zapisze wielki historyk prof. Jan Kieniewicz – „przeciwko Rosji wystąpiła zbrojnie tylko niewielka grupa emigrantów politycznych z Piłsudskim na czele". I tylko tyle.

Cyniczna gra mocarstw

Myliłby się jednak każdy, kto by sądził, że tym samym zamknięty został rozdział historii z polską niepodległością w tytule. Oto bowiem zaczynała się w Europie cyniczna gra polskimi tęsknotami i nadziejami na własne państwo, podjęta przez wszystkie walczące strony. Pierwsze zabrało głos dowództwo wojsk niemieckich i austro-węgierskich: „Wolność wam niesiemy i niepodległość, za którą tyle wycierpieli ojcowie wasi. Niech ustąpi barbarzyństwo wschodnie przed cywilizacją zachodnią, wspólną wam i nam. (...) Niech z przeszłości przemówią do was jęki Sybiru i krwawa rzeź Pragi i katowanie unitów. Z naszymi sztandarami przychodzi do was wolność i niepodległość". 8 sierpnia 1914 r. ukazała się odezwa naczelnej komendy armii austro-węgierskiej „Do Narodu Polskiego", zapowiadająca „wyzwolenie spod jarzma moskiewskiego". Nie ma w niej już mowy o niepodległości, a tylko o sprawiedliwości. Pierwotnie odezwa ta, autorstwa samego cesarza Franciszka Józefa I, zawierała projekt przekształcenia dualistycznej struktury Austro-Węgier w trialistyczną, z dodaniem do Galicji ziem Królestwa Polskiego i połączeniem ich w równoprawny – obok Węgier i Austrii – człon monarchii habsburskiej. Niestety, ten niezwykle obiecujący dla Polaków projekt został zablokowany przez premiera Węgier Istvana Tiszę, który obawiał się polskiej konkurencji.

Niepodległej Polski w żadnym razie nie życzyła sobie także Rosja. 14 sierpnia 1914 r. ogłoszona została odezwa wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, głównodowodzącego armii rosyjskiej: „Niech znikną granice, które rozdzieliły na kawałki Naród Polski! Niech złączy się on w jedną całość pod berłem cesarza rosyjskiego! Pod berłem tym odrodzi się Polska, wolna pod względem wiary, języka i samorządu. (...) Z sercem otwartym i bratersko podaną dłonią idzie do was na spotkanie Wielka Rosja". Tyle że w grudniu 1914 r. minister spraw wewnętrznych Rosji Nikołaj Makłakow rozesłał do gubernatorów tajny okólnik, tłumaczący, że odezwa wielkiego księcia nie dotyczy Kraju Przywiślańskiego, jedynie terytoriów, jakie armia rosyjska może zdobyć w toku wojny. Rosja nie chciała Polski w żadnej formie. 17 września 1914 r. polscy posłowie do Dumy, Wiktor Jaroński i Zygmunt Balicki, złożyli projekt sformowania przy armii rosyjskiej Legionu Polskiego. Wobec sprzeciwu sztabu projekt został odrzucony.

Podobnie nieżyczliwy (by nie powiedzieć wrogi) los spotkał ochotniczy oddział partyzancko-wywiadowczy, tzw. Legion Puławski, powstały przy rosyjskim sztabie frontu południowo-zachodniego. Już 7 lutego 1915 r. przerwano werbunek na skutek sprzeciwu czynników politycznych, a sam oddział, dowodzony przez płk. Witolda Gorczyńskiego, przemianowano na 739. Drużynę Aleksandryjską. O tym, jak dalece sprawa polska była niepopularna i obojętna Europie, świadczy historia tzw. bajończyków, polskiego oddziału ochotniczego we Francji, który powstał z inicjatywy pisarza Wacława Gąsiorowskiego do walki z Niemcami. Z Paryża został skierowany na ćwiczenia do Bayonne na południu Francji, lecz wskutek kategorycznego protestu Rosji, która nie życzyła sobie żadnych odrębnych polskich formacji, bajończyków wcielono do Legii Cudzoziemskiej.

