Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Adria – sława, upadek, zapomnienie

Rafał Jabłoński 15-06-2012, ostatnia aktualizacja 15-06-2012 22:27

Jeden z najsłynniejszych lokali rozrywkowych zamarł wiele lat temu. Teraz ucichły biura znajdujące się na wyższych piętrach. „Adria” jest pusta

„Adria” podczas okupacji. Szyk, ale już niedostępny Polakom
źródło: nac
„Adria” podczas okupacji. Szyk, ale już niedostępny Polakom
Wygibasy dla niemieckich gości w 1940 roku
źródło: nac
Wygibasy dla niemieckich gości w 1940 roku
Rozbrajanie 600-milimetrowego pocisku podczas powstania
źródło: Archiwum
Rozbrajanie 600-milimetrowego pocisku podczas powstania

Pod koniec lat 20. ubiegłego wieku zaczęto budować dom biurowo-dochodowy przy ul. Moniuszki. Stawiało go włoskie towarzystwo ubezpieczeniowe, którego przydługiej nazwy prawie nikt nie potrafił powtórzyć, ale jej skrót stał się znany w całej Polsce.

Dziś o „Adrii" krążą legendy, zaciemniające obraz przeszłości. Na przykład nie była to restauracja, jak do dziś się pisze, ale „przedsiębiorstwo kawiarniano-dancingowo-kabaretowe" (termin z epoki). Wielu upatruje sławy tego miejsca w obrotowym parkiecie tanecznym, tymczasem tłumy (do 2,5 tysiąca ludzi dziennie!) waliły tam przede wszystkim do zimowego ogrodu kawiarnianego, pełnego roślin oraz ptaków.

Droższa niż... pociąg pancerny

Początek lat 30. to dla warszawskiej gastronomii fatalne czasy. Zaczynał się światowy kryzys ekonomiczny, czynsze szły w górę, spadała zamożność klientów i w efekcie plajtowało coraz więcej lokali. Zbankrutowały tak głośne firmy, jak „Udziałowa" na Nowym Świecie 30, „Cafe Bristol", „Stecki i Borkowski" oraz „Złoty Róg" u zbiegu Alej Jerozolimskich z Marszałkowską. Tymczasem w mieście zaczął się pojawiać

p. Franciszek Moszkowicz, współwłaściciel znanej lwowskiej „Bagateli" – człowiek obrotny i wielce doświadczony, gdyż przeszedł wszystkie stopnie zawodowej kariery. Wszedł w kontakty z Włochami, spisał odpowiednie umowy, wyłożył niemałe pieniądze i zaczął organizować nowoczesną firmę.

Warszawskie knajpy były wówczas przyzwoitymi lokalami, ale o profilu gastronomicznym, z wystrojem niezbyt wyrafinowanym. Moszkowicz postanowił wszystkie je przebić. Stworzył coś, co stołeczne gazety opisały jako „przepych pomyślany z rozmachem naprawdę amerykańskim". Tygodnik „Świat" opisał to następująco – „»Adria« składa się zasadniczo z dwuch lokali. Na parterze mieści się duża sala kawiarniana (na 300 osób) w stylu wiedeńskim z czytelnią gazet i coctail-barem oddzielona żywopłotem z kwitnących kaktusów od pierwszego w Warszawie ogrodu zimowego pod szklanym dachem. Mnóstwo kwitnących kwiatów, egzotyczne ptaki, piękny wodotrysk w marmurowym obramowaniu oraz dyskretnie rozmieszczone światła...".

Podziemie gmachu zajmował dancing, którego największa sala mogła pomieścić 900 osób, co podaję na odpowiedzialność autora. Inna sprawa, że napisał to 80 lat temu. Wokoło były loże, po części przeznaczone nawet dla 30 gości. Stropy złocone, opierające się na marmurowych kolumnach. Bary, parkiety do tańca, w tym jeden obrotowy i podłoga w wielu miejscach wyłożona jednocentymetrową gumą, by goście po licznych obrotach nie potykali się.

Lokal miał bodajże pierwszą w mieście klimatyzację, ogrzewającą i filtrującą powietrze, w ciągu godziny 5-krotnie zmieniające się w salach i 15-krotnie w kuchni. A do tego setki lamp i reflektorów.

Grały „trzy pierwszorzędne orkiestry – oryginalna argentyńska, jazz-bandowa i salonowa". I był jeszcze „...pierwszy w Warszawie bar amerykański, który gości swych uraczy takimi specjałami jak cola-cocca (napój z orzecha indyjskiego), ice-cream-soda (lody z wodą sodową) itp".

„Adria" to nie była restauracja, ale „przedsiębiorstwo kawiarniano- -dancingowo- -kabaretowe"

Podano szokującą informację, że „urządzenie tego lokalu kosztowało przeszło miljon złotych". Może to i prawda. W tym czasie polski pociąg pancerny wart był ok. 800 tys. złotych.

