Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Tata uczył mnie tenisa i Chopina

Krzysztof Rawa 17-05-2010, ostatnia aktualizacja 19-05-2010 21:45

Gwiazda tenisa opowiada o Polsce, duńskim księciu i koszulce od Fernando Torresa. Z Karoliną Woźniacką rozmawia Krzysztof Rawa.

*Karolina Woźniacka. Urodzona 11 lipca 1990 r. w Odense.  W marcu awansowała na drugie miejsce w rankingu WTA (obecnie jest trzecia). W zeszłym roku była w finale US Open, gdzie przegrała 5:7, 3:6 z Kim Clijsters. Zarobiła na korcie prawie 4 mln dol.
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
*Karolina Woźniacka. Urodzona 11 lipca 1990 r. w Odense. W marcu awansowała na drugie miejsce w rankingu WTA (obecnie jest trzecia). W zeszłym roku była w finale US Open, gdzie przegrała 5:7, 3:6 z Kim Clijsters. Zarobiła na korcie prawie 4 mln dol.

Ile jest w pani Polki?

Karolina Woźniacka: To, że mam polskich rodziców, coś dla mnie znaczy. Czuję, że mam tę polską krew w sobie i jestem chyba pół-Polką. Myślę, że przede wszystkim widać to w moim charakterze. Gram w Warszawie po raz pierwszy i jestem ciekawa, czy kibice potraktują mnie jak swoją.

Co pani najbardziej lubi w kraju przodków?

Zawsze jak przyjeżdżałam do dziadków, ujmował mnie wyjątkowy spokój dookoła, zupełnie inna atmosfera niż gdzie indziej na świecie. No i polskie jedzenie. Jest niesamowite, bardzo je lubię, kopytka, rosół, właściwie wszystko.

Hymn Polski pani zaśpiewa? Mickiewicza i Słowackiego zacytuje?

Nauczyć się tego w Danii – to było dla mnie trochę za trudne. Całego hymnu nie potrafię zaśpiewać, tylko kawałek. W tych kwestiach jednak jestem bardziej obywatelką Danii.

Gra pani na pianinie, to może chociaż Chopina od czasu do czasu...

Grałam nawet całkiem dobrze, ćwiczyłam solo i na cztery ręce z koleżanką. Było fajnie, ale od kilku lat przestałam, brakuje czasu. Nie wiem, jak teraz wypadłaby ta moja gra. Bez ćwiczeń nie warto podchodzić do klawiszy. Chopina też próbowałam, tata mnie uczył, on też potrafi grać.

Jak nauczyła się pani pisać po polsku?

Sama. Nie było to wcale takie trudne. Właściwie to samo przyszło. Zaczęłam od listów z polskimi dziewczynami. Na początku robiłam błędy, one mnie poprawiały i w końcu tak wyszło, że nauczyłam się pisać w miarę poprawnie.

W jakim języku pani śni?

To zależy. Jak jestem w Polsce i dużo rozmawiam po polsku, to wtedy mam polskie sny. Jak wyjadę do Ameryki, wtedy śnię po angielsku, a jak przyjeżdżam do Danii na dłużej, to po duńsku. Łatwo mi się to zmienia. Tylko z tatą zawsze rozmawiam po polsku.

Jak wygląda życie sławy tenisa w Danii?

Ludzie podchodzą, gratulują mi, proszą o autografy, a najczęściej tylko popatrzą i idą dalej. Jest spokojnie. Sława mi nie przeszkadza.

Pani sława sięga znacznie dalej, widać to np. w Internecie, plotki w sieci pani nie denerwują?

Nie, bo nigdy ich nie czytam.

Ale jedną niech pani wyjaśni, jak to było z koszulką na Gwiazdkę od Fernando Torresa?

Liverpool to moja ulubiona drużyna piłkarska, Fernando Torres i Steven Gerrard to ulubieni piłkarze, ale naprawdę nie wiem, jak to się stało, że parę dni przed świętami dostałam paczkę z koszulką Torresa, jego autografem, gratulacjami i życzeniami sukcesów. Nie mam też pojęcia, kto posłał w sieć moje zdjęcia w tej koszulce, na pewno nie ja.

Sieciowe wynalazki ostatnich czasów Twitter i Facebook jednak pani wykorzystuje?

Twitter tak, bo uważam, że to, co robię, jest dla kibiców interesujące.

Można pogodzić zawód tenisistki z nauką?

Myślę, że tak. Robię to za pośrednictwem Internetu. Mogę dopasować naukę do wolnego czasu. Na razie zdobyłam w ten sposób dyplom amerykańskiej szkoły średniej. Teraz chcę tak samo studiować. Interesuje mnie biznes albo podobny kierunek.

Czemu pani lubi Agnieszkę Radwańską?

Bo jest otwartą dziewczyną, wesołą, nigdy nie siedzi w jednym miejscu, nie jest nudna, zawsze coś się z nią dzieje. Zawsze też mamy o czym pogadać.

Na korcie jest raczej chmurna, skupiona na grze...

Poza nim jest całkiem inna. Trzeba ją zobaczyć na gali WTA w Miami.

Źle, że nie gra w Warszawie?

Każda zawodniczka ma swój plan. Nie chcę w to głęboko wchodzić, w takich sprawach decyduje się samemu.

Jaki jest podział ról w rodzinie wobec pani kariery?

Tata od zawsze mnie trenował i wszędzie ze mną jeździ. Mama raczej kibicuje, ale jak jest na turnieju, to wypierze rzeczy, ugotuje, stworzy dom. Brat ma swoją karierę piłkarską, ale zawsze mi kibicuje.

Nie ma pani wrażenia, że w damskim tenisie jest dziś za mało finezji?

To się zmienia. Oprócz siły trzeba mieć do wygrywania i głowę, i technikę.

Nie widzi pani gróźb dla tenisa? Myślę o dopingu albo nielegalnych zakładach?

Sądzę, że nie ma wielkiego dopingu w tenisie. Zakłady – nie wiem. Nigdy nie zdarzyło się, by ktoś chciał zapłacić mi za mecz. Nie wydaje mi się, że to jest problem.

Pomysły WTA na atrakcyjne rozgrywki podobają się pani?

Zmieniłabym trochę regulaminy dla najlepszej dziesiątki, zwłaszcza zniosłabym przymus grania w wyznaczonych turniejach. Inne sprawy: jastrzębie oko, podpowiedzi trenerów mi się podobają. Z tenisa można zrobić show.

Wspomnienie pierwszego finału US Open wciąż jest silne?

Tak. Chociaż finał z Kim Clijsters przegrałam, to mam dobre wspomnienia. To był mój świetny turniej, chciałabym przynajmniej kilka razy go powtórzyć.

Dramatyczne skurcze podczas Masters w Dausze też pani pamięta?

Pamiętam, bo przecież wygrałam ten mecz ze Zwonariową, choć nie wiem do końca jak. Nie wiedziałam, że mam tyle siły w sobie, zobaczyłam, że można przekraczać własne granice.

Tęski pani za życiem bez stresów, treningów, meczów i podróży?

Niczego bym nie zmieniła. Tenis dał mi bardzo dużo, zwiedziłam prawie cały świat. Naprawdę mam dobre życie.

Życie Warszawy