3 czerwca 1915 r. car Mikołaj II zwołał polsko-rosyjską naradę w celu rozważenia sposobu spełnienia obietnic z odezwy wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza. W naradzie tej uczestniczyli Roman Dmowski, Władysław Grabski, Zygmunt Wielopolski, premier rządu Rosji Iwan Goremykin i minister spraw wewnętrznych Rosji Nikołaj Makłakow. Warto z owej historycznej narady przytoczyć światłą wypowiedź premiera Goremykina: „Zadaniem komisji jest wskazać sposób, w jaki mają być zrealizowane zasady odezwy wielkiego księcia do Polaków. W odezwie istnieją dwie kwestie: zjednoczenie ziem polskich i samorząd. (...) Otóż zjednoczenie Polski jest w ręku Boga, toteż uważam za konieczne powiedzieć panom, że jeżeli dojdzie do zjednoczenia Polski, będzie także istniał samorząd, a jeżeli do zjednoczenia Polski nie dojdzie, nie będzie też samorządu". Po tych wyjaśnieniach Roman Dmowski – jak pisze jego biografka Jolanta Niklewska – wyjechał na Zachód i raz na zawsze zrezygnował z karty rosyjskiej.

Autonomia zamiast niepodległości

Historia niewiele potrafi powiedzieć o stosunku Francji do sprawy polskiej niepodległości. Francja bowiem w tej kwestii uparcie milczała. Według wielu badaczy działo się tak wskutek rosyjskiej presji. Francuzi panicznie bali się separatystycznego pokoju Rosji z Niemcami, zwłaszcza gdy rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Sazonow uprzedził, że mieszanie się rządu francuskiego w wewnętrzne sprawy Rosji narazi na szwank przymierze francusko-rosyjskie. Ambasador Rosji w Paryżu Aleksander Izwolski otwarcie i bez skrupułów nalegał na milczenie Francji w kwestii polskiej. I tak we francuskich mediach pojawił się zakaz pisania na ten temat. Sprawa polska była dla Rosji tak ważna, że 11 marca 1917 r. premier Francji Aristide Briand uznał za stosowne oświadczyć, że „jego rząd, pragnąc zapewnić swemu sprzymierzeńcowi pod względem zarówno militarnym, jak i przemysłowym wszelkie gwarancje pożądane dla bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego Cesarstwa, przyznaje Rosji zupełną swobodę oznaczania swych granic zachodnich według swojej woli".

Brytyjskie archiwa dotyczące Wielkiej Wojny udostępniono badaczom dopiero w 1966 r. Okazało się, że już w sierpniu 1916 r. Anglicy rozważali projekty urządzenia Europy Wschodniej po wojnie. Dwaj urzędnicy Foreign Office, William Tyrrel oraz Ralph S. Paget, proponowali budowę w Europie Wschodniej państw narodowych. Polska miała się składać z Galicji, Kongresówki, Poznańskiego oraz ziem czeskich. Według tego projektu Polska, posiadając autonomię, miała jednak stanowić część Rosji. Również plan premiera Wielkiej Brytanii Arthura Balfoura przewidywał autonomię Polski, ale w ramach Rosji, bo niepodległa Polska będzie za słaba, by zaszachować Niemcy! „Obawiam się, że nowa Polska – notował Balfour w swym memoriale z 4 października 1916 r. – cierpiałaby na te same choroby, jakie spowodowały śmierć dawnej Polski, że byłaby areną nieustannych intryg pomiędzy Niemcami a Rosją i że jej istnienie, nie sprzyjając bynajmniej sprawie europejskiego pokoju, stwarzałoby nieustanne powody do europejskich zamieszek".

Sprawa odrodzenia Polski i niechcianej przez Europę polskiej niepodległości znalazła swój punkt zwrotny w tzw. akcie 5 listopada 1916 r., ogłoszonym przez cesarzy Niemiec i Austro-Węgier. „(...) życzeniem powodowani, by ziemie polskie przez waleczne ich wojska ciężkimi ofiarami panowaniu rosyjskiemu wydarte do szczęśliwej wywieść przyszłości, JCMość Cesarz Austrii oraz JCMość Cesarz Niemiecki ułożyli się, by z ziem tych utworzyć państwo samodzielne z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem. Dokładniejsze oznaczenie granic Królestwa Polskiego zastrzega się". Oto po raz pierwszy z ust dwóch przywódców walczących państw padła publiczna deklaracja, że w wyniku wojny ma powstać niezależne państwo polskie. Oczywiście mechanizm owej niezwykłej wielkoduszności obu cesarzy był łatwy do rozszyfrowania. Po dwóch latach wojny chodziło o polskiego rekruta. Zresztą we wszystkich odezwach – austriackich, niemieckich czy rosyjskich – od początku wojny chodziło wyłącznie o rekruta. Obaj cesarze oceniali polskie możliwości na 800 tys. ludzi.