„Adrię" otwarto w lutym 1931 roku i tłumy waliły jak oszalałe. Za dnia dzieciaki ciągnęły rodziców do ogrodu zimowego, a nocą bawiła się cała elita artystyczno-polityczna oraz ludzie bogaci. Moszkowicz okazał się geniuszem. W mieście bankrutowały knajpy, a przez jego sale przewinęło się do października 1933 roku – aż 2 miliony 515 tys. ludzi. I nie jest to kaczka dziennikarska, a dane z branżowego pisma „Polski Przemysł Restauracyjny".

O gościach szalejących w „Adrii" opowiadano mnóstwo anegdot, prawdę mówiąc w dużym stopniu odnoszących się do innych restauracji, ale co tam...

Nawet nieszczęścia potrafiono zdyskontować do reklamy. W roku 1934 (o czym już kiedyś pisałem) przeszła nad miastem straszliwa burza. Dość powiedzieć, że na sąsiedniej ulicy – Sienkiewicza – „woda uniosła dużą, żelazną pokrywę burzowca". A „Adrię" zatopiło – „...woda na pół metra zalała cały dancing, kuchnię, magazyn, toalety, garderobę i kabinę elektrotechnika". Obrotowa scena była nieczynna przez kilka dni.

Upadek

Franciszek Moszkowicz zmarł tuż przed wybuchem wojny. Rozpisywano się o jego testamencie, w którym nakazał zniszczenie wszystkich weksli wystawionych przez znane mu osoby i wyrównanie braków z jego konta. To był gość.

Można powiedzieć, że odszedł w pięknym czasie, bo nie dane było mu oglądanie upadku ukochanej „Adrii", o ile przeżyłby niemieckie, rasowe porządki. „Adria" nadal była lokalem rozrywkowym i Polacy mogli tam bawić się w sylwestra 1939 roku. Ale tylko do 19, bo później zaczynała się godzina policyjna. Podobno nie tańczono, choć przygrywała jakaś tam orkiestra. W następnym roku była to już tylko knajpa dla Niemców, z różnymi girlaskami i pseudostripteasem. Zahaczano tam jadąc na front wschodni, albo wracając zeń; sława tego miejsca sięgała daleko.

W maju 1943 roku nieuleczalnie chory żołnierz podziemia wykonał w „Adrii" samobójczy zamach, zabijając trzech Niemców. Podczas ucieczki został zatłuczony na śmierć. Po kilku dniach dokonano w mieście największej masakry więźniów z Pawiaka, mordując jednego dnia ponad 600 osób. Jak mi opowiadano, mieszkańcy stolicy łączyli obie te sprawy ze sobą. Czy słusznie?

Wybuchło powstanie i wielki moździerz stojący w parku Sowińskiego na Woli ostrzeliwał Śródmieście. Pociski miały przeciwbetonowe zapalniki i przeważnie nie wybuchały na cienkich stropach. Dwa, bez większej szkody, trafiły w domy koło „Pasty", a trzeci przebił kilka pięter w „Adrii" i wylądował w piwnicy. Znane są zdjęcia z wydobywania zeń trotylu przez naszych saperów. Po wojnie, podczas remontu budynku natrafiono na pustą skorupę i przewieziono ją do Muzeum Wojska Polskiego.

Peerelowskie życie po życiu

Spalony budynek straszył do połowy lat 60. Pierwsze prace zaczęto na początku 1965 roku. Zamiast włoskiego towarzystwa ubezpieczeniowego, biura zajmować miało PZU. A w podziemiach i na parterze postanowiono reaktywować lokal rozrywkowy o tej samej nazwie, co dawniej. Nawet urządzono go gustownie, ale klienci nie pchali się już drzwiami i oknami. Nie ściągał ich nawet striptease, tylko szokował co poważniejsze matrony oraz biednych maturzystów, którym bez zbytniego rozsądku urządzano tam bale. Nabijały się z tego nawet stołeczne gazety.

Dancing robił bokami i coraz częściej był pusty. Od plajty ratował przedsięwzięcie jeszcze mały barek kawowy, znajdujący się w tym samym budynku na parterze (z wejściem od ulicy). Z czasem przekształcono go w knajpkę z prostym, ale nie  najgorszym jedzeniem. Co potwierdzam własnym podniebieniem.

Gastronomia będąca właścicielem „Adrii" miała nieuregulowane relacje finansowe z PZU i mniej więcej przed dekadą wyniosła się stamtąd. W tętniących niegdyś życiem podziemiach urządzono magazyny materiałów biurowych. Moszkowicz przewracał się w grobie.

A teraz biura PZU niemal całkowicie opustoszały i jak głosi wieść gminna, firma poszukuje nabywcy. Niestety gmach ma pewną wadę – brakuje mu garaży. Ale kto wie, może ktoś reaktywuje ten lokal?

Te i wcześniejsze varsaviana Rafała Jabłońskiego można znaleźć pod adresem www.zyciewarszawy.pl/varsaviana

Życie Warszawy