Już 14 listopada zareagowała Rosja w osobie ministra spraw zagranicznych Aleksandra Protopopowa, który przypomniał odezwę wielkiego księcia i wystąpienia premiera Iwana Goremykina: „(...) niezachwiane postanowienie Najjaśniejszego Monarchy – utworzenie Polski zjednoczonej ze wszystkich ziem polskich i nadanie jej po zakończeniu wojny prawa swobodnego budowania własnego bytu narodowego, kulturalnego i ekonomicznego na podstawach autonomii pod berłem monarszym cesarzy rosyjskich z zachowaniem jedności państwowej". Tyle że Polacy uwierzyli dwóm cesarzom. Zresztą nie tylko Polacy. Jak ujawniła Anna Cienciała, rząd brytyjski pod wrażeniem sukcesu aktu 5 listopada wywarł silną presję na rosyjski rząd tymczasowy (car już abdykował), aby wydał odezwę i uznał w niej niepodległą Polskę jako cel wojenny. 30 marca 1917 r. ukazała się owa odezwa, która jednak zastrzegała sojusz polsko-rosyjski oraz zatwierdzenie polskiej konstytucji przez konstytuantę rosyjską. Ale wszystkie te spóźnione deklaracje i fałszywe gesty zdawały się już nie mieć większego znaczenia. 20 września 1917 r. Polski Komitet Narodowy został uznany za oficjalne przedstawicielstwo Polski na Zachodzie, a wcześniej w czerwcu armia polska we Francji została uznana przez rząd francuski.

Program Woodrowa Wilsona

W 1917 r. na arenie wojny i polityki europejskiej pojawił się nowy, trudny do zlekceważenia uczestnik. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Woodrow Wilson w orędziu wygłoszonym w Waszyngtonie 22 stycznia 1917 r. stwierdzał, że „rządy wywodzą swą legalną władzę ze zgody na nią rządzonych i nigdzie nie istnieje prawo pozwalające na to, aby narody – jak czyjaś własność – przechodziły spod jednej władzy pod inną. (...) Mężowie stanu są wszędzie zgodni co do tego, że winna istnieć zjednoczona, niepodległa i samorządna Polska". Rok później, 8 stycznia 1918 r., sprawa Polski znalazła swoje miejsce w 13. punkcie słynnego programu pokojowego prezydenta Wilsona: „Należy stworzyć niezawisłe państwo polskie, które winno obejmować terytoria zamieszkane przez ludność niezaprzeczalnie polską, któremu należy zapewnić swobodny i bezpieczny dostęp do morza i którego niezawisłość polityczną i gospodarczą oraz integralność terytorialną należy zagwarantować paktem międzynarodowym". Dla znawców ówczesnej polityki nie ulegało kwestii, iż za programem prezydenta stoi płk Edward House, blisko zaprzyjaźniony z Ignacym Janem Paderewskim, i sekretarz stanu USA Robert Lansing, który przez cały rok 1917 zabiegał o powołanie w Ameryce tymczasowego rządu polskiego (oprotestowanego przez Brytyjczyków), aby przyspieszyć niepodległość naszego kraju.

Sprawa niepodległości Polski nabierała też dodatkowego przyspieszenia wobec wydarzeń w Rosji i zwycięstwa bolszewików, którzy najpierw decyzją Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich przyznali Polsce prawo do całkowitej niepodległości, a następnie decyzją Rady Komisarzy Ludowych w październiku 1917 r. wszystkie traktaty rozbiorowe uznali za nieważne. Wobec zwycięstwa bolszewików – pisał Wiktor Sukiennicki – Brytyjczycy musieli zrezygnować z pomysłu autonomii polskiej w Imperium Rosyjskim. Musieli pogodzić się z myślą o jej niezawisłości. Starali się jednak w dalszym ciągu, by Polska była możliwie mała i słaba, a przede wszystkim najmniej podobna do dawnej Rzeczypospolitej. „Najwięcej kłopotów – pisał premier Lloyd George – sprawiała Polska. (...) Pijana młodym winem wolności dostarczonym jej przez aliantów, ubzdurała ona sobie, że znów zostanie niekwestionowaną władczynią Europy Środkowej. Samostanowienie nie odpowiadało jej ambicjom. Pożądała Galicji, Ukrainy, Litwy i części Białorusi, gdzie głosowanie mieszkańców odrzuciłoby kategorycznie jej panowanie". Brytyjski projekt „małej Polski" był całkowitym zaprzeczeniem projektu francuskiego, który przewidywał odbudowę całej Polski, z Gdańskiem i Górnym Śląskiem (silna Polska w sojuszu z Czechosłowacją i Rumunią miała w przyszłości zastąpić Rosję w roli sojusznika).

Naród, który nie umarł

W Polsce do dzisiaj żywy jest spór o zasługi w dziele odzyskania niepodległości. Według jednych największe zasługi położył marszałek Piłsudski, jego Legiony i Polska Organizacja Wojskowa, według innych palma pierwszeństwa należy się Romanowi Dmowskiemu. Jego Komitet Narodowy Polski i armia Hallera przesądziły o miejscu Polski i jej kształcie w powojennej Europie. Są i tacy, którzy mają pewność, że bez orędzia prezydenta Wilsona i bez jego 13. punktu, a więc bez Ignacego Paderewskiego i jego ogromnego wpływu na polityków, nie byłoby takiej Polski, jaką odbudowano. Zdaniem niektórych historyków Polska nigdy nie wróciłaby na mapę Europy, gdyby nie rewolucja październikowa i bankructwo carskiej Rosji. Oto bowiem Europa w stanie zagrożenia (rewolucja w Berlinie, rewolucja w Budapeszcie) zdecydowała o stworzeniu niepodległego państwa polskiego w roli buforu, który gwarantowałby jej bezpieczeństwo. I nie zawiodła się ani w roku 1920, ani w 1939.

Jeśli sięgnąć nieco głębiej i przypomnieć słowa Tadeusza Czackiego, że naród pozbawiony własnego państwa skazany jest na rychłe obumarcie, a potem spojrzeć uważniej na porozbiorowe dzieje narodu polskiego, przecież na ponad 120 lat pozbawionego własnego państwa, to okaże się, że jednak nie obumarliśmy, że ocaliliśmy polskość. I gdy w 1918 r. wróciła wolność i niepodległość, mogła także wrócić Polska. I to był prawdziwy cud niepodległości. Według prof. Jana Kieniewicza przez ponad wiek „setki ludzi żarliwych i ofiarnych brały się właśnie do pracy społecznej, nie z myślą o karierze i zarobku, ale dla dobra narodowej sprawy. W zaborze rosyjskim była to prawie zawsze, w jakimś procencie przynajmniej, praca konspiracyjna. Dwie były najgłówniejsze dziedziny tej pracy: oświata i spółdzielczość. Akcja oświatowa w trzech zaborach przybierała najróżniejsze formy: wydawnictw dla ludu, szkółek tajnych i na poły tajnych, kursów wieczorowych, kół samokształceniowych, wypożyczalni książek, teatrów amatorskich, klubów sportowych. Spółdzielczość znów wkraczała w dziedzinę kredytu i handlu, gdzieniegdzie także drobnej wytwórczości; rolników i rzemieślników uczyła nie tylko lepszej gospodarki, ale także wyrobienia społecznego. Wszystkie te przeróżne kółka rolnicze, macierze szkolne itd. zrzeszały dziesiątki tysięcy ludzi pracy, zatrudniały tysiące bezinteresownych społeczników. Wszystkie razem i chyba bez wyjątku dawały wiedzę o Polsce, uczyły pracy dla Polski. I to jest ich zasługa niezaprzeczona". Ocalili polskość i sprawili, że ów cud niepodległości kiedyś mógł się spełnić.

"Rzeczpospolita"